Dariusz F. oskarżony o znęcanie się nad pracownicą opowiada własną wersję zdarzeń

Dariusz F. oskarżony o znęcanie się nad pracownicą opowiada własną wersję zdarzeń
fot. istotne.pl Wypowiedź radnego i byłego kierownika cmentarza Dariusza F. zestawiamy z mową końcową prokuratora. Wyrok w sprawie o znęcanie się nad pracownicą i podżeganie do popełnienia przestępstwa podrobienia podpisu ma zapaść 1 marca.
istotne.pl 86 mobbing, sąd rejonowy, dariusz f.

Na rozprawie w dniu 22 lutego 2022 roku oskarżony przedstawiał swoją wersję przez ponad dwie i pół godziny. Później mówił prokurator.

Wypowiedź oskarżonego Dariusza F.

Chciałem to wszystko wypowiedzieć, Wysoki Sądzie. Ewie (poszkodowanej – przyp. red.) pomagałem wielokrotnie. Nieprawdą jest, że załatwiłem jej pracę w wyniku wygranych wyborów w 2014 roku. Tak zeznawała. Naprawdę chodziła z tą prośbą (zatrudnienia jej – przyp. red.) od dawna, od 2015 roku może wcześniej. Artykułowała taką prośbę, a ja sobie to wziąłem do serca. Zawsze ludziom pomagałem, czy rodzinie, czy obcym. Jak mogłem, to pomogłem. W 2015 roku w lutym była taka możliwość, by zatrudnić panią Ewę na cmentarzu w kwiaciarni na stanowisku: pracownik gospodarczy. Wykonywała na cmentarzu prace gospodarcze i przyuczała się do robienia wieńców, wiązanek. Pracowała tam do końca 2016 roku.

W 2016 roku prezes MZGK szukał kogoś do pracy na Targowisku Miejskim w spółce córce Zakładu Gospodarki Komunalnej. Pomyślałem o Ewie, bo też słyszała tę propozycję. Doszło do naszej rozmowy i widziałem w jej oczach, że ją to bardzo zainteresowało. Po moim anonsie u prezesa z radością poszła pracować na Targowisko Miejskie. Wiedziałem, że chce tam pracować dłużej, myślałem, że zrobi tam karierę. Choć poszła na zastępstwo, to z rozmów z prezesem wywnioskowałem, że zostanie tam na zawsze lub na dłuższy czas. Zdziwiłem się, jak po czterech miesiącach nie wyszło jej. Pytałem, co się stało, ale prezes nie chciał powiedzieć. To był moment reorganizacji spółki MZGK, dużo pracy i problemów. Poprosiłem Ewę, by wróciła na cmentarz, bo nie miała dokąd wrócić. 17 sierpnia 2017 roku Ewa zdeklarowała się, że chce ze mną przejść do nowej firmy (cmentarzem w 2017 roku przestała zarządzać miejska spółka MZGK, a zaczął Miejski Zakład Gospodarki Mieszkaniowej. Dariusz F. został nowym-starym szefem cmentarza od 1 stycznia 2018 r. – przyp. red.). Kolejny raz podałem rękę tej kobiecie.

W 2017 roku prezes MZGK kazał stworzyć listę osób do pracy na cmentarzu w MZGM (od 2018 roku – przyp. red.). 1 stycznia 2018 roku wszyscy pracownicy na liście wiedzieli, że będą pracować ze mną, że ja będę kierownikiem. To była obopólna zgoda na naszą współpracę i relacje nie były złe. Pracownicy nie byli zadowoleni z przejścia, ale mieli ten komfort, że przechodzili z automatu, z zachowanymi świadczeniami i umowami o pracę. Ja, jako jedyny, nie miałem takiego komfortu. Byłem radnym i jako radny nie mogłem przejść z automatu, wiec dyrektor MZGM Kazimierz Łomotowski podpisał ze mną umowę na czas określony. Musiałem zdać egzamin na urzędnika i dopiero po okresie przygotowawczym uzyskałem 21 czerwca 2018 roku umowę na czas nieokreślony i wtedy byłem pewny, że będę pracował na stałe.

Pani Ewa chciała ze mną pracować. Nieprawdą jest, że problemy w naszych relacjach były wcześniej, bo po co decydowałaby się na pracę z kimś, kto ją wcześniej prześladował?

Lata 2017-2018 to był najtrudniejszy okres, bo oddawaliśmy spółkę pod spółkę. Wszystko było nowe. Wdrażaliśmy nowe systemy, zwiększała się ilość pogrzebów i doskwierał brak pracowników. W tej sytuacji zaproponowałem Ewie pracę w biurze (przejście ze stanowiska pracownika gospodarczego na stanowisko pracownika biurowego – przyp. red.) i znów zobaczyłem ten błysk w jej oczach, jak wtedy, kiedy chciała iść do pracy na Targowisko Miejskie. Byłem przekonany, że ma ogromną chęć pracy w biurze. Było spotkanie rodzinne i Ewa miała przyjść do pracy 1 maja 2018 roku.

