Kiedy w 1945 roku Bolesławiec powoli podnosił się z ruin, jedna ulica Katholische Kirchplatz od razu zyskała szczególne znaczenie. Mała uliczka połączyła to, co w mieście najważniejsze: kościół, piekarnię, drukarnię i mieszkania zwykłych ludzi. Dzisiaj nosi nazwę Kościelna. W 1945 roku jako jedna z pierwszych w mieście zyskała polską nazwę. Wtedy była ulicą 3 Maja.

Jej losy to nie tylko historia zmieniających się szyldów. To przede wszystkim opowieść o ludziach, którzy mimo zgliszczy, biedy i politycznych wstrząsów próbowali żyć normalnie.

Pod jednym dachem: plebania i proboszcz, którego zabrali

Najważniejszym punktem na mapie ulicy 3 Maja był i jest do dziś kościół pw. Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny i św. Mikołaja. Po wojnie była to jedyna katolicka świątynia w całym Bolesławcu, więc ciągnęli do niej wszyscy – zarówno przybysze ze Wschodu, jak i pozostali w mieście Niemcy.

Przez pierwsze miesiące po wojnie opiekował się nią dotychczasowy niemiecki proboszcz, ksiądz Paul Sauer. Mógł liczyć na zaufanie wiernych, ale nie na życzliwość nowych władz. W lutym 1946 roku Urząd Bezpieczeństwa aresztował go pod zarzutem szpiegostwa. Zastąpił go ksiądz Andrzej Gromadzki, który przejął nie tylko parafię, ale i plebanię – tę samą kamienicę pod numerem 1, która stoi do dziś.

Gromadzki od początku musiał radzić sobie z trudną sytuacją. Brakowało rąk do pracy, a w parafii od lat służył Niemiec Erich Schimmer – kościelny, który znał każdy zakamarek świątyni. Gdy w 1947 roku zaczęły się masowe wysiedlenia, ksiądz napisał do władz list z prośbą o odroczenie wyjazdu Schimmera i jego rodziny. Wiedział, że bez niego kościół po prostu nie będzie funkcjonował.

45 kilogramów chleba zamiast 720

Kawałek dalej, pod numerem 7, swoją działalność rozpoczął Stanisław Brzozowski. Otworzył pierwszą polską cukiernię w Bolesławcu. Działa do dziś w tym samym miejscu – choć pewnie niewielu klientów zdaje sobie sprawę, że krojąc tam dzisiaj tort, siedzą w lokalu o sięgającej 1946 roku historii.

Ale zanim Brzozowski rozkręcił swój interes, w tym samym lokalu działała Piekarnia Polska, którą prowadził Jan Szyda – jeden z pierwszych polskich piekarzy w mieście. W lutym 1946 roku w piekarni pracował tylko jeden piec. W normalnych warunkach można by w nim upiec 720 kilogramów chleba dziennie. Szyda był w stanie wyprodukować maksymalnie 45 kilogramów. Nie dlatego, że nie umiał – po prostu w zniszczonym mieście brakowało mąki, opału i wszystkiego, co do pieczenia potrzebne. W Bolesławcu, który przygotowywał się do wymiany ludności i w którym wciąż brakowało podstawowych produktów, nikt nie miał prawa mieć o to pretensji.

Drukarnia, która łączyła miasto

Bardzo ważnym miejscem nie tylko dla tej ulicy, ale i dla całego regionu, była Drukarnia Państwowa pod numerem 5. Mieściła się w dawnej Drukarni Günthera, a kierował nią Eugeniusz Osiplak. To właśnie tam drukowano urzędowe ogłoszenia i obwieszczenia – w czasach, gdy nie było internetu ani lokalnej prasy, były one głównym źródłem informacji o tym, co się w mieście dzieje.

W drukarni pracowało dziewięć osób. Wśród nich – aż do jesieni 1946 roku – był niemiecki zecer Alfred Born. Od czerwca trwały już masowe wysiedlenia Niemców z powiatu bolesławieckiego, ale Born przeczekał wszystkie główne transporty. Dlaczego? Bo na jego miejsce nie udało się znaleźć żadnego Polaka, który umiałby wykonywać tę pracę.

Kowale, szewc i kościelny – czyli kto jeszcze został

Specjalistów brakowało nie tylko w drukarstwie. Jeszcze w 1947 roku przy ulicy 3 Maja mieszkali dwaj niemieccy kowale – Bruno Seidel i Richard Hackenberg. Zatrudniono ich jako fachowców niezbędnych do odbudowy mostu na Bobrze. Bez nich most nie powstałby w terminie.

Nawet ksiądz Gromadzki, nowy polski proboszcz, zdawał sobie sprawę, że bez pomocy Niemców parafia nie da rady. 5 marca 1947 roku wysłał krótkie pismo do władz miejskich z prośbą o maksymalne opóźnienie wysiedlenia Ericha Schimmera – swojego kościelnego – wraz z całą rodziną.

Tego samego dnia podobne pismo wystosował Związek Pracowników Kolejowych w Bolesławcu. Kolejarze chcieli zatrzymać w mieście niemieckiego szewca Franza Bauma, który mieszkał przy ul. 3 Maja 2 i łatano u niego buty całej załodze.

Zmiana nazwy – i koniec pewnej epoki

W Polsce stalinizm pogłębiał się z każdym miesiącem, a dla komunistycznego reżimu świętowanie rocznicy uchwalenia Konstytucji 3 Maja było absolutnie nie do przyjęcia. Zakazano jej obchodów, a skoro tak – ulica 3 Maja w Bolesławcu musiała zniknąć. Przemianowano ją na ulicę Dąbrowszczaków (przejściowo używano też nazwy Stalingradzka).

Po 1989 roku, gdy Polska odzyskała pełną suwerenność, ulicy przywrócono historyczną nazwę – Kościelna. Dziś spacerując nią, trudno sobie wyobrazić, że na tym krótkim odcinku rozgrywały się tak ważne sceny z powojennej historii Bolesławca. Kościół stoi do dziś. Cukiernia działa. Kamienica nr 1 wciąż jest plebanią. Tylko nazwa się zmieniła – i to kilkakrotnie.

Ale ludzie, którzy tę ulicę tworzyli – polscy i niemieccy piekarze, drukarze, kowale, proboszczowie – pokazali, że w trudnych czasach nawet podzielone miasto może funkcjonować, jeśli ludzie potrafią ze sobą współpracować. Nawet wbrew wielkiej polityce.