Z pamiętnika Stefanii Tajcher

Z pamiętnika Stefanii Tajcher
fot. Głos Bolesławca Wpis archiwalny – Głos Bolesławca.
istotne.pl bolesławiec

Po trzech tygodniach przerwano kwarantannę, ustawiono nas na głównej obozowej ulicy i każda mająca nadzór nad pracami wybierała sobie robotnice. Odniosłam wrażenie że odbywa się targ nie-wolnikami. I tak się rozpoczęła praca na terenie obozu.
Smutne przeżycia jakich sobie wyobrażać nie można.
Dwa razy dziennie apele, rano i wieczór, trzeba było stać kilka godzin. Pora obiadowa trwała 20 – 30 minut, leciałyśmy na blok jak szalone.
W grudniu 1941 roku zaczęto robić duże słomiane buty dla żołdaków, którzy byli na froncie wschodnim. Pracowano w dzień i w nocy. W nagrodę za pracę nocną dawano więźniarkom chleba.
1 lutego 1942 roku gdy ładowałam odpadki słomy na duże auto, Niemka stojąca na aucie rzuciła żelazne widły, które mi spadły na głowę, zraniły mnie i do dnia dzisiejszego to miejsce jest bolesne. Buty słomiane robiono do kwietnia 1942 roku. Potem zaczęłam robić skarpety i pończochy, pracując przez 7 tygodni tylko nocą, przy bardzo marnym świetle.
W lecie 1942 roku był na terenie obozu bardzo wielki głód, tak, że niektóre więźniarki puchły z głodu. Niektóre więźniarki pracowały na roli u Niemców i przynosiły trochę żywności narażając się na niebezpieczeństwa, gdyż nie pozwalano niczego przynosić. Osoby te podtrzymywały słabsze więźniarki przy życiu.
Dopiero w jesieni 1942 roku polepszyła się nasza dola. Komenda SS pozwoliła otrzymywać paczki z domu. Była to naprawdę radosna chwila, gdy dostawało się kawałek chleba wolnościowego. Wówczas łzy radości cisnęły się do oczu, zdawało się, że człowiek jest wolny, między swoimi. Radość ta trwała do wybuchu powstania warszawskiego. Za karę zabroniono Polakom przysyłać paczki. I znów człowiek skazany był na kawałek chleba z trocin i kasztanów, albo zgniłej, śmierdzącej brukwi i zgniłych ziemniaków.
W Ravensbrueck byłam do końca września 1943 roku. W tym czasie wyszło rozporządzenie, żeby więźniarki narodowości polskiej jak najwięcej wysyłać do fabryk amunicji i samolotów, żeby oszczędzać Niemki. Fabryki te były przez Aliantów bombardowane, niech więc obce giną.
Zostałam wysłana do fabryki porcelany Bohemia do Neu-Rohlau koło Karlsbadu. Ze względu na mój wiek mogłam się oprzeć i nie jechać, ale postanowiłam płynąć za falą losu – gdzie los pokieruje tam pójdę.
W tej fabryce pro forma robiono nieco porcelany, ale głównie wyrabiano części samolotowe. Byłam w tym szczęśliwym położeniu, że naprawdę pracowałam przy porcelanie, a nie przy samolotach. Była to bardzo ciężka praca. Nadwyrężyłam mocno tam swoje zdrowie i dzisiaj to, niestety mocno odczuwam.
W fabryce tej zostałam do połowy kwietnia 1945 roku i w miarę posuwania się wojsk naprzód na wschodzie i zachodzie, ewakuowano nas do Dachau celem wykończenia. Straszna to była ewakuacja – przez jedną noc przeszliśmy czterdzieści kilka kilometrów.
Byłam wycieńczona pracą, głodna, paczek nie było, a maszerować trzeba było. Jeżeli ktoś ustawał zabijali SS-mani. Prowadzili nas kryjąc siebie. Do Dachau nie mogli doprowadzić gdyż wojska Alianckie szybkim krokiem posuwały się naprzód.
Głód coraz bardziej dokuczał i mieli nas SS-mani zostawić w jednej wiosce na roboty u wieśniaków niemieckich. Gdy wieśniacy pytali się kto jesteśmy, SS-mani odpowiedzieli "dass sind polnische Banditinnen", to są polskie bandytki. Niemcy przestraszyli się tą odpowiedzią i zrezygnowali z przyjęcia nas do pracy. Prowadzili więc SS-mani nas dalej, ciągle w kółko, a z jedzeniem było coraz gorzej. Chleb jaki posiadali rozdawali tylko Niemkom. Głód dokuczał z każdym dniem gorzej. Komendant obozu z SS-manami naradzał się, co mają robić z więźniarkami. Podsłuchując rozmowę dowiedziałam się o sytuacji światowej. Komendant kazał Niemkom pójść do Protektoratu Czeskiego, więźniarek innych narodowości natomiast zwolnić nie chciał.
Zaczęła się więc ucieczka więźniarek. Niektórzy SS-mani udawali, że nie widzą tego, inni strzelali. Jedna Polka została postrzelona i w kilka dni umarła. Pochowana jest w miasteczku w Sudetach. Strasznie to przygnębiające wrażenie zrobiło na więźniarkach. Lecz to krótko trwało i znowu się zaczęła ucieczka.
Zebrałyśmy się 5 więźniarek i ruszyłyśmy w stronę lasu. Szczęśliwie znalazłyśmy się w lesie, nie wierząc sobie, że człowiek żyje, jest wolny i pozbył się opieki SS-manów. Trzeba było o własnych siłach istnieć. Chodziło się po domach prosząc o kawałek chleba i trochę ziemniaków.