Errare humanum est...

Errare humanum est...
fot. Głos Bolesławca Wpis archiwalny – Głos Bolesławca.
istotne.pl bolesławiec

Nawet Stwórca nie zbudował dzieła doskonałego, stąd nasza redakcyjna otwartość na konstruktywną krytykę, stąd we mnie samym więcej pokory wobec niezmierzonych obszarów wiedzy, którą chłonę zachłannie do dzisiaj, zgodnie z zasadą edukacji permanentnej, niż arogancji i pewności siebie, czy samouwielbienia ("ja wiem najlepiej"). Dziękuję, panie Andrzeju, za długi i uczony wywód, z którym się w części zgadzam. Proszę wybaczyć, że nie stanowi on "odkrycia", bo powtarza Pan prawdy raczej powszechnie znane, a że już dość długo pisuję do różnych gazet (grubo ponad ćwierć wieku...), zatem trudno raczej o zaskoczenie, czy swoiste objawienia, które muszę przyjąć a priori. Nie odbieram Panu wiary, że "jeden człowiek może zmienić świat" (Wilson), rozumiem psychologiczną potrzebę zaistnienia jako osoba "wszystkowie­dząca", do czego obliguje zresztą mandat radnego, nie mam pretensji o inne widzenie świata i hierarchii problemów – także lokalnych, bo to Pańskie osobiste prawo wynikające z sumy wiedzy i życiowego doświadczenia. Podobnie, jak Pan – wywodzę się z listy wyborczej opozycji wobec zastanych układów władzy (Forum Wyborcze na Rzecz Miasta i jego Mieszkańców), chlubię się przynależnością do Kluby Radnych Niezależnych, mam odwagę zabierać głos w sprawach publicznych, unikam jednak jak ognia taniego mentorstwa, demagogii, swarów, waśni, kłótni, obrażania godności adwersarzy, destrukcji, wygrywania partykularnych interesów poprzez sprawowane funkcje. Nie destrukcja tworzy postęp, ale mozolne budowanie, trudne tworzenie nowych wartości, organiczna praca u podstaw. Taka jest też – w moim skromnym rozumieniu – rola prasy: eksponowanie tego, co łączy, zasypywanie przepaści, poszukiwanie prawdy, ale też nie stronienie od krytyki, podpowiadanie "władzy" określonych rozwiązań i mnóstwo innych rzeczy – funkcji i ról, których z braku miejsca nie rozwijam.
Ma Pan za złe, że wolimy pisać o zjawiskach pozytywnych, że traktujemy problemy wybiórczo, że istnieje tendencyjność w oświetlaniu faktów. Mimo długiego już życia i przekroczenia conradowskiej "smugi cienia" – nie poznałem jeszcze gazety uniwersalnej obiektywnej, piszącej prawdę i tylko prawdę, prawdziwie niezależnej, stroniącej od wszelkich opcji i poglądów, bo to przecież utopia czystej wody. Obowiązuje dziś konwencja prasy i dziennikarzy agresywnych, złośliwych, niejako rewolucyjno-bolszewickich, których dorobek mierzy się ilością rozdanych wokół ciosów i ich skuteczności. Cnotą stało się powiedzenie: ale mu dołożył, dokopał, ale go zniszczył... Proszę wybaczyć, ale z takiego modelu i wzorca nie będziemy korzystać w pracy redakcyjnej. I nie dlatego, że brakuje odwagi: po prostu nie mieści się takie działanie w reprezentowanej przez zespół opcji filozoficznej. Dawno rozstrzy­gnęliśmy dylemat: rzucać się do gardła władzy, czy porozumiewać się, dogadywać, współpracować, szukać consensusu. Proszę zauważyć, że nawet "genialny destruktor" odszedł od władzy i coś jednak zmieniło się we współ­czesnym życiu Polaków, a zatem i Bole­sławiec nie może być enklawą odrębności modelowaną wg. wzorca walki, pola bitwy, potyczek i podchodów. Wyżej cenimy działanie pro publico bono od krótkotrwałych fajerwerków i partykularnych interesów.
Nie mam żadnych osobistych zobowiązań wobec lokalnej wykonawczej władzy samorządowej, nie oczekuję od niej żadnych profitów, nie pozostaję w żadnej zależności służbowej czy towarzyskiej. Nie zawsze zgadzam się z opiniami i decyzjami, ale od tego jest forum Zarządu Miasta i jeszcze wyższe forum Rady Miejskiej. O jakiej idylli Pan pisze? Mieliśmy swój "obiad drawski" i spór o wyjazd do Hobro delegacji miejskiej w składzie innym, niż np. chciała Komisja Oświaty, mój klub radnych czy część członków Zarządu Miasta, ale czy to powód do rozdzierania szat, dramatyzowania, krzyku na całą Polskę, wykopywania topora wojennego i agresji? Tym się w Bolesławcu różnimy od przynajmniej kilku okolicznych miast, że chwilowe urazy i niepowodzenia szybko zapominamy, z pełnym sza­cunkiem dla kultury słowa. To nie wada, a przeciwnie – ogromna zaleta w skom­plikowanych układach życia społecznego. Gdyby takie bulwersujące detale (bo to nie problemy) wywlekać na światło dzienne – mielibyśmy zapewne tanie igrzyska i zwiększoną poczytność gazet, ale szeroko rozumianej korzyści tyle, co kot napłakał. Usiłujemy – nie zawsze z najlepszym skutkiem, zgoda – hierarchizować wartość i ważność problemów, pomijamy animozje, anse, niechęci, złośliwości. To wymóg cywilizacyjnej tolerancji dla odrębności, pluralizmu i demokracji. I nie są to tylko frazesy – jak Pan to gładko i zręcznie ujmuje.
