Media opowiadają o bolesławieckiej ceramice przede wszystkim językiem właścicieli dużych firm. Dominuje narracja pieniądza. Tytuł z bankier.pl brzmi: „Małe kubki, wielkie pieniądze”. Nagłówek w Wyborcza Biznes krzyczy: „Bolesławiec podbił świat jako polski hit eksportowy. Ceramikę kupują w Korei, Ameryce i całej Europie”. W Forbs mówi się o problemach prezesów „ceramicznego zagłębia”. A ci opowiadają o kłopotach z rynkiem zbytu, brakiem rąk do pracy, wysokimi kosztami produkcji.

W 2026 roku za jeden kubek ceramiczny zapłacimy od 50 do 250 złotych, wszystko zależy od jego unikalności i stopnia skomplikowania wzoru oraz od miejsca, w którym kupimy bolesławiecką ceramikę. Przeczytaj, kto ją robi i za jaką cenę.

Głos tych, co pracują za ceramiczną miskę ryżu, ozdabianą stempelkiem

Aby napisać ten artykuł, przegadałam dziesiątki godzin z ponad dwudziestoma kobietami, które opowiadały mi o swojej pracy w trzech największych zakładach ceramicznych i kilku pomniejszych.
Jednak ten artykuł skupia się na działalności spółki skarbu państwa w której pracuje ok. 380 osób, w tym ok. 250 osób ściśle produkujących ceramikę. Zakłady Ceramiczne „Bolesławiec” (ZCB), obchodzą w 2026 roku 80-lecie działalności.

Specyfiką firmy jest to, że prezesi firmy to zawsze beneficjenci układu politycznego. Spółką rządził prezes z SLD do 2008 roku, jak rządziła Lewica, potem z PO do 2016 roku, jak u władzy była Platforma i dwóch prezesów z PiS do 2024 roku. Po wyborach z 2023 roku, jak się łatwo domyślić, zarządzają firmą prezes i członek zarządu z Koalicji Obywatelskiej.

Byłam z pracownicami na salach sądowych, kiedy walczyły o przywrócenie do pracy, byłam na spotkaniach w domach, kiedy zwierzały mi się z upokorzeń, jakich doznają w pracy. Słuchałam takich, które machały ręką i mówiły: „było, minęło”, a zaraz po tych słowach łzy napływały im do oczu i przepraszały mnie, że płaczą i szeptały „poświeciłam im tyle lat” i znów przepraszały, że tak je naszło, nagle, bez powodu, i że to taki dzień, spadło ciśnienie, albo jest zbyt gorąco. I mówiły, że kobiety nie potrafią panować nad emocjami.

Słuchałam ich i czułam się jak Marlow z „Jądra ciemności”, który pierwszego dnia w Kongu po zejściu na ląd wybiera się na spacer, by poznać okolicę i wchodzi do lasu cieni. Czarnych cieni, które umierają długo, niedożywione, chore i wycieńczone. To Kongijczycy ściągnięci z całego wybrzeża na legalne kontrakty przez białych podwładnych Leopolda II, w końcu wypluci na śmietnik, gdzie sami się utylizują, kiedy tuż obok wrze praca ich sióstr i braci.

Pomyślisz, że za dużo w tym patosu. Co mogłabym odpowiedzieć. Jestem stąd, rzeka Bóbr to nie Kongo w Afryce, a moje rozmówczynie są białymi kobietami po 50-tce pracującymi na akord w Polsce w XXI wieku w spółce skarbu państwa. Są kobietami, które po 20, 30 latach pracy wciąż harują, by zarobić na najniższą krajową, a każda mówi mi, że praca na akord to rodzaj niewolnictwa. Dlatego tę historię opowiadam ich językiem.

Na TikTok takich rolek nie kręcą

To kobiety z ceramiki cierpliwie uczyły mnie, czym jest tak naprawdę ich praca, bo mimo że jestem stąd, to nie pochodzę z rodziny ceramicznej. Z domu, w którym mama, tata, siostra, brat i mąż, każdy pracuje lub pracował w którejś z lokalnych ceramik lub całą rodziną w jednej z nich.

