Są takie momenty, kiedy człowiek słucha wypowiedzi publicznej i zastanawia się, czy naprawdę dobrze usłyszał. Tak było z wystąpieniem prezydenta Bolesławca Piotra Romana podczas czerwcowej sesji Rady Miasta, gdy mówił o wsparciu dla festynów organizowanych przy wspólnotach parafialnych.

Prezydent powiedział między innymi:

„Dopóki ja tu jestem prezydentem, proszę się nie obawiać. Tego typu festyny zawsze dostaną wsparcie, bo jest to inicjatywa budowania wspólnoty i to wspólnoty opartej na wartościach. Wszyscy ci, którzy uważają, że nie należy wspomagać tego typu festynów, będą mocno zawiedzeni jeszcze przez jakiś czas. I oby tak było zawsze”.

A potem padły słowa jeszcze mocniejsze:

„Myśmy dwadzieścia cztery lata temu wyprowadzili komunistów z ratusza. W tej chwili jest próba powrotu”.

No i tu, delikatnie mówiąc, prezydentowi chyba odjechał peron.

Bo można dyskutować o tym, czy miasto powinno wspierać festyny parafialne. Można dyskutować o tym, czy samorząd powinien wspierać jedne inicjatywy, inne mniej, a jeszcze inne wcale. Można dyskutować o kryteriach, o pieniądzach, o promocji, o zapleczu miejskich jednostek, o równym traktowaniu organizatorów wydarzeń. To jest normalna debata publiczna.

Ale gdy prezydent miasta zaczyna mówić o „powrocie komunistów” do ratusza, to sprawa przestaje być normalną debatą. To już jest rzucanie ciężkich politycznych sugestii, bez wskazania faktów, osób, okoliczności i dowodów.

Z doświadczenia wiem, że prezydent Piotr Roman potrafi rzucać różnego rodzaju głupoty i wymysły pod płaszczykiem tego, że niby „ktoś mu coś powiedział”, że „on coś wie”, że „są jakieś próby”, „jakieś środowiska”, „jakieś działania”. Tyle że gdy przychodzi moment konkretu, gdy padają proste pytania: kto, kiedy, gdzie, na jakiej podstawie, jakie są dowody – odpowiedzi brak.

Wszystko odbywa się trochę na zasadzie straszenia, trochę na zasadzie wywoływania emocji, trochę na zasadzie budowania atmosfery zagrożenia. A potem, gdy dziennikarz pyta oficjalnie, co prezydent miał na myśli, nagle robi się cisza.

24 czerwca wysłaliśmy pytania do rzeczniczki prasowej prezydenta. Zapytaliśmy między innymi, czy deklaracja, że „tego typu festyny zawsze dostaną wsparcie”, oznacza stałą politykę miasta wobec wydarzeń organizowanych przy wspólnotach parafialnych. Zapytaliśmy, jakie konkretnie wsparcie otrzymał wskazany festyn. Zapytaliśmy, według jakich kryteriów miasto udziela takiego wsparcia. Zapytaliśmy też, kogo prezydent miał na myśli, mówiąc o osobach, które „będą mocno zawiedzione”.

I wreszcie zapytaliśmy o najważniejsze: do kogo odnosiły się słowa o tym, że „dwadzieścia cztery lata temu wyprowadziliśmy komunistów z ratusza”, a obecnie jest „próba powrotu”. Czy prezydent miał na myśli konkretne osoby? Radnych? Środowiska polityczne? Mieszkańców?

Dziś jest 5 lipca. Odpowiedzi nie ma.

I to jest niefajne. Po prostu.

Prezydent Piotr Roman jest politykiem z bardzo długim stażem. To nie jest debiutant, któremu coś się wyrwało, bo nie zna jeszcze ciężaru publicznego słowa. To człowiek, który od lat rządzi miastem, zna mechanizmy polityki, wie, czym jest sesja Rady Miasta i wie, że jego słowa mają znaczenie.

Tym bardziej powinien brać za nie odpowiedzialność.

Polityk z takim doświadczeniem powinien mieć klasę. Powinien wyznaczać standardy. Powinien te wysokie standardy utrzymywać. Powinien ważyć słowa, szczególnie wtedy, gdy mówi z pozycji prezydenta miasta, a nie prywatnego komentatora od politycznych docinków.

Tymczasem mamy sytuację, w której prezydent plecie, co chce na sesji, rzuca hasła o „komunistach”, sugeruje jakieś niejasne zagrożenia, dzieli mieszkańców na tych „od wartości” i tych, którzy będą „mocno zawiedzeni”, a potem nie potrafi albo nie chce tego poprzeć niczym konkretnym.

To nie jest wysoki standard debaty publicznej. To nie jest odpowiedzialność za słowo. To nie jest klasa.

Jeśli prezydent wie o jakiejś „próbie powrotu komunistów” do władzy w Bolesławcu, niech powie, o kogo chodzi. Jeśli ma dowody, niech je przedstawi. Jeśli chodziło mu o konkretnych radnych, mieszkańców albo środowiska, niech ma odwagę to powiedzieć wprost. A jeśli to była tylko polityczna figura, rzucona po to, żeby podgrzać atmosferę i ustawić przeciwników w roli wrogów wspólnoty, to tym bardziej powinien się z tego wytłumaczyć.

Bo Bolesławiec nie jest prywatnym folwarkiem żadnego polityka. Ratusz nie jest miejscem do rzucania insynuacji bez odpowiedzialności. Sesja Rady Miasta nie jest wiecem wyborczym ani amboną do straszenia mieszkańców.

Prezydent może wspierać festyny. Może uważać, że są ważne. Może mówić o wspólnocie, integracji i wartościach. Ale jeżeli robi z tego polityczny spektakl, w którym pojawiają się „komuniści” wracający rzekomo do ratusza, to musi liczyć się z pytaniami.

A skoro na pytania nie odpowiada, to sam wystawia świadectwo swojej wypowiedzi.

Bo najłatwiej jest rzucić mocne hasło na sesji. Trudniej potem stanąć przed faktami i powiedzieć: tak, wiem, co powiedziałem, i potrafię to uzasadnić.

Na razie prezydent Roman tego nie zrobił.