Z dziejów miasta. Wspomnienia z Bolesławca

Z dziejów miasta. Wspomnienia z Bolesławca
fot. Głos Bolesławca Wpis archiwalny – Głos Bolesławca.
istotne.pl bolesławiec

W połowie czerwca 1945 r. znalazłem się w Bolesławcu włączony do tamtejszej Grupy Operacyjnej jako rzeczoznawca dla spraw ceramiki. Jadąc do Bolesławca nie przypuszczałem, że zniszczenie fabryk ceramicznych jest tak olbrzymie i cały wielki i kwitnący przemysł ceramiczny jest zrujnowany do podstaw i nie zdolny do jakiejkolwiek pracy. Mniejsze warsztaty (garncarnie) bolesławieckie zachowały się w dosyć dobrym stanie i z tego powodu po zakończeniu prac w Grupie Operacyjnej postanowiłem zająć się ich uruchomieniem.
W początkach pragnąłem założyć Spółdzielnię Artystyczną, jednak władze wrocławskie odniosły się do tego pomysłu nieżyczliwie i wymagały co najmniej 10 członków, zawodowych ceramików. Trudno było to wypełnić, więc poniechałem myśli o ceramice artystycznej i zająłem się pracą przygotowawczą do uruchomienia garncami mniejszych.
Na pierwszy ogień wybrałem fabryczkę R.Reinhold przy ul. Dolnych Młynów Nr 10 w Bolesławcu. Trudno było uzupełnić wszystkie potrzebne urządzenia, ale w tym wypadku pomógł dowcip, jak na przykład przy stosowaniu zużytych strażackich wężów parcianych, zamiast skórzanych pasów napędowych. Pomogli także dwaj wytrwali i pilni ochotnicy, a to W. Słowik ceramik, mój były uczeń oraz J.Toman rozmiłowany w ceramice – z zawodu jednak bardzo dobry ślusarz mechanik – (ten miał wielkie zasługi w uruchomieniu maszyn). Na robotników zgłosiła się pewna liczba ochotników z miejscowej ludności polskiej. Ludzi tych trzeba było przeszkolić, bo o jakiejkolwiek pracy ceramicznej nie mieli pojęcia. Patronat nad tymi wysiłkami objęła Dyrekcja Przemysłu Miejscowego we Wrocławiu, która widząc pierwsze udane próby, udzieliła wszechstronnej, daleko idącej pomocy.
W r. 1946 zadymił przy ul. Dolnych Młynów pierwszy komin fabryki w Bolesławcu i wyjęto z pieca garncarskiego pierwsze garnki kamionkowe wypalone przez Polaków. Po Dolnych Młynach przyszła kolej na inne warsztaty, i w końcu uruchomiono cztery zakłady, które wyrabiały wyłącznie brunatne garnki kamionkowe, zwane na Górnym Śląsku "bunclokami". Warunki pracy polepszyły się o tyle, że Dyrekcja Przemysłu Miejscowego we Wrocławiu zorganizowała w końcu biuro miejscowe i przysłała urzędnika swego na kierownika administracyjnego.
Także i wartość sił roboczych zmieniła się na korzyść z chwilą przyjazdu repatryjantów z Jugosławii, a później także i z Francji. "Jugosłowianie" byli bardzo trudnym materiałem roboczym, jednak po woli wciągnęli się w tryby pracy fabrycznej i przyswoili sobie konieczne wiadomości praktyczne, które pozwoliły im na objęcie lepszych stanowisk. W większych zakładach w Tylinowie {miejscowość tuż kolo Bolesławca za Bohrem) można było zaobserwować wielojęzyczność pracowników. "Jugosłowianie" trzymali się razem i mówili w jednym kącie fabryki po serbsku – "Francuzi" w drugim kącie po francusku – "Polacy" zaś ze starej Polski oczywiście po polsku, nigdy jednak nie było jakichkolwiek zatargów na tle politycznym, bądź społecznym.
Wyrabialiśmy przeważnie garnki brązowe (z polewą ziemną), a także kamionkę białą z polewą przeźroczystą – bezbarwną. Wypał odbywał się do 1.300 stopni. Garnki i wszystkie naczynia były wtłaczane w formy gipsowe przy pomocy szablonów na mechanicznych toczydłach. Wiele rzeczy odlewano w formach gipsowych, ale wszystkie wyroby były polewane na surowo i szły tylko raz do pieca.
Biały towar wypalano w kapslach szamotowych, brązowy bez jakichkolwiek osłonek. Piece były przeważnie prostokątne, 6-cio paleniskowe z ogniem przerzutowym i sklepieniem beczkowym, a pojemność pieca wynosiła do 40 m3
Na stanowisku kierownika technicznego wytrwałem do r. 1950, a z powodu poważnej choroby w poszukiwaniu lżejszej pracy przeniosłem się do Centrali Przemysłu Ludowego w Warszawie jako doradca techniczny do technicznych spraw ceramiki. Od 1953 r. przestałem w ogóle pracować w przemyśle.
Wszystkie opracowania mas garncarskich, odlewniczych i polew były przeze mnie opracowane na miejscu i sprawiły mi zadowolenie o tyle, że Niemcy wychodząc z Bolesławca na Zachód oświadczyli wprost, iż bez nich nic zrobić nie potrafimy.
(Tekst pochodzi z archiwum Muzeum Ceramiki)