Piszę ten tekst w czasie, kiedy w moim mieście rozpoczyna się największe święto w roku: 32. Bolesławieckie Święto Ceramiki. W rynku trwają pięciodniowe targi ceramiczne, podczas których firmy ceramiczne – jak co roku – mówią o rekordowych zarobkach. Choć o konkretnych kwotach właściciele i prezesi firm ceramicznych mówią najmniej, to czasami coś się wymsknie prezydentowi, zadowolonemu z popularności święta. I coraz wyraźniej podkreślającemu, że to święto jest przede wszystkim komercyjne.
W 2017 w podsumowaniu święta prezydent wyjawił, że jedna z firm ceramicznych sprzedała w 5 dni towar warty ponad 1 mln zł. Któryś z prezesów dużej firmy miał poinformować prezydenta, że już w pierwszym dniu święta, sprzedaż wzrosła o 90 proc. w stosunku do pierwszego dnia ubiegłorocznych targów. Małe firmy miały się chwalić, że wyprzedają podczas święta towaru w ilości rocznej produkcji.
W wywiadzie dla Forbs z lipca 2026 roku prezesi największych ceramik mówią jednak o trudnościach, kłopotach z pracownikami i wzroście kosztów. Arkadiusz Grzesikowski prezes Zakładów Ceramicznych Bolesławiec (ZCB) w magazynie, który drukuje rankingi miliarderów, mówi wprost, że w 2024 roku do firmy przyszedł, by ją uratować. „Sytuacja była bardzo trudna (…) straty sięgały 2 milionów.”
Dlatego nie wiem, komu wierzyć. Żadna z prywatnych firm nie udostępnia swoich utargów publicznie, a prezydent lubi koloryzować i mnożyć korzyści ze święta. Może myśli, że im wspanialej o święcie powie, tym bardziej wzrośnie jego wartość polityczna?
Mogę jednak pójść na bolesławiecki rynek i sama się przekonać, jak idzie sprzedaż. Na rynku jest tłoczno. Z tego, co widać gołym okiem, kiedy stoi się przed którymś z kilkudziesięciu ceramicznych domków, sprzedaż jest imponująca. W kolejce stoi ponad 10 osób i każda z nich wydaje na zakup od 500 zł do 1000 zł. Filiżanka 220 ml z talerzykiem kosztuje średnio 100 zł. Wystarczy kupić zestaw 6 kompletów, dodać do tego dzbanuszek na mleko i cukiernicę, a 1000 zł znika z konta. Jeśli chce się zakupić do zestawu czajnik na kawę lub herbatę cena za taki komplet rośnie do 1500 zł.
Z powodu pracy nad tym tekstem nie przestaję myśleć, ile pracy kosztuje wytworzenie tylu naczyń, które na targach sprzedają się jak świeże bułeczki.
A w sobotę „w nagrodę” idzie się do pracy…
Kiedy jedna z malarek mówi mi, że w sobotę idzie do pracy, rozumiem potrzebę nadgodzin. Ale kiedy dodaje, że idzie „w nagrodę”, otwieram szeroko oczy. Moje zdziwienie wywołuje śmiech kobiet. Pytają, czy mnie szef nie nagradza pracą w soboty? Nie wiem, co odpowiedzieć, lubię swoją pracę i pracuję w niestandardowym czasie, ale…
– Wyjaśnię pani. W piątek potrafię pełną parą lecieć i raptem mam 160 złotych. A już w sobotę przyjdę do pracy mam 350 zł. I w sobotę spokojnie sobie robię. To też jest taka u nas polityka, że na sobotę, w ramach nagrody w cudzysłowie, idzie się do pracy. Dostaje się lepszy towar. Za te same osiem godzin pracy oprócz dodatku za nadgodziny można też liczyć, że będą lepiej płatne rzeczy.
– Jest to też taki system wewnętrznego sterowania pracownikiem, żeby on siedział cicho. Bo od kogo zależy, że ja przyjdę w sobotę? Wnioskuje o to kierownik i zarząd podejmuje decyzję, chociaż to głównie kierownik tutaj się patrzy, czy technicznie jest w stanie zabezpieczyć produkty do malowania.
– Na sobotę przygotowywane są specjalne wózki z towarem do malowania. Można wypracować na nich wyższą dniówkę. Kiedyś w sobotę mogły przychodzić tylko osoby, które wyrabiały normy akordowe. Teraz (2026 rok – red.) biorą wszystkich, jak leci, nawet tych wolniejszych.
Pytam o pracę w soboty prezesa ZCB Arkadiusza Grzesiowskiego. Chcę się dowiedzieć, jak to wygląda z jego perspektywy. Potwierdza, że praca w soboty jest popularna. Z wypowiedzi, jaką otrzymuję, wnioskuję, że cieszy go chęć pracowników do pracy w soboty, bo wiąże ją ze prosperitą spółki.
