Nigdy dość rozmów o kulturze

Nigdy dość rozmów o kulturze
fot. Krzysztof Gwizdała Warto dostrzec cenną inicjatywę spotkań w Vinci zainicjowaną przez portal i gazetę IstotneInformacje.pl. Panie spotykające się raz w miesiącu stawiają trudne pytania i szukają na nie odpowiedzi, a rozmowy dotyczą zawsze konkretów. Ostatnie spotkanie poświęcone było kulturze w mieście. Uważam, że nigdy dość rozmów o kulturze.
istotne.pl bok-mcc, kultura

Mimo że uczestniczyłam w tej rozmowie, wydaje mi się, że pewne wątki zostały ledwie muśnięte. Nie poruszyliśmy takich zagadnień jak: wysiłek edukacyjny, sponsoring i mecenat oraz estetyczny wizerunek miasta.

Nikogo nie trzeba przekonywać, że czytanie poezji, oglądanie obrazów, słuchanie muzyki, podziw dla człowieka, zachwyt nad urodą świata nie są umiejętnościami danymi. Trzeba je wykształcić, by przygotować się do odbioru dzieła artystycznego. Przeżywanie wzruszeń estetycznych musi być poprzedzone pewnym wysiłkiem edukacyjnym. Nie zamierzam w tym miejscu formułować postulatów pod adresem instytucji oświatowych czy kulturalnych. Wszyscy wiemy, jaką lukę cywilizacyjną stworzyło usunięcie ze szkół przedmiotów artystycznych. Myślę raczej o sposobach, by tę lukę zmniejszyć.

Miejscem, gdzie można zacząć edukację kulturalną, jest dom rodzinny. Dobrze by było, gdyby w domu królowała książka, by była oczekiwanym prezentem, a rodzina wspólnie korzystała z ofert kulturalnych. Ważne jest wspólne wyjście do kina, oglądanie wystawy. Rzadko widać rodziców z dziećmi na wernisażach, na spotkaniach z pisarzami i na koncertach. Znam rodziny, które organizują domowe pokazy, wystawki dziecięcych rysunków, fotografii rodzinnych lub wystawiają przedstawienia z udziałem dzieci i dorosłych (jasełka, rodzinne kabarety). Jednym słowem, trzeba bywać, czytać, słuchać, organizować samemu i wspólnie. I nie zamykać się na nowe doznania.

Jeśli wcześnie wykreujemy w domu modę na sztukę, to ten bakcyl będzie się mnożył i zainfekuje kolejne osoby. Pamiętajmy, że społeczeństwa pozbawione kontaktu z kulturą są szczególnie narażone na wpływy bezwzględnej, wszechogarniającej oferty komercyjnej, często tandetnej i kiczowatej. A skutkiem ubocznym jest łatwiejsze manipulowanie społeczeństwem, które nie jest kreatywne i samodzielnie myślące.

Powiecie Państwo, że jest telewizja, jest Internet. Tak. Dobrze. Pod warunkiem, że nauczymy dzieci i przekonamy siebie samych, że trzeba się nauczyć korzystać z tych mediów. Tłumaczmy, że im więcej czasu w świecie wirtualnym, tym mniej go na kontakty w ,,realu”. Nie kupujmy dzieciom gier pokazujących zabijanie (nieważne, czy robali, pająków, czy ludzików). Bardzo często jest to oswajanie z zabijaniem i przemocą, czego niechlubnym przykładem jest głośny ostatnio film ,,Avatar”. Nikt mnie nie przekona, że jest to film, który mogą oglądać dzieci (widziałam, jak walą tłumnie na pokaz z rodzicami!). „Avatar” niczego nie uczy i nie wzrusza. Jest to antybajka zbudowana na rewelacjach technologicznych.

Jedynym sposobem na zmianę myślenia o kulturze jest oswajanie z nią poprzez dostęp do rzeczy z wyższej półki. To artyści pomagają nam wyjaśniać dramaty cywilizacyjne, których nikt wyjaśnić nie potrafi. To kultura stwarza szansę odkrycia tego, czego nie da się policzyć ani zmierzyć, a co dokonuje się w relacjach ludzkich i ich kontaktach.

