Do redakcji napisał czytelnik, który nie ma ochoty na oglądanie plakatów partyjnych w czasie, kiedy nie trwa kampania wyborcza.
– Na jakiej zasadzie i jakim prawem wiszą plakaty z panami Czarnym i Mentzenem w różnych miejscach naszego regionu. Plakaty zachęcają do zapisywania się do ich partii, ale czy naprawdę musimy już oglądać te twarze, jeżeli nie ma jeszcze żadnej kampanii wyborczej? – pyta czytelnik.
Nikt nie zakazuje partiom politycznym prowadzenia działalności statutowej przez cały rok. Działalność statutowa to właśnie zachęcanie do wstępowania w szeregi, zbieranie składek, organizowanie wydarzeń i również eksponowanie wizerunków liderów. Plakat ten nie jest formalnie materiałem wyborczym.
Mamy więc do czynienia z sytuacją, w której – mówiąc językiem prawników – litera prawa jest po stronie rozwieszających, ale duch prawa, a zwłaszcza intencja ustawodawcy, zostaje naciągnięta jak guma od… procy.
Bo przecież wiadomo, że celem nie jest samo powiększenie bazy członkowskiej, ale stała obecność w przestrzeni publicznej, budowanie rozpoznawalności, oswajanie wyborców z twarzami i nazwiskami. Inaczej mówiąc: kampania permanentna, tyle że bez obowiązków, jakie nakłada kampania formalna.
Czytelnik ma prawo czuć się znużony. Przestrzeń publiczna należy do wszystkich – i do tych, którzy chcą oglądać polityków, i do tych, którzy woleliby od nich odpocząć.
W demokracji partie mają prawo się promować, nawet poza sezonem wyborczym. Ale czy to znaczy, że wszystko, co legalne, jest w porządku? I czy w kraju, w którym poziom zaufania do polityków nie należy do najwyższych, taka nachalność na dłuższą metę nie przynosi efektu odwrotnego do zamierzonego – irytacji zamiast sympatii? Szczególnie jak idziemy na miłe spotkanie, czy smaczny posiłek do restauracji z przyjaciółmi, czy rodziną?
Na pytanie czytelnika można odpowiedzieć krótko: prawo nie zabrania, ale to wcale nie znaczy, że rozsądek nie podpowiada czegoś innego.