W znakomitej większości przypadków kiedyś wyglądało to nieco inaczej. Istniał społecznie przyjęty "algorytm postępowania". Rodziła się miłość (niektórzy naukowcy twierdzą, że stadium nabardziej intensywnego zakochania trwa około 5 lat). Dobrym zwyczajem był dość długi okres narzeczeństwa, który pozwalał po ochłonięciu z pierwszego zauroczenia na weryfikację pozytywnych i negatywnych cech narzeczonego lub narzeczonej. Ten długi okres narzeczeństwa wynikał z doświadczeń poprzednich pokoleń w tej delikatnej, miłosnej materii. Doświadczenie niezbicie udowadniało, że stadium zauroczenia (nie tylko duchowym jestestwem) drugą osobą nie jest dobrym momentem na podejmowanie decyzji. W tamtych czasach nie było również środków antykoncepcyjnych pozwalających młodym ludziom na podejmowanie bez ryzyka zajścia w ciążę współżycia seksualnego jeszcze przed ślubem. W owych czasach większość kobiet do czasu zamążpójścia bardzo chroniła swą "niewinność", ponieważ nieślubne dziecko było świadectwem jej zachowania nieakceptowanego społecznie. Nie znaczy to, że wówczas nie zdarzały się pomyłki lecz wydaje się, że było ich o wiele mniej niż dziś. I wówczas, i dziś ,niezależnie od płci,zamożni "kupowali" sobie współmałżonków. Ten procedur kupna-sprzedaży miał w dawnych czasach określone konotacje.Moje pytanie brzmi następująco: Czy ten "algorytm postępowania" w dzisiejszych czasach ma sens? Proszę o uzasadnianie odpowiedzi.