Zielone lata (cd)

Zielone lata (cd)
fot. Głos Bolesławca Wpis archiwalny – Głos Bolesławca.
istotne.pl bolesławiec

Chłopięce zabawy - pierwsze miejsce zajmowała, oczywiście, piłka nożna.

Pamiętając, że było to "nazajutrz" po wojnie, nie mogłem nawet marzyć o prawdziwej piłce, bo taką grali tylko piłkarze Spójni i Unii, której byłam zagorzałym kibicem. Wykonywaliśmy więc piłki własnym przemysłem różnymi metodami: 1/ z własnej gumy, którą obrabiałem nożem tak, aby przybrała mniej więcej okrągły kształt, 2/ ze szmat wiązanych w kształt piłki okrytych kawałkiem starej dętki samochodowej albo po prostu kawałkiem [prześcieradła, 3/ zdarzała się gratka w postaci strzępów starej piłki z odrzutu klubowego i wtedy wiele godzin przepracowałem zszywając dratwą płatu piłki.
A gdy już była piłka, zaczynał się mecz, trwający często kilka godzin i kończący się nierzadko późnym wieczorem, kiedy widoczny był cień piłki. Efektem tych wielogodzinnych maratonów piłkarskich były guzy, porwane ubranie a przede wszystkim zniszczone buty. Właśnie za te buty i późne powroty do domu popadałem często w konflikt z ojcem i nierzadko otrzymywałem tęgie lanie. Przecież wtedy problem obuwia miał większe znaczenie niż problem wyżywienia. Ponieważ nie produkowano normalnych butów, więc pozostawało ich łatanie i sam widziałem, jak Tata przybijał gwoździami kawałki gumy do moich zdezelowanych kapci.
Inną dziecinna zabawą, dzisiaj już zapomnianą było toczenie obręczy rowerowej po bruku za pomocą stalowego pręta. Urządzaliśmy wyścigi obręczy po pustej ulicy Stalina a szczęk żelaza o kamień powodował pisk i niesamowity łoskot. Ulica była pusta, bo ruch samochodowy w dzisiejszym pojęciu nie istniał, , a te nieliczne samochody wojskowe były bardzo dziwaczne. Najczęściej widziałem słynne zis 5, o którym krążył żartobliwy wierszyk "zis piać, z góry jechać, pod górę pchać", te bardzo prymitywne auta upamiętniły się mi dziwacznymi kierunkowskazami ramiennymi, wysuwanymi przez kierowcę ręką. Jeździły też takie dziwne auta trzykołowe, marki chyba "forf-canada", ale królowały na ulicach wozy konne. Wstępną moją namiętnością stał się rower, a właściwie "składak" czyli zlepek różnych części rowerowych znalezionych gdzieś na składowiskach, w ruinach domów. Zamiast ogumienia stosowałem tzw. "szlufy" tj. kawałki pełnych węży gumowych, których końce po przecięciu łączyłem przemyślnie drutem. Czasem jedno koło było większe od drugiego, a zamiast siodełka zamocowany był kawałek deski, jedna byłem dumny z wehikułu własnej produkcji. W niej odkryliśmy skarb – magazyn rowerów w piwnicy obecnej księgarni w rynku. Prawdopodobnie przed wojną był tam sklep rowerowy, który został wprawdzie zabezpieczony przed polską władzą zabitymi deskami, ale nie była to trudna przeszkoda dla 10-latków. Magazyn ten odkryli chyba także żołnierze radzieccy, bo często przyprowadzali rowery do piekarni mojego ojca z propozycją "nie do odrzucenia" – chleb za rower. Na zapleczu powstał wkrótce mały magazyn rowerów.
Najdłuższą jednak moja zabawą było wojsko, bo i wojna i skutki wojny towarzyszyły mi od najwcześniejszego dzieciństwa. Ulubiona zabawa to rozpalanie ogniska, do którego wrzucaliśmy garść amunicji i ukryci za pagórkiem upajaliśmy się fajerwerkami wybuchów. Istny cud, że nikogo z mojej paczki nie spotkało nieszczęście, chociaż docierały do mnie wieści o tragicznych wypadkach przy podobnych zabawach.
Robiliśmy wyprawy do "Concordii" gdzie w czasie wojny Niemcy produkowali podobno części samolotowe. Leżały tam stosy aluminiowych śrub i nakrętek (Używaliśmy ich jako naboi do procy) oraz tajemnicze pojemniki z eterem w ampułkach obszytych płótnem. Eter stosowaliśmy jako paliwo do "granatów" czyli butelek z karbidem oraz do rozpalania ognisk.
Z czasem te chaotyczne zabawy przybierały postać organizacyjną, a więc tworzyliśmy oddziały "wojskowe", które toczyły boje pomiędzy różnymi dzielnicami Bolesławca. Zbierałem różne akcesoria wojskowe (wyposażenie wojska, broń, amunicja) których mnóstwo zalegało w całym mieście. Na płaskim dachu domu, w którym mieszkałem, urządziłem arsenał broni z ustawionym karabinem maszynowym, bronią strzelecką a nawet bombami. Wyspecjalizowałem się w zawodzie rusznikarza i kompletowałem broń gotową do użycia. Wkrótce na skutek donosu sąsiada, wkroczyła do domu milicja i skonfiskowała mój arsenał. Przyznaję, że w momencie konfiskaty rozbeczałem się całkiem po żołniersku, tym bardziej, że postraszono mnie więzieniem za nielegalne posiadanie broni. Wkrótce zresztą ponownie uzupełniłem swój arsenał, robiąc wyprawę do największego składu uzbrojenia placu gazowni przy ul. Staszica. Wprawdzie plac ten został ogrodzony wysoka siatka druciana, ale...! Pewnego dnia w ulewnym deszczu, wspólnie z Jankiem K. wybrałem się na ul. Staszica, naszym uniwersalnym wózkiem po uzupełnienie. Przeskoczyłem przez płot i podawałem Jankowi ciężkie rkm-y, granatu i gazmaski, a ten układał zdobycz na wózku. Po dotarciu do domu broń czyściłem, uzupełniałem części, a ponieważ była to bron niemiecka, miałem kłopoty z amunicją której nie było za wiele. Radzieckie naboje miały inna konstrukcję,(szersza spłonka) i nie wchodziły do komory nabojowej. Poradziłem sobie w ten sposób, że skupowałem "ruskie" naboje (cena: 5 naboi za dwie bułki maślane), przesypywałem proch do nieuszkodzonych łusek niemieckich, zaciskałem pociski i amunicja była gotowa. cdn