Miałam mylne wyobrażenie o ich pracy, aż wstyd się przyznać. Podobne do turystki, która przybyła na Bolesławieckie Święto Ceramiki, bo zwabiły ją ładne rolki na TikTok. Takie, na których gra relaksująca muzyka, a malarka siedzi przy wirującym toczku i na szaro-białej powierzchni biskwitu stawia małe kolorowe stempelki, tworząc z nich arcydzieło: ręcznie malowaną ceramikę z Bolesławca. Naszą dumę, złoto, nasz znak rozpoznawczy w świecie.

Moje przewodniczki wybaczają mi i mówią, jakby nie chcąc zburzyć mojej cukierkowej wizji, że w ich pracy bywa miło. Na malarni, kiedy zespół kobiet jest zgrany, mistrz życzliwy. Kiedy nie rozsadzają ich, bo za dużo mówią. W dni, kiedy towar robiony na akord jest dobry, czyli taki, co się raz dwa machnie i wyrobi dniówkę. Dziewczyny przy pracy opowiadają sobie wtedy różne historie, śmieją się i podtrzymują na duchu, jak któraś ma kłopot z dzieckiem, mężem, chłopakiem. Nawet jak czasami pokłócą się o lepszy towar, to potem znów są zgodne. W dni, kiedy nie dokucza cieśń nadgarstka, uraz barku lub ból kręgosłupa... W dni, kiedy nie oglądają cię na monitoringu, z kim rozmawiasz, nie podsłuchuje cię koleżanka z pracy, nie szepczą, że jesteś w kolejce do zwolnienia, bo działasz w związku zawodowym lub go wspierasz. W dni, kiedy nie informują zarządu, że nazwałaś członka pitbullem i nie zwalniają, bo „utracili do ciebie zaufanie”, bo „naruszyłaś obowiązek dbałości o dobro zakładu pracy, przestrzegania zasad współżycia społecznego w miejscu pracy oraz powstrzymywania się od działań zakłócających porządek i organizację pracy”.

Zachwyt nad ich pracą się ulotnił. Co to znaczy, że pracujecie na akord? Dlaczego trzeba się o ten towar kłócić? Taki obraz nie pasuje mi najbardziej do wizji zrelaksowanej artystki. Co to znaczy „życzliwy mistrz”? Jak to oglądają was na monitoringu? I dlaczego nazywacie członka zarządu pitbullem? I wtedy z tą samą cierpliwością znów mi tłumaczą, na czym polega ich praca.

Wypowiadających się kobiet jest ponad 20. Materiału jest na kilkadziesiąt godzin, ja muszę wybrać tylko niewielkie fragmenty oraz ukryć tożsamość rozmówczyń. Nie chciały, bym podawała ich imiona, boją się zemsty mistrzów, kierownictwa, prezesa i członka zarządu. Utrata pracy jest realnym zagrożeniem, bo w sądzie pracy toczą się już sprawy zwolnionych pracownic.

„Przede wszystkim ludzie, którzy swoją wiedzą i pasją budują renomę polskiej ceramiki”

Na profilu prezesa ZCB Arkadiusza Grzesiowskiego czytam: „Zakłady Ceramiczne „Bolesławiec” to nie tylko marka znana na całym świecie, ale przede wszystkim ludzie, którzy od 80 lat tworzą jej wyjątkową historię. (…) stawiamy na ludzi, którzy swoją wiedzą i pasją budują renomę polskiej ceramiki.”

Słucham więc o tym, jak stawia się w ZCB na kobiety, co z wiedzą, choć zmęczone i sfrustrowane, budują tę renomę:

– Malarka z 35-letnim stażem, która będzie w tym roku na święcie ceramiki honorowana podczas 80-lecia Zakładów Ceramicznych na takiej specjalnej gali w Muzeum Ceramiki, zarabia miesięcznie najniższą krajową…

– … wszystkim starym malarkom zostały zabrane dodatki: stażowe, jubilatki i to wszystko zostało niby „włożone” w stawki akordowe, no ale to się nie przekłada teraz na zarobki.

Dopytuję, o jakich premiach jest mowa i o jakich latach. Odpowiadają, że porządne premie były ponad 20 lat temu.