Odnosząc się do pracy w godzinach nadliczbowych oraz w soboty, należy wskazać, że w ostatnim okresie rzeczywiście stała się ona częstszym zjawiskiem. Wynika to przede wszystkim ze zmian, jakie nastąpiły po restrukturyzacji ZCB, odbudowie portfela zamówień oraz bardzo dynamicznym wzroście sprzedaży. Spółka w stosunkowo krótkim czasie stanęła przed koniecznością istotnego zwiększenia poziomu produkcji, tak aby możliwa była terminowa realizacja rosnącej liczby zamówień.
W tej sytuacji praca w godzinach nadliczbowych to możliwość dodatkowego zarobków dla naszych pracowników po wyższych stawkach godzinowych. Pracownicy często deklarują chęć pracy w godzinach nadliczbowych co nas bardzo cieszy. Zatem taka praca, w tym również w soboty, jest jednym z narzędzi pozwalających elastycznie zwiększać zdolności produkcyjne i odpowiadać na aktualne zapotrzebowanie rynku. Należy przy tym podkreślić, że dodatkowa praca na produkcji ma charakter dobrowolny. Zarząd ma świadomość, że praca nadliczbowa wiąże się z dodatkowymi kosztami wynagrodzeń. Kosztów tych nie można jednak oceniać w oderwaniu od efektów gospodarczych. Jeżeli dzięki dodatkowym godzinom pracy Spółka może zwiększyć produkcję, terminowo realizować zamówienia, ograniczać ryzyko utraty klientów i uzyskiwać dodatkowe przychody ze sprzedaży, rozwiązanie takie może być ekonomicznie uzasadnione.
Każdy pracownik ma swojego „białego”
Prezes patrzy na pracę z perspektywy bezosobowych liczb, przychodów i kosztów. A pracujące w Zakładach kobiety z perspektywy własnych rąk, czasu i wysiłku, jaki w pracę wkładają. Kobiety widzą coś, czego zarząd wydaje się nie zauważać. Różnicę między nimi, a tymi co nadzorują, układają ich pracę, pilnują jej. Opowiadają mi o tym, a ja przypominam sobie bohatera „Jądra ciemności”, który płynął Kongiem z pięcioma białymi przedsiębiorcami i miał do pracy 30 czarnoskórych ludożerców.
– Na każdego pracownika na produkcji przypada jeden garb, czyli każdy pracownik fizyczny musi zarobić na swojego „białego fartucha”, bo wiadomo, kto zarabia: produkcja.
Słucham o tym, jak pracuje się w takim systemie. Każda malarnia ma swojego mistrza. Na tym stanowisku pracują od zawsze kobiety. Od 2025 roku wprowadzono jeszcze stanowisko liderki. Kilka liderek podlega mistrzowi.
– To jest chore, bo nie od moich umiejętności, nie od moich możliwości, tylko od humoru mistrza zależy to, ile zarobię w miesiącu.
– Mistrz potrafił dać zły wózek, no taki zły towar. Mało płatny. A potem staje pod drzwiami i słucha, jak my się kłócimy i się śmieje z tego.
– Malarki, ulubienice mistrzów, potrafiły wymusić, by wymienić im niefajny towar. I mistrz potrafił zabrać niezaakceptowany wózek, dać go mniej ulubionemu sektorowi do malowania. A najbardziej wkurzające jest to, że niektórzy mistrzowie, nie mówię, że wszyscy, byli bardzo mało stanowczy.
W gronie kobiet odzywa się jedna, która długo milczała. To zwolniona z ZCB malarka z niepełnosprawnością. Przepracowała 30 lat w Zakładach. Jak mi mówią, to jedna z pierwszych pracownic zwolnionych za niewydajność.
– Rok 2024 był dla mnie bardzo pechowy, nie nadążałam za zmianami. Nie byłam wydajna, jak mi mówiono. Nie mogłam wykonać nowej normy akordowej. Brakarka (osoba sprawdzająca jakość malowanych naczyń – red.) odrzucała moje prace. I co namalowałam, to wyrzucałam. Pracownika akordowego bardzo łatwo jest zwolnić. Wystarczy, że przełożony powie brakarce: „przyjrzyj się mu”. I ona po prostu będzie ścigała tego człowieka. To jest okrutne. Nie płacą nam tak, jak powinni nam zapłacić. W tej chwili płaci się tylko za wykonanie dekoracji. Nie liczy się nam za wzięcie i odniesienie tego towaru. A naprawdę stworzyli nową malarnię i ta droga po ten produkt bardzo się wydłużyła. Droga do toalety też. My bardzo dużo tracimy czasu na chodzenie. Cennik na malarni stał 10 lat, a normy szły w górę i się zrobiła ogromna dziura wydajnościowa. I przestałyśmy wyrabiać normę. Akordów w 2025 roku nie wyrabiało 70% załogi. Niby jest praca, a dniówki nie można było wyrobić.
