TIR-y, samochody dostawcze i osobowe płynące nieustannie obwodnicą miasta zastąpił w obecnych czasach wiele dawnych, zwłaszcza lokalnych, przewozów kolejowych, za pomocą których dostarczano niezbędne surowce do zakładów przemysłowych i w podobny sposób wywoziły z nich gotowe wyroby lub półprodukty do odbiorców.

Obecnie bodaj tylko w jednym miejscu – w pobliżu restauracji „Opałkowa Chata” przy ul. Wróblewskiego – można jeszcze od czasu do czasu zobaczyć, jak w poprzek ruchliwej asfaltowej jezdni przetacza się zestaw cystern ciągniętych nieśpiesznie przez lokomotywę spalinową. To jednak zaledwie nikły cień tego, czym Bolesławiec żył jeszcze kilkadziesiąt lat temu.

Pociągi zamiast TIR-ów i kurierskich aut dostawczych

Na mapach sprzed 50-60 lat widnieje jeszcze prawdziwa pajęczyna torowisk, przecinających ulice i docierających do różnych zakątków miasta, gdzie dawniej funkcjonowały bocznice i rampy. Szyny doprowadzono między innymi do dawnej „Concordii”, na plac fabryczny zajmowany obecnie przez dworzec autobusowy, do byłych zakładów Hoffmanna (dzisiaj Zakłady Ceramiczne "Bolesławiec", nieistniejącej dzisiaj huty szkła Carlswerk – stojącej niegdyś w miejscu zajętym teraz przez bloki wzniesione przy ulicy Chrobrego, a także do elewatorów zbożowych przy ul. Tysiąclecia.

Oczywiście trudno porównywać dzisiejsze natężenie ruchu samochodowego choćby w Bolesławcu z okresem, gdy po torach sunęły powolne ciuchcie przetaczające towarowe składy. Wówczas krótkotrwałe postoje nielicznych aut zatrzymywanych przy przejazdach kolejowych nie były szczególnie uciążliwe. Zapewne najbardziej kłopotliwymi skrzyżowaniami szyn z ulicami były te, które istniały na wlotowych szlakach, między innymi przy końcu współczesnej ulicy Tysiąclecia. Tam drogę regularnie „blokowały” też pociągi osobowe jeżdżące do Nowej Wsi Grodziskiej.

Podobne, ale mniej obciążone miejsce stanowił tor biegnący w poprzek dzisiejszej ulicy Zgorzeleckiej, którym od dworca do „Concordii” (bądź w przeciwną stronę) ekspediowano zestawy towarowe przejeżdżające blisko jezdni przez istniejącą do dzisiaj kamienną bramę w parkowym murku. I to właśnie przy niej – jak twierdził jeden z pierwszych powojennych mieszkańców Bolesławca – doszło do osobliwej katastrofy, czy wręcz próby zamachu. Pełne okoliczności zdarzenia pozostaną najprawdopodobniej na zawsze tajemnicą.

Miejska legenda. Sowieci rozkradają „Concordię”

Był 1945 rok. W pomieszczeniach fabryki żołnierze sowieccy demontowali urządzenia, świadek tego zdarzenia opowiadał regionaliście Zdzisławowi Abramowiczowi, że doszło tam do osobliwej katastrofy, czy wręcz próby zamachu. Chociaż okoliczności zdarzenia pozostaną prawdopodobnie na zawsze tajemnicą.

W pomieszczeniach "Concordii" żołnierze sowieccy gromadzili w opustoszałych halach zwleczone zewsząd "trofiejne" dobra, sukcesywnie ładując je na wagony i wysyłając do Związku Radzieckiego. Ruch samochodowy na tej ulicy był w owych miesiącach symboliczny – od czasu do czasu przemknął jakiś konny wóz, czy furmanka.

Wieczorną ciszę zakłócało dudnienie pociągu sygnalizującego swoje nadciąganie gwizdem parowozu. Na drodze przy torach stał krasnoarmiejec z lampą naftową, kiedy zdezelowany wojskowy samochód wtoczył się na tory tuż przed nadjeżdżającym pociągiem wyładowanym dobrami zagrabionymi przez Sowietów. Samochód, omijając wystraszonego wartownika, wturlał się na tor – i wtedy zgasł jego rzężący motor. Kierowca wyskoczył z szoferki i puścił się biegiem w kierunku dzisiejszego parku Muzeum Ceramiki. W skrzyni samochodu miały leżeć niewybuchy.

Wielka zagadka. Czy to był zamach na Sowietów?

Żołnierz pilnujący torowiska zbaraniał, po czym zaczął dawać rozpaczliwe znaki maszyniście, usiłując zatrzymać lokomotywę ciągnącą kilka wagonów wyładowanych łupem. Zazgrzytały koła gwałtownie hamowanego składu, ale było za późno – zderzak ciuchci grzmotnął w szoferkę samochodu, spychając go na bok. Po kilkunastu metrach pociąg wreszcie się zatrzymał.

Jak wynika z przekazu jaki zapisał dla potomnych Zdzisław Abramowicz, w skrzyni pojazdu miało podobno leżeć kilka dużych, wojennych niewybuchów. Pytanie, czy była to próba "terrorystycznego" ataku na pociąg wypełniony łupem, pozostaje bez odpowiedzi. Nieznany jest również los tajemniczego kierowcy. Co więcej – nie ma nawet pewności, że opisane wydarzenie miało rzeczywiście taki przebieg, a nawet czy w ogóle do niego doszło. Chociaż w tamtych, niespokojnych czasach wszystko było możliwe.

Dziś śladem dawnego torowiska prowadzącego do byłej "Concordii" jest jedynie ścieżka biegnąca fragmentem jego dawnego szlaku. I tylko kamienna brama ze stalowymi zawiasami stoi jak dawniej.