Poznawanie lokalnego środowiska artystycznego jest również niezwykle cenne. Każdy z nas potrzebuje autorytetu. Bezpośredni kontakt z wybitnym człowiekiem lub jego dziełem to nobilitacja. Ratująca nas od myślenia konsumpcyjnego i stadnego. Motywująca do własnych poszukiwań. Ilustruje to działalność bolesławieckiego artysty Czesława Matyjewicza, który parę lat temu prowadził pracownię plastyczną w Bolesławieckim Ośrodku Kultury. Lgnęły do niego dzieci, młodzież i dorośli. W jego pracowni zaistniało coś, co można nazwać relacją mistrz-uczeń. W tle sączyła się muzyka klasyczna, na stołach, na kawaletach suszyły się rzeźby. Ręce były upaprane w glinie. Wszyscy tworzyli i rozmawiali ze sobą. O sztuce, o życiu, o planach na przyszłość. Niejedna osoba z tej pracowni poszła w ślady swojego pierwszego mistrza. Inni zdobyli coś na całe życie: wrażliwość estetyczną. Rozwój kultury to nic innego jak korzystanie z propozycji oficjalnych instytucji kultury, ale też uczestniczenie i wspieranie alternatywnych działań i inicjatyw. Poprzez nowatorski sposób uprawiania kultury oraz zmianę stylu życia zmieniamy przyzwyczajenia publiczności.

Działania kulturalne potrzebują też sponsoringu i mecenatu. Jeśli przez sponsoring rozumiemy ucywilizowaną formę reklamy (coś za coś), to na mecenat patrzymy jak na szlachetniejszą formę wspomagania kultury. Mecenas stawia na dłuższy dystans. Mecenasem może być i bywa samorząd miejski. Może to być choćby stypendium dla twórców w trudnych życiowych sytuacjach (przydałoby się takie stypendium pisarzowi Ryszardowi Gruchawce). Mecenat może też sprawować osoba prywatna lub firma. Należy wspierać ludzi, którzy chcą coś robić dla innych, którzy są pomysłodawcami, inicjatorami. I tym samym budować istotną wartość, której nie da się zlekceważyć.

Na zakończenie dodam kilka uwag na temat budowania strategii miasta w dziedzinie rozwijania kultury. Polityki kulturalnej, która mogłaby uczynić Bolesławiec miejscem wyjątkowym i rozpoznawalnym w Polsce, a może i w świecie. Powinniśmy się starać zmieniać estetyczny wizerunek naszego miasta. Podjąć walkę z graffiti, tak jak to zrobiła Łódź. Wspólnie z urzędami, szkołami, mediami lokalnymi rozpoczęto inicjatywę polegającą na tym, że młodzi ludzie patrolowali miasto i szukali miejsc, gdzie graffiti jest nieestetyczne, a instytucje kupowały odpowiednie środki, by zamalować bazgroły. Dobrze byłoby stworzyć miejską wzorcownię prac ceramicznych. Częściej można by odwoływać się do opinii mieszkających w Bolesławcu i okolicach artystów. Wspólnie tworzyć estetyczny wizerunek miasta. Za mało jest w Bolesławcu akcentów ceramiczno-rzeźbiarskich. Należałoby ogłaszać rokrocznie konkursy na plenerową rzeźbę umieszczaną w pejzażu, na skwerach, parkach, czy placach. Zapanować nad kolorystyką odnawianych elewacji. Rozbuchaną i nie zawsze do przyjęcia. Takie propozycje można mnożyć. Jednym słowem decydenci powinni mieć klarowną wizję wizerunku Bolesławca. Informującą, że władze są otwarte na kreatywność, bo to jest sprężyna rozwoju.

Danuta Maślicka – doktor nauk humanistycznych o specjalności pedagogika i socjologia, wieloletnia nauczycielka, artystka amatorka, poetka, autorka książki "Znikopis. Pamiętasz była Solidarność...", radna pierwszej kadencji Rady Miasta, jedna z założycielek telewizji lokalnej w mieście, założycielka bolesławieckiej „Solidarności nauczycielskiej” w 1980 roku oraz dyrektorka Bolesławieckiego Ośrodka Kultury w latach 1990-2001.