– Robione jest takie zestawienie, ile dany pracownik na godzinę wypracował w danym okresie, w porównywalnej grupie. Ale to jest bardzo zależne od tego, co się dostanie do pracy, więc naszym zdaniem, nie ma obiektywnych narzędzi do zmierzenia wydajności. Tym bardziej, że nigdy nie było ustalonych norm pracy akordu. Mamy to na piśmie. Jak oni miarodajnie mogą to zmierzyć, skoro ciągle, co roku przy podwyżce dokładają ilości sztuk do wyprodukowania? To wiadomo, że moja wydajność w 2025 będzie słabsza niż w 2018 roku, bo człowiek słabnie, starzeje się.
Pod petycją do prezesa Grzesiowskiego, by nie zwalniał tej pracownicy, podpisało się 181 osób.
– Mimo to mnie zwolnił. Umówiłam się z prezesem, by o tym rozmawiać i w tym dniu, na tym spotkaniu dostałam wypowiedzenie. Na gorąco, z emocjami poszłam. W ogóle byłam przygotowana mówić co innego. Prezes mnie wysłuchał. Nie powiem, był bardzo miły, bardzo grzeczny. Powiedziałam, że czuję się dyskryminowana, jakby ktoś wskazał mnie palcem i powiedział, tę panią trzeba zwolnić. On oczy zrobił, więc dodałam, że nie mam na to dowodów. Chociaż jego reakcja była zaskakująca. Chciałam dostać protokół z tego spotkania, który przy mnie sporządzała kadrowa, ale mi odmówiono, mówiąc, że to była tylko notatka. No to ludzie, to dajcie mi tę notatkę. Ja naiwnie uwierzyłam, że tę sprawę z wydajnością będzie można jakoś załatwić ugodowo, że dam radę. Będę zapierdzielać. Postaram się. Zależało mi. Mam trzydzieści lat pracy. W ceramice pracowali mój ojciec, siostra i nawet syn pięć lat przepracował. Także ta firma zawsze była u nas w domu.
– Na poziomie analizy socjologicznej jest to przykład erozji typu kariery zwanego karierą-kotwicą – podsumowuje Zofia Smełka-Leszczyńska. – Kariera-kotwica oznacza wąskie spektrum stanowisk i wykonywanych zajęć, zwykle ograniczonych do jednego przedsiębiorstwa lub fachu. Zatrudnienie często jest związane z jednym zakładem pracy przez całe życie i potrafi obejmować wielopokoleniowe rodziny. Pracownicy o najdłuższym stażu pracy tradycyjnie stawali się w tej formule niezastąpionymi mistrzami, nauczycielami dla młodszych, żywymi encyklopediami zarówno fachu, jak i przedsiębiorstwa. Logika kapitalizmu i dziedzictwo tayloryzmu mierzącego efektywność finansową każdego ruchu ręką, często obraca się przeciwko tym pracownikom, zarzucając im rzekomą nieefektywność albo konfrontując ich mistrzostwo z brutalną zmiennością normy: kiedyś wystarczyło 60 kubków, teraz trzeba zrobić 100 – wyjaśnia Smełka-Leszczynska.
Dla zarządu wydajność też wydaje się sprawą kluczową. Jednak tutaj bardziej chodzi o jej podnoszenie. Arkadiusz Grzesiowski informuje mnie o tym, w jaki sposób stara się pomóc pracownicom na malarni, by ich wydajność nie spadała.
W ramach podjętych działań usprawniono system wydawania półproduktów do zdobienia, wprowadzając m.in. przygotowywanie i przekazywanie desek z półproduktami według poszczególnych dekoracji. Pozwoliło to ograniczyć częstotliwość przezbrajania stanowisk, szczególnie przy realizacji krótkich serii produkcyjnych, a tym samym zwiększyć efektywność pracy zdobników. Istotnym elementem reorganizacji było również utworzenie odrębnej malarni przeznaczonej do realizacji końcówek serii i zamówień, a także zamówień indywidualnych. Dzięki temu zadania te nie obciążają pracowników wykonujących produkcję w systemie premii zadaniowej i nie zakłócają realizacji podstawowych planów produkcyjnych.
Pitbull, czyli „wyciąganie abstrakcyjnych wniosków jest nieuprawnione”
W głosie zwolnionej za brak wydajności kobiety słychać bezsilność, skargę i żal. Jej pomoc prezesa w podnoszeniu wydajności już nie obejmie. Ona nie poszła do sądu.