– Jeśli były jakieś zyski, no to była premia i eksportowa, i prezesowska i to było naprawdę dużo, nawet 25 % do pensji. Później było coraz mniej i skończyło się na 5%, a teraz (2025-2026 rok – red.) jest bardzo dziwnie płacona premia. Musisz wyrobić 4800 zł brutto, bo to jest najniższa krajowa, a co wyrobisz powyżej, to jest uważane, że to jest twoja premia. Ale to nie są dodatkowe pieniądze, tylko to są twoje pieniądze, które wypracowałaś w akordzie. Tylko podzielone w dwóch rubrykach. 4800 zł w jednej rubryce, a co wyrobisz więcej, to jest w drugiej rubryce i to jest uważane za premię…

– Dajmy przykład, że malarka zarabia 5000 zł brutto. 4 800 zł jest w tej rubryce, że to jest jej zarobek, a 200 zł, że to jest jej niby premii. Tylko że to nie jest dodatkowa premia procentowa od akordu, tylko to jest dalej wyrobienie przez nią te 5 000 zł.

Pytam o szczegóły. Jak wygląda akord, gdy malowany asortyment jest tak różny. Kropki, kwiatki, zwierzaka, listki, paski, kompozycje kwietne… To jakieś setki wzorów.

– Weźmy zwykły kubek w podstawowej dekoracji nr 42. Kiedyś na wykonanie normy trzeba było zrobić koło 60 kubków, a teraz już dobiega prawie 100, żeby wyrobić tę stawkę godzinową.
Zatrzymuję się, bo nie rozumiem, czym jest norma i kto ją ustala. I jak wygląda dekoracja nr 42. Wyjaśniają. To dekoracja w pawie oczko, klasyczny wzór, z którym kojarzy się bolesławiecka ceramika: kobaltowe tło z białymi kółkami z kropką w środku. O normowanie pytam specjalistkę. To, jak „normowało” się w ZCB, wyjaśnia mi była projektantka, która pracowała w firmie od 1974 roku do 2019 roku.

– Normowanie czy ustalenia czasu pracy to spekulacja. Za moich czasów kilka malarek dostawało do pomalowania weźmy na to kubeczki w jednej dekoracji. I w godzinę jedna pomalowała 25 sztuk, druga 20, a trzecia 15. I wszystkie były na dobrym poziomie. I wtedy wybierało się średnią, i tak za każdym wzorem. Problem w tym, że z biegiem lat wzorów przybywało, są bardziej skomplikowane i pracochłonne – wyjaśnia Janina Bany-Kozłowska.

Może da się zrezygnować z przerwy na jedzenie i jeść malując?

O komentarz proszę też psycholożkę, doktor nauk humanistycznych, która została w 2026 roku doradczynią Marszałka Sejmu i napisała o pracy książkę: „Cześć pracy. O kulturze zap***dolu”. Chcę wiedzieć, jak taką pracę opisuje i nazywa nauka.

– Typ pracy opisywany przez malarki to nie tylko praca fizyczna, w której zazwyczaj oddaje się określoną ilość swojego czasu i wykonuje z góry określone czynności w zamian za z góry określoną kwotę – wyjaśnia Zofia Smełka-Leszczyńska. – To praca, która nakłada na pracownice także niepłatne obowiązki związane z zarządzaniem własną pracą i kombinowaniem, jak wyrobić pensję, żonglując przy tym zadaniami. Dodatkowo normy i wzory się zmieniają, co wymusza nieustanne testowanie własnych granic, żeby dogodzić algorytmowi przeliczającemu pracę na pieniądze. Są to nie tylko granice związane ze standardem wykonywania zleconych czynności, ale także granice własnej fizjologii: może da się zrezygnować z przerwy na jedzenie i jeść malując? Może nie warto iść do toalety, jeśli ma to oznaczać niewyrobienie normy? – dodaje Smełka-Leszczyńska.

Po wyjaśnieniach, wracam do tego, co opowiadają mi malarki.

