Sama miłość nie wystarczy, by straumatyzowane pies z licznymi chorobami został wydany w ręce nowych właścicieli. Inni ludzie, którzy zapewne kochali szczeniaka Lexusa, już go poważnie zawiedli. Pies od 2023 roku przebywa w schronisku.

– Jedną z rzeczy, na których najbardziej nam zależało po trudnym okresie jakie przeszło schronisko dla małych zwierząt w Przylasku, było rozpoczęcie adopcji – mówi wolontariuszka. – I one naprawdę ruszyły. W ostatnich tygodniach kolejne psy pojechały do nowych domów i chyba nie ma nic fajniejszego niż patrzenie na pusty boks po psie, który w końcu znalazł swoją rodzinę. Tylko dla mnie odpowiedzialna adopcja nie polega na tym, żeby wydać jak najwięcej psów i mieć ładne statystyki. Chodzi o to, żeby pies pojechał do domu, który rzeczywiście jest dla niego odpowiedni i z którego, miejmy nadzieję, już nigdy nie wróci – dodaje kobieta.

"Będziemy walczyć o Lexusa!"

Post małżeństwa, które starało się o adopcję, zamieszony na grupie miłośników psów ma po dwóch dniach ponad 800 reakcji, tyle samo udostepnień i komentarzy. Internauci głownie współczują rodzinie, że nie może zająć się psem, którego tak pokochała, pada też wiele gorzkich słów i oskarżeń pod adresem schroniska.

Trudno inaczej zareagować na post kobiety, która opisuje sytuację ze swojej perspektywy. O adopcję z mężem starali się długo, spacerowali z psem, dbali o niego, nawiązali wieź i jak twierdzą w poście, są gotowi na wszelkie trudy i wydatki związane z opieką nad starym, schorowanym psem. W aktualizacji kobieta przekonuje, że odmowa adopcji związana była z tym, że mają za małe dziecko.

– O dziecku wiedzieliśmy od początku i nie było ono jedynym powodem odmowy – wyjaśnia wolontariuszka. – W trakcie procesu pojawiły się też inne kwestie, które zaczęły budzić nasze wątpliwości. Jedna z nich jest bardzo prosta. Osobą, która formalnie ma adoptować Lexusa, jest żona (autorka postu – red.), ale w praktyce większość rozmów dotyczących psa prowadzona jest z mężem. I dla mnie jest to zwyczajnie zastanawiające, bo ostatecznie mamy podpisać umowę i powierzyć psa konkretnej osobie, a tej osoby prawie nie znamy. Doszło nawet do sytuacji, kiedy mąż przyszedł wziąć psa na spacer, ale nie chciał podać swojego imienia i nazwiska, tłumacząc, że przecież to nie on adoptuje Lexusa, tylko żona. A żona, czekała w tym czasie przed bramą schroniska. Nie twierdzę, że wiem, dlaczego tak było i nie zamierzam dopisywać do tego żadnych historii. Ale chyba trudno oczekiwać, że przy odpowiedzialnej adopcji po prostu wzruszymy ramionami i uznamy, że nie ma to żadnego znaczenia. Proces adopcyjny nie jest po to, żeby utrudniać ludziom zabieranie psów ze schroniska, tylko żeby pewne rzeczy wyjaśnić zanim pies pojedzie do domu, a nie wtedy, kiedy pojawi się problem i będzie wracał do schroniska – wyjaśnia wolontariuszka.

Pies z traumą to nie zabawka

Adopcja psa z trudną historią, to poważna sprawa. I właśnie na jawność procedur i dobro zwierzęcia nacisk kładzie przewodniczący Zarządu Związku Gmin „Kwisa” odpowiadający za dobrostan zwierząt i funkcjonowanie placówki, w której Lexus przebywa.

– Otrzymałem informacje, że rodzina chcąca adoptować psa nie słuchała pracowników, nie wyciągała wniosków z tego, w jaki sposób schronisko pracuje- mówi Szymon Surmacz. – Poinformowałem mężczyznę, który chciał adoptować Lexusa, że może brać udział w pielęgnacji psa pod warunkiem, że będzie przy tym pracownik. Wydaje mi się, że pan nie chciał tego warunku spełnić. Jak zacząłem osobiście weryfikować informacje, wyszło na to, że komunikacja między rodziną adopcyjną, pracownikami i mną, powiedzmy szwankowała. Inne informacje pan przekazywał pracownikom niż ode mnie otrzymywał. W mojej ocenie, jeśli ktoś się tak zachowuje przed adopcją, to zapala się światełko ostrzegawcze. Bo co będzie w sytuacji, kiedy pies faktycznie nie wiem, ugryzie dziecko? Nic takiego nie stanie się przy fachowcach, ludziach, którzy rozumieją zagrożenie, jakie ten pies stwarza. To cudowny pies, ale też straumatyzowane zwierzę i nie można tego bagatelizować. To jest kluczowa sprawa w tej sytuacji – dodaje Surmacz.

Są inne okoliczności

Wolontariuszka podaje jeszcze inne powody odmowy.

– Są też inne okoliczności, które miały wpływ na tę decyzję, ale tutaj dla mnie kończy się granica tego, co powinno być publicznie omawiane – mówi wolontariuszka. – Nie będziemy wyciągać prywatnych informacji dotyczących tej rodziny tylko po to, żeby wygrać dyskusję w internecie albo udowodnić, że mieliśmy podstawy do odmowy. To, że pewnych rzeczy nie chcemy upubliczniać, nie oznacza, że ich nie ma – przekonuje pracująca w schronisku wolontariuszka.

