Kwaśniewski: Mogę lepiej zarządzać miastem

Kwaśniewski: Mogę lepiej zarządzać miastem
fot. Dariusz Kwaśniewski Za co krytykuje prezydenturę Piotra Romana? Co konkretnego sam zrobił dla miasta? Kto będzie na niego głosował? Odpowiada kandydat na prezydenta Dariusz Kwaśniewski.
istotne.pl wybory, piotr roman, wywiad, dariusz kwaśniewski, bogusław nowak

Grażyna Hanaf: – Publicznie powiedział pan o prezydenturze Piotra Romana, że osiem lat wystarczy. Czego dokładnie ma pan dosyć?

Dariusz Kwaśniewski: – Osiem lat wystarczy, bo Bolesławiec może się rozwijać lepiej. Uważam, że zarówno potencjał pieniędzy (które się gminie należą), jak i ludzi nie jest dobrze wykorzystany. Uważam, że obecny prezydent nie współpracuje ani z ludźmi, ani z instytucjami, a to ogranicza możliwości naszego miasta. Współpracy, otwarcia na innych, dogadywania się – tego mi brakuje.

A dokładniej, na przykładach?

Przykładem jest projekt promocyjny Bory Dolnośląskie. To był taki pomysł, by zbudować markę Borów. Aby, mówiąc „Bory Dolnośląskie”, znaczyło to tyle co na przykład „Mazury”. Prezydent zrezygnował z tej możliwości promocji miasta, potem wycofali się inni wójtowie i burmistrzowie. To spowodowało, że jedynie z pomocą Pieńska, Zgorzelca i Węglińca będziemy promować Bolesławiec, by skorzystali na tym bolesławianie. Próbowałem zbudować porozumienie kilkunastu gmin i powiatów. Dlatego, że im więcej partnerów, tym ten projekt mógłby być efektywniejszy. Potencjał Bolesławca (atrakcje i zabytki) jest zbyt mały, by turyści przyjechali do miasta na trzy i więcej dni. I by zostawili tu pieniądze w hotelu, restauracji, sklepie z ceramiką czy spożywczym. Aby zostawili pieniądze przedsiębiorcom. Trzeba więc łączyć okoliczne atrakcje, jak na przykład święta miejskie: nasze Dni Ceramiki, Jakuby w Zgorzelcu, Lato Agatowe we Lwówku. Budowanie partnerstwa, by zyskał Bolesławiec. Tego zabrakło.

Mówi Pan o partnerstwie, a jak ma się ono do inwestycji, które za prezydentury Piotra Romana rosną jak grzyby po deszczu?

Inwestycje są po drodze. My budujemy partnerstwo po to, by coś w mieście zmienić. Budowa basenu jest niezaprzeczalnym sukcesem prezydenta. Tylko że to był najwyższy czas, by prawie 40-tysięczne miasto miało basen. Ładny rynek, odnowione planty to standard. Wszystkie miasta wielkości Bolesławca z klucza dostały pieniądze na takie inwestycje – im większe miasto, tym więcej. Inwestycje nie są celem, inwestycje robi się po coś. To, że umiem się dogadać, spowoduje, że inwestycje będą większe i bardziej potrzebne. Zresztą mam jeden taki przykład. Budowa ulic Karola Miarki i Żwirki i Wigury to wspólna inwestycja miasta i powiatu, jedna z pierwszych.

To jednak współpracujecie.

Tak. Po raz pierwszy w tej kadencji. Mam za sobą trzy kadencje. W żadnej nie mogli się dogadać starosta z prezydentem, chociaż łaski nie robią. Mamy obowiązek współpracować dla dobra mieszkańców. Elementem niezgody była zawsze jedna osoba – albo kiedy była starostą, albo prezydentem [mowa o Piotrze Romanie, staroście bolesławieckim w latach 1998-2002 i od 2002 roku prezydencie miasta]. Może to zawsze była zła ta druga strona, nie wiem, ale nie było tej współpracy. Ludzie powinni tę współpracę na nas wymusić. Choćby po to, by pozbyć się problemu, do kogo należą ulice w mieście. To denerwuje mieszkańców, bo co kogo obchodzi, czyja jest dziura w drodze. Mieszkaniec chce, by ją jak najszybciej zalepić. Nikt poza urzędnikami nie wie, która jest która. Jeśli nie możemy się dogadać, by razem odśnieżać ulice (by robiła to jedna firma), dochodzi do paradoksu. Pług zatrzymuje się w połowie ulicy i dalej nie jedzie, bo to już droga miejska lub powiatowa.

Kandydaci muszą przekonać ludzi do siebie. Jak zamierza pan przekonać do siebie ludzi, którzy widzą basen, piękny Rynek, planty, mając program wyborczy, który składa się jedynie z obietnic?

