Bolesławianin po covidzie wybudzony po... półrocznej śpiączce. „Przeszedł piekło”

Bolesławianin po covidzie wybudzony po... półrocznej śpiączce. „Przeszedł piekło”
fot. Stefańczyk Studio Ogromny sukces bolesławieckiego Zespołu Opieki Zdrowotnej. 62-letni pan Marian po półrocznym leczenie powoli dochodzi do siebie.
istotne.pl szpital powiatowy, koronawirus

Cała historia zaczęła się jesienią ubiegłego roku. Pan Marian, 62-letni mieszkaniec Bolesławca, doznał zapalenia płuc. Jego stan pogarszał się. Żona wezwała karetkę i 62-latek trafił do naszego ZOZ-u. Jak się okazało, był zakażony wirusem SARS-CoV-2. Jego płuca były zajęte w 95 proc.

Stan bolesławianina był coraz gorszy. Mężczyzna trafił na intensywną terapię. Płuca były już zajęte w 100 proc. – Praktycznie nie było zdrowej tkanki płucnej – mówi Wojciech Hap, kierownik oddziału chirurgii ogólnej w szpitalu powiatowym w Bolesławcu. Pacjenta podłączono pod respirator, utrzymywany był w śpiączce farmakologicznej.

Pojawiły się powikłania, odma opłucnowa. Kilkakrotnie wykonano drenaż. Ale problem powracał. Pod koniec grudnia stan bolesławianina był krytyczny; w styczniu pana Mariana przewieziono do specjalistycznego szpitala we Wrocławiu.

Potem, już w Bolesławcu, wykonano torakostomię. Dopiero wtedy stan 62-latka zaczął się poprawiać.

Wybudzono go przed Świętami Wielkanocnymi. Powoli dochodzi do siebie, już na oddziale chirurgii ogólnej. Wkrótce trafi na oddział rehabilitacji. – Przeszedł przez piekło – stwierdza W. Hap.

Co pan Marian zrobił po tak długiej przerwie w życiorysie? Zadzwonił do żony i zaprosił ją do szpitala. – Nie widzieli się przez prawie pół roku – mówi szef chirurgii. – To była niesamowita chwila dla nas wszystkich.

To ogromny sukces bolesławieckiego ZOZ-u. Bo wszystko wskazuje na to, że po półrocznej katordze leczenie w końcu zmierza w dobrym kierunku, a co za tym idzie – pan Marian nie będzie osobą przykutą do łóżka, będzie w stanie samodzielnie funkcjonować. Nie wymaga już bowiem tlenoterapii. Oczywiście, teraz przed nim długa rehabilitacja.

– To coś potwornego, nikomu nie życzę – mówi pani Maria, żona bolesławianina, która przez ten cały czas żyła ze świadomością, że mąż w każdej chwili może odejść. – Zastanawiałam się: jak ja to przeżyłam, jak ja to przetrzymałam?

I dodaje:

Chciałabym bardzo podziękować całemu zespołowi szpitala. Mąż mówi, że zespół medyczny w szpitalu w Bolesławcu jest cudowny.

Gdy pana Mariana wybudzono ze śpiączki i powiedziano, że zbliżają się święta, pomyślał, że chodzi o… 11 listopada. Nic nie pamięta, nie wiedział, co się z nim działo, nie wiedział, gdzie jest. Spędził na intensywnej terapii 144 dni. Jest ogromnie wdzięczny personelowi szpitala, który walczył o jego życie z taką determinacją. I zaznacza:

Jestem z tego pokolenia, które się nie poddaje. Trzeba walczyć do końca.