Komu "Głos Bolesławca"

Komu
fot. Głos Bolesławca Wpis archiwalny – Głos Bolesławca.
istotne.pl bolesławiec

To, jak środki masowego, przekazu relacjonują działania różnego rodzaju centrów władzy, było i będzie kością niezgody między rządzącymi, a pa­trzącymi im na ręce dziennikarzami. W cieszących się swobodą wyrażania swoich opinii społeczeństwach, prasa, radio i telewizja mają bowiem spełniać funkcję kontrolną wobec władz. Obywatel państwa, czy mieszkaniec miasta lub gminy, nie ma możliwości, a często i ochoty na to, by śledzić bezpośrednio działania swoich przedstawicieli w różnych organach stanowiących i urzędników sprawujących władzę wykonawczą. Czynią to za niego środki masowego przekazu, które odsłaniają kulisy tych działań. A to, że ci, którym patrzy się na ręce, nie zawsze są zadowoleni z odsłaniania pobudek ich działań i wysuwanej pod ich adresem krytyki, budzi właśnie napięcia między nimi, a dociekliwymi dziennikarzami. Jest to jednak optymalny model funkcjo­nowania publikatorów, które w ten sposób chronią władzę przed wyradzaniem się w jakichś koteryjnych działaniach i prywacie. Sprawdził się zresztą wystarczająco w społeczeństwach demokratycznych.
"Głos Bolesławca" jest mocno związany z naszymi miejskimi władzami. W każdym numerze znajdziemy informacje o działaniach miejscowego samorządu. Czy jednak te informacje są tym, czego moglibyśmy oczekiwać od lokalnej prasy, która całkiem z bliska może obserwować to, co na naszym podwórku się dzieje?
Artykuły dotyczące bolesławieckich władz, to przykład literatury sielankowej. W każdym akapicie natknąć się można na frazesy o cechującej władzę: zgodzie, consensusowi, odpowiedzialności, wspólnej trosce, pięknym różnieniu itp. A gdy już nic wypada pominąć jakichś zgrzytów, to są bagatelizowane i za­łatwiane kolejnymi frazesami o prze­ciwnym znaku: malkontenctwo i pieniactwo.
Efektem tego błogiego pisania jest zafałszowany obraz bolesławieckiej sceny samorządowej. Fakty często giną w powodzi przymiotników, mających upiększyć i dowartościować działania władz. Gdyby to jeszcze inni chwalili te działania, ale czyni to gazeta, której redaktorem naczelnym jest członek Zarządu Miasta, a zarazem jego rzecznik prasowy i czyni to niezmiennie jego piórem. Dziennikarz, który w myśl modelu kontrolnej funkcji prasy ma patrzeć na ręce władzy, jest tu więc równocześnie tym, któremu patrzy się na ręce. Każdy zaś wie, jak trudno jest obiektywnie oceniać samego siebie.
Dobór faktów i ich ocena są w "Głosie Bolesławca" tendencyjne. Dominuje tu punkt widzenia Zarządu Miasta. Nie jest to do przyjęcia w gazecie finansowanej przez samorząd, a więc przez wszystkich mieszkańców miasta. Subiektywne oceny są na miejscu w ulotkach propagandowych. Natomiast lokalna gazeta powinna przede wszystkim relacjonować fakty. Zresztą mieszanie faktów z ich komentarzem, to podstawowy błąd dziennikarski. Należałoby więc przynajmniej oddzielać jedno od drugiego i, broń Boże, nie poprzestawać tylko na ocenach dokonywanych wyłącznie z punktu widzenia ocenianego.
"Głos Bolesławca" jako "pismo miasta i gminy wydawane z inicjatywy Towarzystwa Miłośników Bolesławca" jest może z góry pomyślany, jako malowana miastu laurka. A w takim wypadku należałoby zapytać mieszkańców tego miasta, czy chcą finansować pismo, któremu przyświeca tylko taki cel?
Deklaracja redaktora naczelnego, że jego pismo chce być trybuną odpowiedzialnej dyskusji o sprawach miasta, dokonywanej w myśl sentencji, iż "zgoda buduje, a niezgoda rujnuje" są bardzo zbożne. Lecz gdy ta dyskusja jest przycinana do z góry ustalonych ram i usuwa się zeń wszystko, co wykracza poza wymarzony obraz wszechogarnia­jącej zgody, to rezultatem takiego rozmawiania może być wyłącznie monolog. Poza tym niezrozumiale jest pragnienie Pana Redaktora, by dyskusje dotyczące spraw miasta, a w tym również te toczone na posiedzeniach Rady i Ko­misji, cechowała niezmiennie: zgoda, kultura słowa, piękne różnienie się (?). Do dyskusji, a więc wspólnego poszukiwania prawdy, dochodzi się tylko wówczas, gdy spotykają się ludzie o odmiennych poglądach. W takiej sytuacji łatwe i szybkie kompromisy są złymi kompro­misami. Tylko nieograniczona niczym dyskusja, w której ścierają się ze sobą różne punkty widzenia, może zagwaran­tować prawdziwie twórczy kompromis. I ważny tu jest cel: znalezienie rozwiązań dających wszystkim jak najwięcej pożytku, a nie skrajanie się pod pustą retoryką, by nie wyleźć poza kulturę słowa. Pod tym względem bardzo kulturalny był sejm dowodzony przez Gucwę, ale co z tego?
Miastu potrzebna jest dobrze robiona prasa. Pożytek z tego jest oczywisty. Aby pożyteczny dla miasta był "Głos Bolesławca", musi się on stać pismem, rzetelnie i w myśl dobrej praktyki dziennikarskiej, informującym mieszkań­ców o pracach ich przedstawicieli i urzędów. Tylko bowiem wtedy Rada Miasta może być usprawiedliwiona z jego finansowania. Zresztą istnieją już w mieście dwa nowe tytuły prasowe i niechęć do zmian w "Głosie"... może doprowadzić do zepchnięcia tego pisma na czytelniczy margines. A chyba nie o to chodzi?