Dlaczego instruktorka nie napisze, że chodzi o darmową o reklamę? Po co stawia się w roli ofiary hejtu? Zasada nieważne, co o mnie mówią, byle mówili, może nie być zbyt rozsądną strategią marketingową. Chyba, że dzięki niej rzeczywiście oferty na taniec orientalny zaczną spływać obficiej.

Cała „afera” zaczęła się od felietonu: Taniec brzucha dla Jezusa, a dziesięcina na Kościół. O tańcu orientalnym były tam następujące słowa:

Wielki festyn parafialny przy Orzeszkowej sfinansowali ludzie. Ofiarowali fanty, upiekli ciasta, wystąpili na scenie i za wszystko zapłacili oglądając arabski taniec płodności, który w Hollywood filmowcy zamienili w taniec erotyczny, a lewacka Europa uważa go za wyraz wyzwolenia i samoakceptacji kobiet. Na to wszystko z obrazu na scenie patrzył Jezus.

Fanty, jedzenie i atrakcyjne tancerki, wiadomo, ściągną tłumy, a z tłumem portfele. To, że taniec brzucha stereotypowo postrzegany jest jako taniec erotyczny, który ma rozpalać zmysły i żadnemu heteroseksualnemu mężczyźnie nie trzeba tego udowadniać, to się jakoś przełknie.

Dla każdego logicznie myślącego człowieka ze słów felietonu wynika, że:

  1. taniec orientalny jest arabskim tańcem płodności
  2. to filmowcy z Hollywood zamienili go w taniec erotyczny
  3. w Europie taniec orientalny uważany jest za wyraz samoakceptacji kobiet
  4. taniec orientalny jest stereotypowo postrzegany jako taniec erotyczny.

To neutralne słowa o tańcu orientalnym, często zamiennie określanym tańcem brzucha (sama instruktorka na swojej stronie reklamuje się pisząc: Pokazy Tańca Orientalnego – Taniec Brzucha).

W felietonie:

  1. nikt nie był hejtowany
  2. nie obrażono parafian
  3. żadne dzieci nie zostały upokorzone.

Te określenia pojawiają się jedynie w postach instruktorki.

Owszem, felieton Grażyny Hanaf był krytyczny, ale mówił o schemacie, w jakim zbierane są pieniądze na kościół. Czyli: ludzie sami przygotują festyn, sami sponsorują fanty, sami tańczą i sami za wszystko płacą. A pieniądze idą na potrzeby kościoła. O tym był felieton. Można to samemu sprawdzić.

W kilkadziesiąt minut po publikacji felietonu instruktorka napisała:

Gratuluję przebicia drugiego dna i obrażenia wszystkim parafian (...) Rozumiem, że artykuł z przeprosinami już jest w redakcji...

Po czym chwilę później już pisała w takim stylu:

Korzystam z okazji i zapraszam na zajęcia z pięknego tańca orientalnego wszystkie dzieci i kobiety w każdym wieku (...).

Trudno po tym wszystkim i po reklamach, jakie umieszcza tancerka pod naszymi materiałami, uwierzyć w jej szczerość, kiedy pisze, jak została potraktowana w mediach i jaki ją spotkał rzekomy hejt z naszej strony.

Wyjaśnijmy, że instruktorka w bolesławieckiej placówce publicznej uczyła tańczyć za pieniądze podatników, ale w pandemii zmieniły się zasady i musiała zacząć pobierać od uczennic opłaty. Zrozumiałe jest więc w takich trudnych warunkach, że każda reklama jest dla instruktorki tańca atrakcyjna. Czy to taniec brzucha na parafialnym festynie z banerem z Jezusem w tle, czy to na weselach, spotkaniach biznesowych czy świętach lokalnych.

Koleżankom instruktorki życzymy czytania ze zrozumieniem. Po ich wpisach na facebooku można bowiem odnieść wrażenie, że budują kolejny stereotyp: tancerki, która rusza wszystkim, poza głową. A tak przecież nie jest, co udowadnia bolesławiecka instruktorka sprytnie przemycając reklamy przy okazji grania roli ofiary hejtu.