– Są takie dekoracje, na których się zarabia, są takie, na których się nie zarabia. I ważne jest, ile się dostanie naczyń do pomalowania, a to zależy od zlecenia, jakie musi wykonać zakład. Jak trzeba było pomalować końcówki serii, żeby zamknąć zlecenie, to do pomalowania dostawałam jedną, dwie sztuki zupełnie różnych naczyń i wzorów. I do tej jednej sztuki musiałam wyciągać dwadzieścia stempli i piętnaście farb i iść po te stemple do magazynu, rozlewać te farby, szukać jak to się maluje, bo nie malowałam tej dekoracji codziennie. I już na to tylko poświęcałam godzinę i zarabiałam za jej namalowanie 1,50 zł, a potem zmieniałam farby, stemple i malowałam drugą, a czas leciał. A ktoś inny dostała w tym samym czasie jednolity towar, w jednej dekoracji, szybko to zrobił i zarobił 40 złoty w godzinę…

– Teraz trzeba wypracować 4800 zł brutto w miesiącu. Każda dekoracja jest wyceniania, więc można sobie kwotę dekoracji przemnożyć przez ilość sztuk i wiadomo, czy i ile w danym dniu zarobisz…

– Każdy pracujący w akordzie chce jak najwięcej zarobić i w jednej ręce ma kanapki, a w drugiej stempelek i maluje jedząc. Kiedyś wyganiali nas do stołówki, na te śniadania, ale szybko z tego zrezygnowali…

– O tym, jak te normy są ustalane teraz, przy tych trudniejszych wzorach, to opowiem pani taką historię. Sama projektantka, która wymyśliła dekorację czajnika, nie zmieściła się w czasie, w jakim ustalono, że można ten kształt pomalować. Skoro ona znająca doskonale swoją dekorację nie wyrobiła się w wyznaczonym czasie, w normie, to co ma powiedzieć malarka, która ten wzór odtwarza? No to hello? To co tam się dzieje? To skąd oni sobie wymyślają te czasy? Jakaś propozycja czasu pada z działu wzornictwa i jest przepuszczona przez jakiś ekonomiczny filtr. By było jasne, czy my możemy tyle zapłacić, czy nie? Brakuje jednak konsekwencji. Bo jeśli dekorację robi się zbyt długo, to albo ją uprośćmy, żeby się dało ją zrobić szybciej, albo sprzedawajmy ją drożej, albo rezygnujmy z niej, bo nikt nam na przykład za pięć milionów czajnika nie kupi.

Do problemów z różnymi naczyniami malowanymi w akordzie dochodzi jeszcze to, jakiej postury jest malarka.

– … ja akurat jestem niskiego wzrostu, więc jak wypełniałam duży półmisek, to musiałam wstawać, żeby go nie zamazać piersiami, żeby go wypełnić w środku…

Aby sobie tę pracę zobrazować oglądam w sklepie internetowym misę Tulipan z asortymentu ZCB, która wygląda jak dawne makutry do ucierania ciasta. Ponad dwukilowa miska dekorowana w trójkolorowe stempelki: kobaltowe pawie oczka i ich zielono-brązowa wersję. Cena brutto w sklepie internetowym to 421,55 zł.

Dowiaduję się, że to miska w dekoracji 166A, która jest bardzo pracochłonna. Malarki mówią, że najtrudniej maluje się ją wewnątrz, bo każda malutka kropeczka musi być umieszczona bardzo precyzyjnie w środku zielonego kółeczka. Jej pomalowanie w akordzie wycenione jest na 49 zł brutto. W ciągu dnia doświadczona malarka jest w stanie pomalować tylko 4 sztuki. Ale bardzo drętwieje przy tym bark i kręgosłup. Te 4 sztuki nie wystarczają na wyrobienie płacy minimalnej.

– Dlatego w sobotę w nagrodę idzie się do pracy…


ciąg dalszy 21 sierpnia o 17:00

Kolejne rozdziały: „A w nagrodę pracująca sobota”, „Każdy pracownik ma swojego „białego””. „Pitbull, czyli „wyciąganie abstrakcyjnych wniosków jest nieuprawnione””, „Na korytarzu sądu pracy”, „W gabinecie prezesa, gdzie rządzi historia, polityka i kapitalizm” oraz „Nikt tu nie pracuje na akord”.