„Gloria Artis” to polskie odznaczenie resortowe, nadawane przez Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego osobom wyróżniającym się w dziedzinie twórczości artystycznej, działalności kulturalnej lub ochronie kultury i dziedzictwa narodowego.
Janina Bany-Kozłowska to postać niezwykle istotna dla bolesławieckiej ceramiki, uznawana za jedną z najwybitniejszych projektantek w tej dziedzinie. Jej trwająca 45 lat praca artystyczna miała decydujący wpływ na ukształtowanie unikalnego charakteru lokalnej kamionki. Z niezwykłym mistrzostwem łączyła ona bogatą, wielowiekową tradycję z aktualnymi trendami w projektowaniu form i dekoracji.
Dorobek Janiny Bany-Kozłowskiej obejmuje około 1600 form naczyń, które zostały wprowadzone do seryjnej produkcji przez Zakłady Ceramiczne „Bolesławiec”. Jest również twórczynią rozpoznawalnego logo firmy, co dodatkowo podkreśla jej wkład w rozwój i promocję bolesławieckiego rzemiosła. Jej twórczość stanowi trwały ślad w historii polskiego wzornictwa, będąc przykładem harmonijnego połączenia dziedzictwa kulturowego z nowoczesnym podejściem do sztuki użytkowej.
– Jeszcze raz bardzo dziękuję – powiedziała Janina Bany-Kozłowska podczas dekorowania odznaczeniem i opowiedziała, jak wyglądały jej początki w Bolesławcu i Zakładach Ceramicznych „Bolesławiec”.
52 lata temu było oszołomienie i pasja
Kiedy 52 lata temu przyjechałam do Bolesławca, wiedziałam, że jest to miasto położone na złożach gliny. Wspaniałej gliny, która biegnie od Nadrenii-Palatynatu przez Bolesławiec aż do Karpat. Wiedziałam również, że tradycje ceramiki i tradycje garncarstwa były ogromne i pochodziły od średniowiecza, a może nawet i wcześniej. A ja cóż? Przez przypadek znalazłam się w Bolesławcu. Namówił mnie do tego mój wspaniały, już świętej pamięci kolega Władysław Garnik, który dał mi list polecający do zakładu, który prosił, żebym zwiedziła.
Ówczesny pan dyrektor, który również już jest świętej pamięci, natychmiast przyjął mnie do pracy. I powiem szczerze, byłam oszołomiona, ponieważ wtedy było 7 zakładów, które nazywały się Zakłady Ceramiczne Przemysłu Terenowego. Później dowiedziałam się, że jednym z zakładów, które dużo wcześniej zdobyły ogromną sławę, były przedwojenne zakłady firmy Reinhold. Wchodziły one w skład tych zakładów, do których miałam – jak się okazało później – zaszczyt i szczęście należeć.
Jak kilka garnków mogłoby konkurować z wielkimi ceramikami?
Niestety firma, w której zaczęłam pracować, już nie miała się czym pochwalić. Produkowano kilka garnków, doniczek, a jeżeli chodzi o tak zwaną galanterię ceramiczną, to dosłownie kilka rzeczy. No i ja pełna pasji, zaangażowania. Kiedy obok był właśnie zakład Spółdzielnia Ceramiki Artystycznej (Cepelia – red.), która już wtedy miała ogromną sławę. Mirowsławice produkujące z podobnego tworzywa, Tułowice zdobywające Mistrza Eksportu oraz Pruszków.
Pomyślałam sobie, że może spróbuję. Nie biorąc pod uwagę trudności i przeszkód, jakie później mnie czekały, może spróbuję zrobić coś, co przyczyni się do znaczenia firmy. Znalazłam sobie taką przestrzeń twórczą, taką osobistą i, mimo prymitywnych wtedy warunków jako projektantka, która nabierała dopiero doświadczenia, spróbowałam projektować praktycznie już po roku.
W 1975 roku wzięłam udział, wystawiając kilka zaprojektowanych kształtów w prestiżowej wystawie w Domu Chłopa. Byli tam znakomici projektanci. Natomiast ja, świeżo upieczona studentka, wydawało mi się, że cóż ja tam robię. Ale tak to się zaczęło.
I przyszedł okres sukcesów
Potem dochodziły kolejne rzeczy. Zaczął razem ze mną przez pewien okres pracować mój mąż, znakomity artysta plastyk oraz koleżanki, które projektowały formy, a potem dekoracje i po jakimś czasie przyszedł okres sukcesów. Ja tego nie traktowałam jako jakiegoś tam mojego sukcesu. Broń Boże. Warunki w zakładzie były coraz lepsze. Byli znakomici technolodzy. Dyrektor Stasik, ówczesny dyrektor techniczny, usuwał wszystkie kłody sprzed nóg, jeżeli chodzi o pomysły, jeżeli chodzi o możliwość, żebym sama bawiła się szkliwami i sama przygotowywała te szkliwa. I tym sposobem… nie wiem, jak to się stało. W każdym razie przez grubo, no, prawie 45 lat projektowałam w zakładzie i cieszę się, że do dzisiaj wiele z moich projektów jest w seryjnej produkcji.
Jestem tylko skromnym projektantem, któremu się udało. Może dlatego – powiem nieskromnie – że teraz mam, oprócz już ogromnej wiedzy, nie ukrywam tego, również taką intuicję projektancką, intuicję twórczą, której zawsze życzę innym. Uczyłam młodszych od siebie i zawsze tłumaczyłam, że to jest coś, co się powinno mieć, i wtedy wychodzą bardzo dobre rzeczy. Dobry projektant to jest taki – mówiłam nawet mojej wspaniałej koleżance Marcie Małoszyc – który z tysiąca pomysłów, jakie się ma w głowie, które ja mam do dzisiaj, umie wybrać ten jeden, nad którym warto pracować.
I mam nadzieję, że przyczyniłam się, w jakimś maleńkim stopniu również do dzisiejszego sukcesu zakładu, bo troszkę zdobyłam tych nagród, które przyczyniły się również do wzrostu znaczenia firmy. Tak jak sobie wymarzyłam, że to się uda, to w jakiejś części do tego się przyczyniłam.