Spór dotyczy byłej spółdzielni rolniczej, której teren z zabudowaniami wykupiło, dzieląc ją na działki, kilka osób, w tym przedsiębiorca Arkadiusz Kołodziej. Do jego firmy należy plac oraz trzy okalające go budynki gospodarcze. Czwarta budowla to niezależny dwupiętrowy budynek mieszkalny z kilkoma mieszkaniami. Przy nim znajduje się też dobudówka – firma pani Danuty, która zainicjowała spór z przedsiębiorcą o dojazd do budynku mieszkalnego.

Po 10-minutowym spacerze wokół posesji w Raciborowicach Górnych nr 54 można się zorientować, że do budynku mieszkalnego dojść i dojechać można dwiema drogami publicznymi, omijając plac firmy: drogą gminną asfaltową oraz utwardzoną, gruntową drogą prywatną ze służebnością łączącą się z drogą gminną. Co widać na zdjęciu.

Zdjęcie nieruchomości w Raciborowicach Górnych z zaznaczonymi drogami i terenamiZdjęcie nieruchomości w Raciborowicach Górnych z zaznaczonymi drogami i terenamifot. istotne.pl

Sędzia sądu rejonowego Ilona Kata dokonała oględzin nieruchomości zgodnie z wymogami przepisów kodeksu postępowania cywilnego. I kazała na czas postępowania wytyczyć przez plac firmy trzecią drogę dojazdową i dojście do lokali wspólnoty.

Sprawa toczy się od maja 2021 roku. Sąd ponad dwa lata przesłuchuje świadków, przeprowadza dowody, szuka biegłych sądowych z zakresu geodezji oraz budowy dróg, by ocenili możliwości optymalnego dostępu do budynku mieszkalnego z drogi publicznej. Teraz sąd czeka na opinie biegłych. Orientacyjny termin ich sporządzenia to luty 2024 roku.

W tym czasie przedsiębiorca wytyczył drogę przez swoją firmę, zgodnie z nakazem. Zamontował bramy otwierane na pilota. Piloty rozdał mieszkańcom lokali, by mogli swobodnie przejechać przez jego plac, a on mógł ograniczyć dostęp osób niepowołanych na teren swojej firmy. I dodatkowo płaci kary nakładane przez sąd, bo pani Danuta skarży się, że mimo tego dojazd do lokalu ma utrudniony. Kary, jakie ma zapłacić przedsiębiorca, wynoszą już ponad 40 tysięcy złotych.

Logika Danuty: obiecali, że dojazd będzie, jak był

Pani Danuta czuje się pokrzywdzoną w całej tej sprawie. Kiedyś miała bardzo dobre stosunki z Arkadiuszem Kołodziejem i mogła parkować samochód na dużym placu wraz z innymi mieszkańcami budynku. Swobodny dojazd przez plac mieszkańcy mieli do 2020 roku.

Od kiedy Arkadiusz Kołodziej plac kupił, skończyła się możliwość wygodnego parkowania, bo przedsiębiorca go zamknął. Mieszkańcy, by dojechać do mieszkań, korzystają od tego czasu z drogi wokół firmy Kołodzieja, ale pani Danuta uważa ją za niewystarczającą. Tłumaczy, że droga ta nie ma utwardzonej nawierzchni i w części należy do innej firmy prywatnej, a tylko w części do gminy. Opowiada też o kontekście sporu, w którym – z jej punktu widzenia – kluczowe są ustne umowy, jakie podobno zawarła z właścicielami nieruchomości.

– Kiedyś był tu szpital psychiatryczny oddział w Bolesławcu przy Państwowym Gospodarstwie Rolnym – opowiada pani Danuta historię miejsca. – Jak się zaczęły przemiany, tak około 1989 roku lub 1990 roku, to zamknięto oddział i gospodarstwo. Powstała Spółdzielnia Produkcyjna z siedzibą w Warcie Bolesławieckiej, ale nie dali rady konkurencji i wszystko sprzedali. My wykupiliśmy mieszkania na własność. Byliśmy pracownikami i współudziałowcami Spółdzielni. Prezes Spółdzielni, kiedy pytałam się o dojazd do budynku, powiedział, że nic się nie zmieni i jak wjeżdżaliśmy pod blok, tak będziemy wjeżdżać – dodaje kobieta.

To prawda, że architektonicznie główne wejście do budynku znajduje się od strony placu, ale mieszkańcy lokali swobodnie wchodzą do budynku też od drugiej jego strony.

– Arkadiusz Kołodziej na początku dzierżawił tylko boksy na podwórku, bo nie miał gdzie trzymać słoików – Danuta opowiada o tym, jak przebiegła dalsza własność nieruchomości po byłej Spółdzielni. – Kiedy zapadła decyzja, że boksy i plac zostaną sprzedane spółce z Olszanicy i okazało się, że spółka ich nie potrzebuje, to poinformowałam Arkadiusza, że jak nie ma gdzie trzymać słoików, to może boksy kupić. Przypomniałam mu też, że mamy zagwarantowany dojazd od strony placu. Obiecał, że jak było, tak będzie. Nie wiedziałam, że oni nam ten dojazd zamkną – wyjaśnia kobieta.

Kobieta opowiada również, jak dowiedziała się o zmianach planów i zamknięciu placu.