Rodzina zarzuca schronisku, że milczało i długo nie odpowiadało w sprawie adopcji.

– Odnosząc się do zarzutu, że rodzina długo czekała na ostateczną decyzję, wyjaśnię, że w tym czasie (wakacje – red.) część osób z zespołu była na urlopie – wyjaśnia wolontariuszka. – Nie chcieliśmy, żeby jedna osoba podjęła decyzję w sprawie adopcji na szybko. Chcieliśmy zebrać informacje, dokładnie wszystko między sobą przegadać i dopiero wtedy zdecydować. Tym bardziej, że mówimy o decyzji dotyczącej kolejnych lat życia psa. Rozumiem, że dla rodziny to oczekiwanie mogło być frustrujące. Komunikacyjnie pewne rzeczy można było zrobić lepiej i nie mam problemu, żeby to powiedzieć. Z tego też trzeba wyciągać wnioski. Ale zdecydowanie wolę, żeby ktoś zarzucił nam, że podejmowaliśmy decyzję za długo, niż żebyśmy pod presją czasu czy emocji wydali psa, a za kilka tygodni zastanawiali się, jak go z powrotem zabezpieczyć – dodaje wolontariuszka.

Chcemy, by Lexus znalazł dom, ale nie za wszelką cenę

Wolontariuszka nie zgadza się z tym, że schronisko nie chce, by Lexus był zaadoptowany

– My naprawdę chcemy, żeby znalazł dom. Tak samo jak chcemy domów dla wszystkich pozostałych psów. Ale nie chcemy wydawać psów za wszelką cenę. Odmowa adopcji nie oznacza też, że ktoś jest złym człowiekiem albo złym opiekunem. Można kochać zwierzęta, mieć świetne warunki i nadal nie być odpowiednim domem dla konkretnego psa. I naprawdę nie widzę w tym niczego obraźliwego. Lexus nie jest nagrodą, o którą trzeba „walczyć”. Jest żywym zwierzęciem. To jego dobro powinno być w centrum tej całej dyskusji. Bardzo chcemy zobaczyć Lexusa poza schroniskiem. Ale chcemy też mieć poczucie, że zrobiliśmy wszystko, żeby następna decyzja dotycząca jego domu była odpowiedzialna.

W połowie lipca 2026 roku schronisko w Przylasku znalazło się w bardzo trudnej sytuacji. Dotychczasowi pracownicy praktycznie z dnia na dzień przestali świadczyć pracę i zostały zwierzęta, którymi ktoś musiał się zająć. Wtedy na pomoc ruszyli wolontariusze. Nie po to, żeby stać z boku i komentować, tylko żeby realnie pomóc. Było to karmienie, sprzątanie, spacery, poznawanie psów, pomoc przy leczeniu, adopcjach i cała masa rzeczy, których z zewnątrz po prostu nie widać.

– Dzisiaj wolontariat działa już aktywnie i regularnie – opowiada wolontariuszka. – Nie chcę przy tym odpowiadać za wszystko, co działo się w schronisku wcześniej, bo ani ja, ani obecni wolontariusze nie mieliśmy na to wpływu. Możemy odpowiadać za to, w czym uczestniczymy teraz i jak chcemy, żeby to wyglądało dalej. Dla mnie sukcesem nie jest moment, kiedy pies wyjeżdża przez bramę schroniska i można wrzucić zdjęcie na socjale, że „ma dom”. Sukces jest wtedy, kiedy ten pies już nigdy przez tę bramę nie wraca – oświadcza wolontariuszka.

Przede wszystkim transparentność

Szef zarządu Gmin „Kwisa” opisuje podobną sytuację sprzed kilku miesięcy, w której rodzina adopcyjna nie poradziła sobie z trudnym psem, nie dawali sobie z nim rady, mimo zatrudnienia behawiorysty.

– Bali się tego psa i widzieli, że zadbanie o niego w tej rodzinie, w tym domu przekraczało ich możliwości – mówi Szymon Surmacz. – I to jest doskonały przykład na to, że mamy rację stojąc tutaj twardo na stanowisku, że pies musi zostać w schronisku. Nie chodzi o to, czy dom jest ładny, bo mamy na ten temat notatkę służbową. Natomiast wszystkie późniejsze notatki służbowe dotyczące zachowania pana, który chce pieska adoptować, opis jego relacji z psem, słuchania psa, bo pies też wysyła pewne sygnały, rekomendowały, by adopcji odmówić – dodaje Szymon Surmacz.

Surmacz podkreśla, że tak jak na dobru zwierząt zależy mu na tym, by schronisko funkcjonowało jak najlepiej.

– Odpowiadam za tę instytucję i chcę, żeby ona w sposób prawidłowy realizowała swoją misję. I tego się trzymam. Jak przejmowałem zarząd, zdecydowałem, że zatrudniamy ludzi i spróbujemy sobie dać radę sami. I od tej chwili opinia publiczna ma dostęp do każdej faktury za każdy zakup. Jako członek organizacji pozarządowych przez lata domagałem takiej transparentności od samorządu. I w końcu ja wprowadziłem – dodaje.

Zwierzęta z Przylasku mogą dołączyć do Twojej rodziny! schronisko.kwisa.pl/adopcje