Miała przyjść 1 maja, ale przyszła 6 maja, bo był wyjazd na pielgrzymkę. Zaplanowała sobie ten wyjazd jesienią 2017 roku i chciała wziąć urlop. Odpowiedziałem jej wtedy, że jak będzie możliwość wzięcia urlopu, to go dostanie. Ona ten urlop wymusiła, kiedy było mnóstwo problemów w pracy. Wymyśliła sobie, że pojedzie akurat w tym okresie, w którym musi się uczyć. Doszło do wymiany zdań, to była rodzina. Nie mam w zwyczaju krzyczeć, ale od wielu lat mam refluks i czasami muszę głośniej mówić. Powiedziałem: Jak to sobie wyobrażasz, że jedziesz, kiedy masz zacząć się uczyć? Nigdzie tak nie ma, ja nie słyszałem, żeby tak było. Ostatecznie dałem jej ten urlop, odpuściłem, bo powiedziała, że zaliczkę zapłaciła. Ja też jestem człowiekiem wierzącym, choć nie obnoszę się tak z tym. Powiedziałem: Jedź na ten urlop, wracaj szybko, szczęśliwie i zaczynasz okres przygotowawczy. Nie było krzyków, nie było złośliwości, była zwyczajna rozmowa.

W 2018 roku wprowadzaliśmy zasady RODO w firmie. Zdarzały się błędy Ewy związane z RODO. Ja rzekomo krzyczałem, znęcałem się nad nią. To nie miało w ogóle miejsca. Jako kierownik miałem w kompetencjach, aby zabezpieczać dane osobowe i pilnowałem tego. Nieprawdą jest, że ją straszyłem, że ją zwolnię. Pracownika którego sam przyjąłem miałbym zwalniać? To jest nielogiczne.

Od jesieni (2018 r. – przyp. red.) mówiłem, że są problemy z Ewą, że pracuje wolno. Ale dobrze, wdrażała się, nie będziemy jej obciążać dodatkowymi obowiązkami.

10 września 2018 roku była ta wizyta Ewy z synem w Karpaczu. Nie byłoby problemu z jej wyjazdem, ale kilka dni wcześniej dowiedziałem się, ze 10 września moja żona też ma operację i miałem być jej opiekunem. Doszło z Ewą do wymiany zdań, na początku była to normalna rozmowa, potem ona miała rację, ja miałem rację i doszło do głośnej wymiany zdań. Nie było żadnych wyzwisk. W końcu ja odpuściłem i pojechała z żoną na operację córka, a Ewa pojechała z synem do Karpacza. Nie wiem, co nagadała mężowi, ale mogło to mieć wpływ na to, że jej mąż, a mój kuzyn, do mnie zadzwonił.

14 października 2018 rok przed wyborami otrzymałem telefon od kuzyna, który na mnie krzyczał. Zaczął przeklinać, wyzywać mnie. Byłem w szoku, bo nigdy tak nie rozmawialiśmy. Ja tak zrozumiałem, że ja Ewę prześladuję i jak jej nie dam spokoju, to on mnie zniszczy. Poprosiłem, byśmy się spotkali, wyjaśnili to nieporozumienie. Kuzyn mi powiedział, że mnie zniszczy, tylko nie wiedziałem za co. Zaczynały się wybory, kuzyn powiedział też, że jak prezydent Roman przegra, to wy nic nie znaczycie, „stracisz stołek”.

Są jeszcze dwa ważne fakty. Dyrektor (Kazimierz Łomotowski – przyp. red.) mnie deprecjonował. Powiedziałem mu, że wiem od wspólnych znajomych, że mnie deprecjonuje, przeprosił mnie za to. Była jeszcze druga sytuacja, w czerwcu 2018 roku, kiedy pani Ewa złożyła na mnie skargę. Dyrektor do mnie przyjechał i domagał się zwrotu kamer. Pamiętam to jak dzisiaj, tak pokłóciliśmy się przy ludziach. Potem okazało się, że te kamery były w MZGM i wszyscy mnie przeprosili, tylko nie dyrektor. I po tych sytuacjach nie mam wątpliwości, że pozbycie się mnie ze stanowiska było zaplanowaną akcją. Niestety wykorzystano do tego Ewę, tak myślę, ją zrobiono, że jest mobbingowana, a ze mnie zrobiono mobbera.

