Promocja za jeden długopis

Promocja za jeden długopis
fot. Krzysztof Gwizdała Bolesławieccy urzędnicy w zeszłym roku wydali na promocję miasta ponad 600 tys. złotych. Z zestawienia wydatków wynika, że miasto promowane jest chaotycznie, a efektów działań w ogóle się nie mierzy. Z tego samego zestawienia wyczytać też można, że sporo pieniędzy wydaje się na utrzymanie prezydenta na stanowisku.
istotne.pl urząd miasta, promocja, elżbieta, chojnacka

Na samą promocję działań władz wydano w 2008 roku ponad 130 tys. złotych. Ta suma daje konkretny efekt. Prezydent nie ma kontrkandydata, bo żaden z nich nie dysponuje takimi publicznymi pieniędzmi, które mógłby wydać na budowanie swojego pozytywnego wizerunku.

Lokalna telewizja za publiczne pieniądze pokazuje więc prezydenta podczas ważnych uroczystości szkolnych, państwowych, otwierającego Dni Miasta i Święto Ceramiki, finalizującego inwestycje w mieście, nawet jeśli jest to kilka metrów chodnika. Telewizja pokazuje nawet, jak przed co atrakcyjniejszymi koncertami Piotr Roman prowadzi konferansjerkę, rzucając dowcipami i bawiąc publikę, tak jak było na koncertach Janusza Radka czy Tercetu Egzotycznego. Tajemnicą poliszynela jest fakt, że na imprezie, na której jest prezydent, obowiązkowo musi być jego telewizja.

W programach opłaconych z budżetu miasta czy tekstach w także opłacanej bezpłatnej gazecie prezydent ukazywany jest jako dobry gospodarz, sprawny polityk oraz sympatyczny człowiek.

Za te życzenia wydrukowane w Gazecie Wrocławskiej mieszkańcy, bo przecież nie prezydent, zapłacili 1 830 zł, dodatkowo za życzenia w telewizji lokalnej zapłacili 1 159 złZa te życzenia wydrukowane w Gazecie Wrocławskiej mieszkańcy, bo przecież nie prezydent, zapłacili 1 830 zł, dodatkowo za życzenia w telewizji lokalnej zapłacili 1 159 złfot. materiał UM Bolesławiec

Te 130 tys. zł jest doskonale wydane i w tym wypadku efekt jest łatwo mierzalny – prezydent jest na stanowisku i prawdopodobnie zostanie wybrany na trzecią kadencję. Gorzej z mierzeniem efektów wydania pozostałego pół miliona złotych.

Wyprodukowanie w ramach promocji miasta 250 sztuk długopisów w etui kosztowało w zeszłym roku podatnika 13 588 złotych. Otrzymanie w prezencie eleganckiego długopisu jest na pewno niezwykle miłe, ale czy daje miastu jakąś wymierną korzyść? Oczywiscie oprócz wdzięczności obdarowanego, która, jak wiemy, jest bezcenna.

Od 2008 roku miasto ma własną patronkę. Uznano, że i ona może przyczynić się do wypromowania Bolesławca. 12 200 złotych poszło do mało znanej w Bolesławcu telewizji z Lubania – zapłacono za wyprodukowanie i emisję filmu dokumentalno-promocyjnego o św. Marii de Mattias. Telewizja wyprodukowała też 250 sztuk DVD z filmem. Ale kto ten film ogląda, jak już nikt za kolejne emisje nie płaci? I czy tylko dlatego, że ktoś ma kamery i nazywa się telewizją, oznacza, że nakręcony przez taką firmę film jest wartościowy i należy na niego aż tyle wydać?

A gdyby tak za te same pieniądze ufundować stypendia imienia Marii de Mattias? Jak się doda wydane fundusze na kubeczki i kalendarzyki z wizerunkiem świętej, uzbiera się spokojnie 20 tys. zł Tacy stypendyści mógliby rozsławiać i Marię de Mattias, i Bolesławiec, i hojne władze o wiele lepiej, niż film dokumentalny na DVD.

Na dofinansowanie działań dzieci i młodzieży, zespołów, organizacji i sportowców, którzy promowali miasto wydano tyle, ile kosztowałyby dwa filmy, kubeczki i kalendarzyki o Marii de Mattias. Pomódlmy się, by ich reżyser nie wpadł na pomysł nakręcenia sequela.

W ten atrakcyjny sposób wydział promocji miasta zaprezentował nam materiały promujące BolesławiecW ten atrakcyjny sposób wydział promocji miasta zaprezentował nam materiały promujące Bolesławiecfot. Krzysztof Gwizdała

Dlaczego na promocję ścieżek rowerowych w Internecie zdecydowano się wydać jedynie 253 złote, a na aktualizację albumu Grzegorza Matoryna „Bolesławiec. Miejsca- ludzie-wydarzenia” oraz zakup 600 egzemplarzy wydano 26 400 złotych? Jaki jest efekt rozdania 600 egzemplarzy książki w porównaniu do oglądalności dobrze zaprojektowanej i rozreklamowanej strony internetowej o rekreacyjnych ścieżkach rowerowych?

Przykładem braku zorientowania, w których mediach należy się reklamować, jest wydanie 10 tys. zł na materiały w Radiu Wrocław. Radio to w samym tylko Wrocławiu jest dopiero na dziesiątym miejscu pod względem słuchalności – na początku 2008 roku słuchało go tylko 4,2% z tych, co w ogóle słuchają radia.

Nie wiemy, dlaczego miasto prawie w ogóle nie reklamuje się w Internecie. To przecież najlepsze i najtańsze miejsce do promowania się wśród potencjalnych turystów czy inwestorów na całym świecie. W 2008 roku na reklamę w sieci wydano niecałe 4 tys. złotych.

Bolesławiec i Święto Ceramiki reklamowane są w mediach, produkowane są ulotki, foldery, spoty reklamowe, gadżety z długopisami w etui na czele i widać, że Wydział Rozwoju i Promocji bardzo się stara. Nie znajdziemy jednak nigdzie ani jednego sondażu, badania, czy jakiegokolwiek sprawozdania, ilu turystów skusiła taka forma reklamy Bolesławca. Czy miasto jest lepiej rozpoznawalne w Polsce, jakiej ilości turystom kojarzy się z ceramiką, a jakiej z Borami Dolnośląskimi, czy warsztatami „Blues nad Bobrem”? Nie wiemy nawet ile osób przybywa co roku na tak reklamowaną imprezę, jak Święto Ceramiki. Nie znamy też skuteczności reklamy w mediach. Nie wiemy jaka reklama i gdzie umieszczana wpływa na zwiększenie frekwencji turystów. Naczelniczka wydziału Rozwoju i Promocji, Elżbieta Chojnacka w rozmowie z nami z rozbrajającą szczerością przyznaje, że nikt nigdy tych efektów nie mierzył. A prezydent zapytany o to samo podczas konferencji prasowej uciął temat.

Wniosek. Mamy szeptaną reklamę i gdybane efekty. I jak poczty pantoflowej, wykorzystywanej do promocji Bolesławca, nie da się skrytykować za to, że jest kosztowna, to niektórych pomysłów speców od sprzedaży wizerunku miasta z Wydziału Promocji nie da się w ogóle zrozumieć.

(informacja Grażyna Hanaf i Krzysztof Gwizdała)