Gdyby dzisiaj przenieść się do Bolesławca w lata 70. XX wieku, trudno byłoby uwierzyć, że nie odczuwało się biedy za komuny. Były za to knajpy, że głowa mała, a do nich czasami kilkudziesięcioosobowe kolejki. Ludzie lubili się bawić.

Zarobki, które dziś nie śmieszą

Średnie zarobki w Bolesławcu oscylowały wokół 4700–5000 złotych. Nie były to może najwyższe pensje w kraju, ale wystarczały, by żyć – i to całkiem dobrze. Flaszka w sklepie kosztowała 103 złote. Kolacja dla dwojga z połowa butelki wina na dansingu w Meksyku, NOCie czy Prnjavorze to był wydatek rzędu 300 złotych.

Łatwo policzyć: zwykły robotnik mógł pozwolić sobie na trzy, a nawet cztery dancingi w tygodniu. W każdą sobotę – przynajmniej trzy dyskoteki: NOT, Wizów, Polfa i fajfy na Zabobrzu.

Knajp było tyle, że głowa mała

Lista lokali, które funkcjonowały w tamtym okresie, robi wrażenie: Kiełbik, Barbórka, Arieta, Kaskada, Starówka, Aniołek, Toscano, Zajazd Śląski, Piast (ten w Rynku), Zacisze, Słoneczna, Prnjavor, Mikrus, Pikolo, NOT, Centralna („Meksyk”), czyli późniejszy Zodiak, Kasyno Wojskowe, Faktoria…

A w miejscu, gdzie dziś stoi Imperium? Nie było żadnej knajpy, tylko budka oferująca piwo. Miejsce to nazywano „pod Trupkiem”. Mało zachęcająca nazwa, ale widocznie piwo smakowało. Był jeszcze Małpi Gaj – budka z piwem w okolicach Centralnej – oraz Słonie, czyli kiosk z piwem na Bohaterów Getta.

Kolejki i brak miejsc w lokalach

Dziś narzekamy, że w modnych restauracjach trzeba rezerwować miejsce z miesięcznym wyprzedzeniem. W tamtych czasach też się czekało – tyle że w kolejkach. Do wielu lokali (choć poważnie mówiąc, to raczej restauracji czy barów) ustawiały się kilkudziesięcioosobowe ogonki. Na miejsce w kawiarni czekało się nieraz godzinę i więcej.

Każdy lokal miał swoją specjalizację. W Starówce królowała golonka. W Zajeździe – flaki. W Kiełbiku – węgorz. W Barbórce – schabowy. Nie było miejsc bez charakteru, a każda knajpa przyciągała stałych bywalców właśnie tym, co umiała robić najlepiej.

I nikomu nie przyszłoby do głowy wzywać Magdy Gessler, by zmieniała wystrój i kartę dań. Nie było takiej potrzeby. Lokale miały swój klimat, swoich gości i – co najważniejsze – były pełne.

Bójki były, ale fair

Współczesny czytelnik mógłby pomyśleć, że skoro było tak dobrze, to może i spokój był – ale prawda jest taka, że lano się aż szczęki i kości trzeszczały, a i często bywały połamane. Walki toczono uczciwie – jeden na jednego. Bez kopania, bez przedłużania ręki w kij, nóż czy butelkę. Kobiety i dziewczyny były przy awanturach nietykalne. Co więcej, to właśnie one często zatrzymywały bójki, bo nikt nie miał prawa tknąć wkraczającej do akcji pani.

Kto złamał te zasady, był przez różne grupy znajomych i nieznajomych eliminowany ze środowiska. Dziś brzmi to jak opowieść z innej epoki – bo tak właśnie jest. To był świat z własnym kodeksem honorowym, który obowiązywał wszystkich bez wyjątku.

Czego dzisiaj nam brakuje?

Historia Bolesławca z PRL to nie tylko sentymentalna podróż. To opowieść o czasach, które oferowały coś, czego często brakuje dzisiejszym miastom: tętniące życiem knajpy, pełne parkiety taneczne, specjalizację lokali, na którą można było liczyć, i wspólnotę, która sama egzekwowała zasady. Czy to znaczy, że było lepiej? Nie do końca. Ale na pewno było inaczej. I warto o tym pamiętać, gdy następnym razem usłyszymy, że kiedyś to było źle.