Cała ta sprawa doprowadziła mnie do tej sytuacji, w której jestem. Jestem osobą bezrobotną, bez prawa do zasiłku. Zostałem zdyskredytowany publicznie. Nie przypominam sobie, by w tym mieście ktokolwiek miał taki medialny lincz.

Byłem na lekach antydepresyjnych, nie udzielałem komentarzy prasie, bo nie byłem w stanie. Te wszystkie medialne artykuły były brutalnie ponawiane co półtora miesiąca. Ewa odtajniła dokumenty komisji mobbingowej. W wyniku tych uporczywych, długotrwałych relacji pojawiających się na Bolec.Info doszło do nieszczęścia: moja żona nie wytrzymała, kiedy przeczytała kolejny raz jakim jestem człowiekiem, dostała zapaści. Jechałem za karetką do Zgorzelca i nigdy tego nie zapomnę. Bogu dziękować, że wyszła z tego. Ona nie mogła się pogodzić z tym, że najbliższa rodzina, z którą spotykaliśmy się na kawę po kościele, mogła mi zrobić coś takiego. Ze mnie zrobili mobbera, a ta kobieta stała się prześladowaną. Jeszcze powiem o mojej mamie, kiedy moja świętej pamięci mama czytała te gazety, bo gazety Bolec.Info wychodzą co dwa tygodnie, kiedy czytała, to ja nie mam wątpliwości, że ją to dobiło.

Jestem osobą publiczną. Z okazji 25-lecia diecezji legnickiej dostałem medal od biskupa. Dostałem telefon od prezesa Polskiej Izby Pogrzebowej, który był zbulwersowany tą sytuacją, bo stawiał bolesławiecki cmentarz za wzór w Polsce podczas szkoleń. Sam od siebie napisał list referencyjny, opisując jakie były na cmentarzu relacje.

Nie zgadzam się z tymi zarzutami, nie podżegałem do żadnych podpisów i starałem się to wykazać, nie dręczyłem psychicznie tej kobiety. Próbowałem wykazać, że to wynikało z błędów, a nie z relacji personalnych. Nikt nie chciał mnie słuchać, że ona popełniała błędy, i zapłaciłem za to ogromną cenę. Proszę o wzięcie pod uwagę tego, co dzisiaj powiedziałem.

Mowa końcowa prokuratora Sebastiana Woźniaka

Od razu chciałem powiedzieć, proszę Wysokiego Sądu, że osobowy materiał dowodowy nie jest tendencyjny, tak jak to sugerowała obrona, i słuchano tylko tych świadków, którzy zeznawali na niekorzyść oskarżonego. Tak nie jest. Trzeba wspomnieć zeznania pana Bakalarza, Kołodzieja czy Drzewieckiego. Te zeznania są korzystne dla pana oskarżonego. Jest zeznanie pracownicy, która popełniła błąd, powiedziała o tym oskarżonemu, a on nie krzyczał i, jak zeznała, zachował się tak, jak się tego nie spodziewała. No właśnie Wysoki Sądzie. A zwykle świadkowie spodziewali się negatywnych zachowań i komentarzy ze strony kierownika, takich, które nie licowały w relacjach pomiędzy pracodawcą i pracownikiem.

Bo to nie tak, że oskarżony czekał te lata, by się mógł wypowiedzieć. Wypowiadał się wielokrotnie. To, co prezentuje pan oskarżony, to tylko interpretacja materiału dowodowego przedstawionego w tej sprawie. I obrona nie jest w stanie wyjaśnić, jak to jest, że zeznania pozostałych świadków są zbieżne, spójne, logiczne i wzajemnie się uzupełniają. A oceniając wyjaśnienia oskarżonego, nie sposób stwierdzić, że stoją one w sprzeczności do oskarżeń.

Oskarżony umniejsza swoje zachowania. Linia obrony sprowadza się do tego, że poszkodowana robiła błędy, naruszała przepisy dotyczące RODO, popełniała błędy i to jest powtarzane jak mantra. Proszę Wysokiego Sądu, śmiem twierdzić, że każdy popełnia błędy, tylko ludzie nic nie robiący ich nie popełniają. Ale nigdzie nie jest powiedziane, że należy się znęcać nad ludźmi popełniającymi błędy.

Nie można tego robić i to pan oskarżony powinien zrozumieć: że takie popełnianie błędów, do których pokrzywdzona się przyznaje, tak naprawdę nie powinno wyzwolić takiej reakcji ze strony oskarżonego. To, co robił oskarżony, urąga wszelkim zasadom dobrego postępowania. Każdy ma swoją godność i każdy ma prawo do należytego traktowania i pokrzywdzona tego oczekiwała. Jeśli mamy zakład pracy, gdzie są błędy, to rolą pracodawcy jest takie zachowanie zdiagnozować i podjąć kroki oraz wyciągnąć konsekwencje.