– Przyszedł sąsiad z papierami i powiedział, że od strony asfaltowej drogi gminnej można wyburzyć murek, wykarczować krzaki i zrobić parking – opowiada kobieta. – Powiedziałam mu, że nie ma problemu. Tylko, by dali mi czas, bo musiałam przesadzić rododendrony i pozabierać krzewy. Zadzwoniłam wtedy do Starostwa i zapytałam, jakie są zasady zbudowania parkingu, jeśli prowadzę działalność gospodarczą. Dostałam odpowiedź, że muszę spełnić wymóg odstępu siedmiu metrów od okna. Przeliczyłam sobie i nie ma możliwości zrobienia tu parkingu, bo jest za mało miejsca. Dodatkowo wchodzi w grę różnica poziomów, bo jest też studzienka ściekowa i nie wiem, jak by to było, gdyby wyrównali poziomy pod parking – wyjaśnia pani Danuta.

Dodaje, że murek, który trzeba byłoby wyburzyć, by miała dostęp do wyasfaltowanej drogi gminnej, jest zabytkowy i na jego usunięcie nie zgodził się konserwator. Mówi, że ma taką decyzję konserwatora, ale jej nie pokazuje i mimo obietnicy, że ją wyśle mailem do redakcji, nie otrzymujemy jej. Z informacji od prawnika reprezentującego Arkadiusza Kołodzieja wiemy, że Wojewódzki Konserwator Zabytków uznał, że murek może zostać częściowo rozebrany, jeśli biegły uzna, że można działkę wspólnoty połączyć z drogą.

Pytamy panią Danutę, jak sobie wyobraża zakończenie sporu? Odpowiada, że liczy na to, że sąd wyrokiem przywróci mieszkańcom swobodny dojazd od frontu budynku, czyli przez plac firmowy Arkadiusza Kołodzieja.

Absurd dla przedsiębiorcy: są dwie inne drogi, po co trzecia przez plac?

Arkadiusz Kołodziej i jego żona Anna potwierdzają, że przed 2001 rokiem istniał dojazd do budynku wspólnoty od strony placu, ale był to czas, kiedy nie rozwinęli firmy. Na placu stoją teraz palety, jeździ wózek widłowy, wjeżdżają też tiry na rozładunki po towar.

– Brama istniała tu od zawsze. Musieliśmy zamknąć wjazd na teren firmy, bo mamy tu towar – mówi Anna, tłumacząc, dlaczego bramy na plac są zamykane. – Zdarzały się kradzieże. Każdy z mieszkańców budynku dostał pilota od bramy i może wyznaczoną drogą podjechać pod budynek. Ale mieszkańcy i tak korzystają z drogi, która omija naszą firmę, bo to dla nich wygodniejsze – dodaje pani Anna.

Plac firmowy przestał być dziedzińcem budynku mieszkalnego, kiedy został kupiony przez Arkadiusza Kołodzieja. Co więcej, nigdy nie było żadnej drogi prowadzącej przez plac do tego budynku. Dlatego przedsiębiorca, zmuszony przez sąd do zabezpieczenia „drogi dojazdowej i dojścia”, musiał wyciąć z placu pas biegnący wzdłuż dwóch pomieszczeń gospodarczych, by zminimalizować niebezpieczeństwo dla osób, które się po placu poruszają.

– Nie wyobrażam sobie tego, by sąd brnął w coś takiego, by dalej tak utrudniać życie przedsiębiorcy – mówi Anna. – Mamy dwójkę dzieci i firma jest naszym jedynym źródłem dochodu. A od chwili wydania przez sąd postanowienia o zabezpieczeniu przechodu i przejazdu przez teren przedsiębiorstwa w naszej firmie notujemy straty.Chociażby przez to, że są wezwania policji z powodu wjazdu na teren firmy samochodu ciężarowego. Od jednego z dostawców otrzymaliśmy pismo o rezygnacji z dostaw, ponieważ został wezwany przez policję w swoim rejonie na zeznania
bo nasza sąsiadka złożyła zgłoszenie. Ciężko mi to sobie wszystko wyobrazić. Nasz teren bezpośrednio graniczy z drogą gminną i tu jest tylko konflikt o rozebranie kawałka ogrodzenia, by wjechać pod sam budynek. Nie niszczymy nikogo, działamy, jak każdy. Każdy budynek ma swój niezależny wjazd i wyjazd. Jest problem z jednym budynkiem, bo jedna pani zablokowała całe prace. Mąż kupił nawet koparkę, chciał sam, na własny koszt rozebrać kawałek ogrodzenia, wyrównać teren, by stały tam kosze na śmieci, by nie było problemu. Jednak pani Danuta nasłała na nas policję, bo wymyśliła, że ogrodzenie to murek zabytkowy – dodaje żona przedsiębiorcy.

Mieszkańcy wspólnoty dziwią się, że sprawa ciągnie się tak długo.

– Tu powinno być tak, przynosimy papiery wszyscy, mamy po cztery metry terenu przy budynku, a reszta jest jego (Arkadiusza Kołodzieja – przyp. red.) i koniec. A nie trzy lata się ciągnie sprawa w sądzie. A ludzie zdrowie tracą i pieniądze – mówi jeden z mieszkańców.