– Była u prezesa po otrzymaniu wypowiedzenia i moim zdaniem zwodził ją, że może jej nie zwolni jak zwiększy wydajność. Bardzo się starała. Nawet mistrz dawał jej lepszy towar i poprawiła wydajność i jakość, ale chyba chciano ją zwolnić. Wiemy tylko, że za rok od zwolnienia weszłaby w 4 letni okres ochrony przedemerytalnej. Starała się, nie szła do prawnika i termin złożenia pozwu minął.
W ZCB można być zwolnionym z wielu powodów. I chociaż wydajność, a raczej jej brak, może być zrozumiałym kryterium, to są jeszcze inne. Pisałam o tych powodach w tekście „Zakłady Ceramiczne Bolesławiec. Po czwarte: czcij prezesa i członka zarządu swego”. Podczas pracy trafiam na jeszcze jedną historię zwolnienia. To historia kobiety, która miała nazwać członka zarządu pitbullem. Została zwolniona po ponad 20 latach pracy.
Słowa, które miała wypowiadać do koleżanek nazywając Wojciecha Huczyńskiego pitbullem i dodatkowo krytykować pracę zarządu, zostały przez kogoś spisane i dostarczone prezesowi oraz członkowi zarządu, a oni zacytowali je w wypowiedzeniu umowy. Przyczyną wypowiedzenia była utrata zaufania do pracownicy spowodowana naruszeniem obowiązku dbałości o dobro zakładu pracy, przestrzegania zasad współżycia społecznego w miejscu pracy oraz powstrzymywania się od działań zakłócających porządek i organizację pracy. Sprawa trafiła do sądu pracy. Jest w toku.
O tym, że Wojciech Huczyński ma ksywkę pitbull wiedzą nie tylko pracownicy ZCB. Poza firmą jest to przezwisko znane. Pitbulle w Polsce uważane są za rasę agresywną i na posiadanie takiego psa zezwolenie wydać musi wójt, burmistrz lub prezydent. W USA wykorzystywano je do walk, podobno wystawiano je nawet przeciw bykom. Jednak ich właściciele walczą z tym stereotypem. Nazywają je nianiami dla dzieci i przekonują, że te żywiołowe psy są oddane człowiekowi, opiekuńcze i bardzo cierpliwe.
Pytam zatem prezesa, czy w ZCB to standard, że zwalnia się ludzi za rozmowy z koleżankami? Jednak okazuje się, że źle zadałam pytanie.
Nie. Sam fakt rozmowy pracownika z innymi pracownikami nie jest oczywiście powodem do rozwiązania umowy o pracę. Problem z tym pytaniem polega na tym, że przedstawia ono bardzo fragmentaryczny i wyrwany z kontekstu obraz, a następnie na tej podstawie formułuje nieprawdziwą ogólną tezę dotyczącą praktyk stosowanych w całej spółce. Trudno też znaleźć sens w pytaniu o „standard zwalniania ludzi za rozmowy z innymi pracownikami”. Rozmowy między pracownikami są przecież naturalnym elementem funkcjonowania każdej organizacji. Pytanie w takim brzmieniu tworzy więc nieprawdziwą tezę.
Niezależnie od tego nie zamierzamy publicznie omawiać szczegółów indywidualnych spraw pracowniczych. Możemy jedynie podkreślić, że wyciąganie abstrakcyjnych wniosków dotyczących standardów obowiązujących w całej spółce jest nieuprawnione.”
W książce Zofii Smełki-Leszczyńskiej czytam historię o pracy w zakładach Forda w Stanach Zjednoczonych w latach 40. XX wieku, gdzie ograniczano kontakty między pracownikami. Nie można było nie tylko rozmawiać, ale też nucić lub gwizdać.
Pracownik Forda John Gallo został oskarżony o to, że wskutek uśmiechania się, opóźnił ruch przenośnika montażowego o pół minuty. Sprawa trafiła do sądu, który jednak uznał, że nie da się udowodnić wpływu uśmiechania na wydajność.
Czy da się w sądzie w Bolesławcu udowodnić, że nazwanie szefa pitbullem oraz kilka innych kąśliwych uwag o zarządzie rzuconych do współpracownic, spowodowało zakłócenie porządku i organizacji pracy w zakładach ceramicznych? Zobaczymy.
Ciąg dalszy 24 sierpnia o 18:00
Kolejne rozdziały: „ „Na korytarzu sądu pracy”, „W gabinecie prezesa, gdzie rządzi historia, polityka i kapitalizm” oraz „Nikt tu nie pracuje na akord”.
Część pierwsza: Kubki za miliony, praca za grosze. Czarna historia bolesławieckiej ceramiki