Te wszystkie insynuacje, że osoba poszkodowana, jest osoba chorą psychicznie, że jest niewiarygodna, że ma niski próg wyzwalania emocji, bo takie pytania pojawiły się ze strony obrony, to wszystko ma na celu obniżenie wiarygodności poszkodowanej.

Mamy zeznania świadków, które mówią jasno: oskarżony przyszedł do poszkodowanej, pokazał swój podpis i mówił „będziesz podpisywać się tak na dokumentach”. Dlaczego tak się zachował? Przecież wiedział, że takich rzeczy się nie robi. Nikogo nie nakładania się do podrabiania podpisów. Chyba nie miał wiedzy, że poszkodowana miała prawo podpisywać się własnym imieniem i nazwiskiem na dokumentach. Ale nie oceniamy zachowania pokrzywdzonej, ale oskarżonego i musimy poruszać się w kierunku jego świadomości i wiedzy, a jeśli weźmiemy pod uwagę zachowanie oskarżonego, oczywistym jest, że chciał, by pani pokrzywdzona podrabiała jego podpis. Te wszystkie okoliczności na to wskazują.

Powiem to wprost, bo stoi za mną materiał dowodowy. Nie interesuje mnie stan zdrowia oskarżonego, interesuje mnie stan zdrowia pokrzywdzonej. Nie wiem, czy dzisiaj pan oskarżony płakał szczerze, czy nieszczerze, bo do tej pory, przez wiele miesięcy to pokrzywdzona była ofiarą, to ona musiała się mierzyć z trudną rzeczywistością, a pan oskarżony brylował w biurze.

Dobrze, że pani pokrzywdzona była na tyle silna, że zdecydowała się sprawę poruszyć i przez tę sprawę przejść, a wiem, że nie było jej łatwo.

Mamy tu do czynienia z osobą publiczną na eksponowanym stanowisku. I to sam oskarżony eksponuje te elementy, ja bym tego nie podnosił. Tego rodzaje elementy jak dzielność publiczna i kościelna, katolicka. Biorąc pod uwagę te elementy, ja bym nigdy nie powiedział, że tego rodzaju osoba jest w stanie dopuszczać się takich czynów.

Stopień winy w tym wypadku jest wysoki. Pan jest taka osobą, od której należy wymagać zdecydowanie więcej niż od innych. Pan oskarżony niestety nie udźwignął obowiązków, jakie zostały na niego nałożone jako kierownika cmentarza i przede wszystkim pracodawcę. Materiał dowodowy jest druzgocący, ale pan oskarżony nadal stoi przy swoim.

Stopień społecznej szkodliwości jest znaczny. Te zachowanie są naganne, niszczą życie innych i mogą prowadzić do drastycznych konsekwencji, jak to, że pani się rozchorowała i na kanwie depresji miała objawy somatyczne. To w takich sytuacjach ludzie targają się na swoje życie.

To nie jest tak, jak sugerowała obrona, że pani poszkodowana ma taką konstrukcję psychiczną, emocjonalną i wszystko bierze do siebie. A nawet gdyby tak było, to nie ma nic do rzeczy. Najistotniejsze jest to, że oskarżony na swoim stanowisku powinien zachować się adekwatnie do funkcji, jaką pełnił, tak by nikomu nie robić krzywdy. Jeżeli było coś źle, trzeba było zrobić postępowanie dyscyplinarne i zwolnić, dać naganę. Pan oskarżony tego nie zrobił, i dzisiaj mówi, że nie zrobił, bo nie zrobił.

W mojej ocenie oskarżony nie powinien nigdy zarządzać pracownikami, bo nie nadaje się do tego. Bo żeby móc kierować ludźmi, trzeba mieć duży dystans do samego siebie i duży dystans do swojego usposobienia i wiedzieć, jak się w  trudnych sytuacjach zachować. Przełożony w pierwszej kolejności powinien postawić siebie na miejscu pracownika i zastanowić się, co bym zrobił na jego miejscu.

Ta sprawa pokazuje i ma pokazywać także społeczeństwu, by ludzie mogli zobaczyć, jakie zachowania podlegają ocenie sądu z zakresu prawa karnego, a które pojawiają się w stosunkach między pracodawcą a pracownikiem.

Sąd będzie ostatecznie oceniał, czy te zachowania wyczerpały znajomiona przestępstw, ale nie ulega wątpliwości, że te zachowania, których dopuścił się wobec pokrzywdzonej oskarżony są brzydkimi zachowaniami i nie powinny mieć miejsca.