Właścicielka mieszkania przy ulicy Daszyńskiego w Bolesławcu opowiedziała historię kontaktu z bolesławiecką policją, w którą trudno uwierzyć.

– W czwartek, 5 września znajoma zadzwoniła do mnie z informacją, że mam zdewastowane mieszkanie – opowiada właścicielka lokalu. – Przyszłam na Daszyńskiego o 16:00, ale nie było najemcy, któremu od stycznia tego roku wynajmowałam lokal. Nie odbierał ode mnie telefonów, a ja nie miałam kluczy, by się do mieszkania dostać i oszacować straty. Napisałam tylko SMS, że chcę mieszkanie zobaczyć następnego dnia, w piątek. Zanim do tego doszło, w czwartek, ale o 22:00 dostałam kolejną wiadomość od znajomej. Pisała, że w mieszkaniu była rozróba, że interweniowała policja i lokal stoi otworem. Pojechałam, rzeczywiście mieszkanie było zdewastowane, a drzwi otwarte. Następnego dnia w piątek 6 września zabiliśmy drzwi płytą, by nikt tam już nie wszedł. Spotkałam się też z najemcą i wymówiłam mu tego dnia umowę najmu. Tłumaczył mi, że to on jest poszkodowany, bo został napadnięty w mieszkaniu i nie on dokonał zniszczeń, ale nie chciałam już słuchać jego wyjaśnień – dodaje właścicielka.

Podobno imprezy z narkotykami odbywały się w wynajmowanym mieszkaniu parokrotnie. 5 września towarzyskie spotkanie musiało wymknąć się spod kontroli. Jeden z gości dokonał największych zniszczeń. Sąsiedzi mówili, że w ruch poszła siekiera lub inne ostre narzędzie. Dlatego zadzwonili po policję. Na zdjęciach mieszkania zrobionych przez właścicielkę widać wybite szyby w drzwiach do pokoju, krew na podłodze i ogólną dewastację mieszkania. Kobieta zgłosiła sprawę na policję.

– Na pierwszy rzut oka określiłam, że straty wynoszą około 20 tysięcy złotych, ale dokładnie oszacuje to biegły – mówi właścicielka. – Policjanci spisali wszystko i poinformowali mnie, że gdyby najemca wrócił i się włamał do tego mieszkania, trzeba dzwonić na policję – dodaje kobieta.

Po rozwiązaniu umowy kobieta skontaktowała się ponownie z byłym już najemcą tylko po to, by odebrał swoje rzeczy i by to zrobił w jej obecności. W licznych SMS-ach kobieta ustalała z nim kolejne godziny i dni, kiedy mogliby się spotkać, ale na żaden termin nie przystał.

Ku zaskoczeniu wszystkich, mężczyzna zamiast spotkać się z właścicielką i odebrać rzeczy legalnie, dwukrotnie włamał się do mieszkania. Najpierw z kolegą 8 września (to zdarzenie przedstawia nagranie wideo), dzień później 9 września ze swoją partnerką. Skorzystał z uchylonego okna, by dostać się do środka. Sąsiedzi przy drugim razie zawiadomili policję. Funkcjonariusze złapali chłopaka i jego partnerkę na gorącym uczynku. Wezwano na miejsce właścicielkę i to właśnie podczas tej interwencji zdarzyło się najwięcej niespodzianek.

– Kiedy przyjechałam na miejsce, zobaczyłam dwóch młodych policjantów, którzy zatrzymali byłego najemcę i jego znajomą – opowiada właścicielka. –  Wydawało mi się, że policjanci nie wiedzą, co zrobić. Były najemca tłumaczył, że on chciał wziąć jakąś umowę, bo musi wziąć kredyt. Policjant wiedział, że złapany mężczyzna wynajmował lub wynajmuje wciąż mieszkanie. Pokazałam policjantom zerwaną umowę z 6 września i wyjaśniłam, że mają do czynienia z byłym najemcą, który nie ma prawa wchodzić do mieszkania. Pokazałam SMS-y, jakie z nim wymieniałam, proponując mu spotkanie w celu zabrania rzeczy w mojej obecności. Wyjaśniłam też policjantom, że zatrzymany mężczyzna zniszczył to mieszkanie, a straty oszacowałam na 20 tysięcy i że jest to zgłoszone już na policję. Wtedy policjant zaczął dzwonić do kogoś i pytać się, co ma zrobić – opowiada kobieta.

Po rozmowie telefonicznej policjant zarządził przeszukanie zatrzymanych. Podczas tego przeszukania okazało się, że zatrzymana kobieta ma przy sobie przenośny termostat od pieca z lokalu, czyli nie swoją własność. Zatrzymana tłumaczyła, że termostat pomyliła z zegarkiem, myślała, że należy do jej chłopaka.

– Termostat zabrałam i włożyłam do torby – mówi właścicielka. – Cały czas dopominałam się, by chłopaka zatrzymać za kradzież z włamaniem. Wtedy policjant znów zadzwonił i przyjechało nieoznakowanym wozem dwóch kolejnych funkcjonariuszy. 

Policja: to nie było włamanie

Przybyli na miejsce policjanci zapytali kobietę, ile może kosztować termostat, który znaleziono u zatrzymanej.

– Odpowiedziałam, że mąż wycenił go na 1000 zł – opowiada właścicielka mieszkania. – Na tę wiadomość policjant się uśmiechnął i nie widząc przedmiotu, zasugerował, że może jest to mniejsza wartość. Z kolei drugi policjant dodał, że widział, jak mężczyzna wchodzi do domu przez okno. Uznał, że zrobił to tak delikatnie, że nie uszkodził okna. I dodał, że to nie jest włamanie. Zapytałam go, skąd wie, że okno nie jest uszkodzone? Bo policjanci nie chcieli wejść do mieszkania i nie poprosili mnie, bym oszacowała ewentualne straty – wyjaśnia najemczyni.

Policjanci w końcu zapytali samego zatrzymanego, jaki termostat zabrała jego partnerka i na podstawie jego słów oszacowali, że urządzenie mogło kosztować góra 500 zł. Wszystko to robili na oczach właścicielki mieszkania, czyli poszkodowanej.

Właścicielka zastanawiała się, na jakiej podstawie policjant określił wartość zabranego z lokalu przedmiotu i czy miał do tego w ogóle prawo?

W końcu policjanci wypuścili zatrzymanych z mandatami oraz sporządzili notatkę. Kiedy właścicielka przyjechała na komendę w celu dodatkowego wyjaśnienia sprawy, policjant, który do poszkodowanej wyszedł, nadal twierdził, według jej słów, że nie można nazwać włamaniem wejścia do mieszkania przez uchylone okno.

O sprawę zapytaliśmy rzecznika Komendy Powiatowej w Bolesławcu. Oto nic nie wnosząca do tematu odpowiedź.

Odpowiadając na Pani pytanie, uprzejmie informuję, że funkcjonariusze Policji zawsze podejmują przewidziane prawem działania w przypadkach, gdy otrzymują zgłoszenie o zaistnieniu danej sytuacji naruszającej prawo. Podobnie było podczas przedmiotowej interwencji. Nadmieniam, iż uczestnicy interwencji każdorazowo informowani są przez obecnych na miejscu zdarzenia policjantów o przysługujących im prawach z których mogą skorzystać.

mł. asp. Bartłomiej Sobczyszyn, zastępca Oficera Prasowego Komendanta Powiatowego Policji w Bolesławcu