Po naszym artykule Co wydarzyło się na majowej sesji rady miasta, czyli jak dorzyna się samorządność w Bolesławcu głos zabrał radny gminy Bolesławiec Tadeusz Łasica. Poniżej fragment jego wypowiedzi. Więcej na jego fanpage'u.
"(...) gdy ja szerzyłem samorządową demokrację, w mieście trwał spektakl antydemokracji. O tak, tam ustawa o samorządzie gminnym się nie przyjęła. Ociera się to o kabaret, gdy władza wykonawcza, czyli prezydent, zasiada obok przewodniczącego rady, który potrzebuje wsparcia. Biedny, nie zdaje sobie sprawy z tego who is who w tym systemie. Wisiałoby mi to (...) gdyby nie to, że to w Bolesławcu co i rusz są spektakle sesyjne o konieczności połączenia miasta z gminą wiejską. Oni chcą mnie wchłonąć ze swoimi zasadami. Ale, żeby tylko o siedzenie chodziło. Tam siedzą bite dwie godziny z minami, jakie mieli słuchacze Franka Dolasa w jugosłowiańskim pociągu. Tylko sagana brak. Albo szezląga dla słuchaczy.
To nie łamie ustawy, ale już to co wymyślono dla odesłania mieszkańca jest złamaniem przepisów. (...) W bolesławieckim statucie nie wychwycono, że radni wprowadzili wymagania wykraczające poza ustawę, w której osoba chcąca zabrać głos na temat raportu o stanie gminy, ma przedstawić tylko listę z odpowiednią liczbą głosów poparcia, bez żadnych danych dodatkowych. Ale nie w powiatowym mieście. W ogłoszeniu o jej konieczności sprytnie zapisano liczbę, ale nie podano tych ekstra-bolesławieckich warunków. I z powodu ich braku, przewodniczący nie dopuścił do głosu mieszkańca. Krytyka boli, boli. I jak pomyślę, że ta klasa samorządowa miałaby mną rządzić, to mi się nóż otwiera w kieszeni.(...)."