Dalej twierdzę, że trzeba umieć różnić się pięknie – bez uraz i obrażania się, bez nienawiści i mściwości, która stanowi cechę ludzi prymitywnych i złych. Preferujemy zasady chrześcijańskiej i ogólnoludzkiej etyki, w których nie ma miejsca na bloki złych uczuć, nie ma mowy o niszczeniu, destrukcji i rewolucji. Zbyt mocno eksponuje Pan prawo dialektyki: "Walka przeciwieństw stanowi istotę rozwoju". Przeciwstawmy temu harmonię współdziałania, twórcze myślenie, wspólną troskę i odpowie­dzialność za los wspólnoty samorządowej – bez siadania okrakiem na barykadzie, bez podziałów "my" i "oni", dobrzy i źli, słuszni i niesłuszni, z etosem i bez etosu. Czy trzeba patrzeć władzy na ręce? Ależ tak, to elementarne prawo obywatelskie nowych czasów, w tym i rola prasy. Ale dopóki miasto się rozwija – a tak przecież jest, dopóki wspólnie realizujemy z dobrym skutkiem globalnie ważne przedsięwzięcia, dopóki nikomu nie udowodniono zarzutu nieuczciwości – dopóty będziemy jako pismo wspierać Radę Miasta, Zarząd, Prezydenta. Nie ma tu znaczenia, że wywodzę się z opozycji. Budujmy wspólnie, nie niszczmy się wzajemnie – to motto przewodnie "Głosu Bolesławca".
Nie aspirujemy do czynnej roli "czwartej władzy", bo narazimy się na śmieszność. Chcemy być – na miarę naszych skromnych możliwości – głosem opinii społecznej, forum wymiany poglądów, informatorem utrwalającym bieg lokalnych zdarzeń w formie zapisków i notatek dziennikarskich, kronikarzami dziejów miasta bez włączania się do "wielkiej polityki". Chcemy być pismem samorządowym, rzecznikiem tolerancji, współdziałania, współpracy pro publico bono. Jest w Bolesławcu miejsce na inne tytuły, przewagę ma prasa lokalna typu "Gazety Robotniczej" czy "Słowa Polskiego" z racji szybkości przekazu bieżącej informacji (dzienniki). Bliższa nam pozostaje – obok informacji – refleksyjność i uogólnienia, niż formy dziennikarstwa agresywnego czy kulu­arowego. To pismo miłośników Ziemi Bolesławieckiej, a nie tuba propagandowa realizująca czyjeś zlecenia: nam nikt niczego nie może "nakazać", pozostajemy w tym sensie wolni i niezależni. Nas nie trzeba niszczyć, przeciwnie – warto wesprzeć, bo jesteśmy cząstką tego miasta, jego elementem składowym.
Są miasta, np. Syców, które wydają biuletyn (pismo) samorządowy, w którym odzwierciedla się tylko punkt widzenia władz miejskich. My reprezentujemy inną opcję. A że dużo tu informacji Zarządu Miasta? To podstawowe źródło dostępu do obiektywnych danych, bez przekłamań, niedopowiedzeń itp. Kto broni Panu – jako radnemu – pisać o dostrzeżonych manka­mentach, niedoskonałościach, poddawać krytyce chybione decyzje władzy? Sama rola recenzenta jest może wygodna, ale to zbyt mało. Proszę aktywnie i konkretnie pomóc miastu "robić dobrą prasę". Wierzę w Pana możliwości i talent, nie uchylam się od odpowiedzialności za niedo­skonałości pisma, które przejąłem w takiej postaci i niewiele w nim zmieniłem. Szanuję Pański punkt widzenia, chociaż nie zgadzam się z wieloma poglądami. Można zatem różnić się pięknie, w co Pan nie chce uwierzyć...
Z wyrazami szacunku Paweł Śliwko - radny RM.
P.S. Z honorowej funkcji Rzecznika Prasowego Zarządu Miasta zrezygnuję bez żalu, jeśli zabraknie np. pisma jako forum wyrażania opinii, poglądów czy przeka­zywania informacji. Funkcja kłuje w oczy, nie przynosi żadnych profitów. Czy o to Panu chodzi?