To jest trudne. Można by przyjąć strategię: potępiamy wszystko w czambuł. Wtedy idziemy na ostro, ale nie merytorycznie. Idziemy tylko na negatywnych emocjach. Ale ludzie nie lubią tych, którzy są negatywni. Myślą wtedy, że jeden i drugi to oszołom, po co mi taki prezydent? Powiedziałem „nie”, ja chcę przeprowadzić tę kampanię inaczej. Obrywa mi się, bo mówią mi, że jestem nudziarzem, Osoby, które mnie wybrały, wiedziały, że nie będę się kłócił czy wyzywał. A mimo to postawiły na mnie. Będę musiał ludzi przekonać, że niektóre rzeczy zrobił prezydent dobrze, inne prawie dobrze, a niektóre źle. Polityka mieszkaniowa jest zła. W mieście za jego prezydentury nie było się gdzie wybudować. Było mało działek, były drogie. Ludzie wybudowali się w Kruszynie, Łaziskach. Płacą podatki do kasy gminy wiejskiej. Miasto się zwija, ma coraz mniej mieszkańców, dochody uciekły. Jeśli uda mi się dotrzeć z przekazem, że można lepiej, to wygram. Próbuję w Internecie, telewizji kablowej. Liczę na to, że spotkam się z obecnym prezydentem w trakcie debaty. W merytorycznej rozmowie jestem w stanie go pokonać.

Piotr Roman publicznie potrafi posądzić opozycję o najgorsze. Usłyszeliśmy, że obawia się ataków i haków ze strony opozycji. Czy mimo to będziecie obstawać przy rozgrywaniu tej kampanii jak partii szachów?

Rozmawiałem z obecnym prezydentem. Nie jest tajemnicą, że ze sobą rozmawiamy. Zapytałem go wprost, czy myśli, że potrafiłbym mu zarzucić rzeczy, których nie zrobił? Wyrzucić kochanki, których nie ma? Teraz wiem (żałuję, że prezydent nie powiedział tego publicznie) – on nie myślał o Platformie, kiedy mówił o hakach i atakach opozycji.

O kim zatem mówił?

Nie chcę tego zdradzić. To niepotrzebna nikomu informacja.

Czeka nas więc kampania merytoryczna, bez agresji?

Padły zarzuty, że jestem agresywny. Ostatnio skrytykowała mnie starsza pani. Zagroziła, że jeśli jeszcze raz zaatakuję jej prezydenta, to mnie podrapie. Podobno po wysłuchaniu mojego wywiadu w Azart-Sat, tak się zdenerwowała moim atakiem na prezydenta, że zasłabła i wezwano do niej karetkę.

Emeryci, osoby starsze są uważani za żelazny elektorat Piotra Romana, czy pan ma swój żelazny elektorat?

Moim elektoratem będą sympatycy Platformy. Ludzie, którzy Platformę w ogóle popierają. W ostatnich wyborach prawie 65% procent w Bolesławcu głosowało za kandydatem popieranym przez PO. Mówią mi, że nie jestem Tuskiem. Ale jestem szefem Praformy Obywatelskiej w mieście. Jeśli uda mi się przekonać ludzi, że jesteśmy partią ludzi rozsądnych, którzy wytyczają sobie jakieś cele i idą do przodu, to dostanę ich głosy. Myślę, że zagłosują na mnie środowiska, z którymi jestem w jakiś sposób związany. Mam pomysły dla przedsiębiorców. Jeśli ktoś się mnie pyta, czy tak wysokie muszą być lokalne podatki dla przedsiębiorców, odpowiadam, że nie. I można je obniżyć, w drugim lub trzecim roku, kiedy zostanie opanowany budżet miejski. I to nie musi się przełożyć na mniejsze dochody w budżecie miasta. Myślę o też nauczycielach. Nasza edukacja jest jedną z najlepszych w województwie.

Są jakieś konkrety, co zostało przez pana zrobione?

W drugiej kadencji powiatu, w latach 2002-2006 powiat nie pozyskał z Unii nawet złotówki. Nie było ludzi, nie było procedur, nie było wieloletniego programu inwestycyjnego. Udało mi się zbudować zespół i napisałem Wieloletni Plan Inwestycyjny. Policzyliśmy, na ile programów nas stać, i wypisaliśmy je. Było ich siedem (dwa wraz ze szpitalem – odział ratunkowy i informatyzacja szpitala). Budowa ulic Karola Miarki i Żwirki i Wigury (robimy to wspólnie z miastem). Schetynówki. Nasza schetynówka była najlepsza i najdłuższa – to bajpas drogi 94 (droga z Bolesławca do Krzyżowej i do Tomaszowa). Teraz robimy ulicę Leśną i Śluzową. Będzie nowa nawierzchnia jezdni, chodniki, podjazdy dla niepełnosprawnych, oświetlenie. Niedawno dowiedziałem się, że uda się zrobić całą Lubańską (od Garncarskiej do ogródków). Ta inwestycja również robiona jest z miastem. Robimy teatr. Zdobywamy pieniądze. Stworzymy multimedialne centrum w I Liceum Ogólnokształcącym. W bibliotece będzie oprogramowanie, pierwsze w Polsce, pozwalające na wypożyczenia międzybiblioteczne. Projekt unijny włącza w sieć wszystkie 28 bibliotek pedagogicznych na Dolnym Śląsku. Mamy SOS, czyli darmowe korepetycje dla uczniów. Jest to mój projekt. Dziesięć tysięcy dodatkowych godzin z przedmiotów maturalnych, dodatkowe pieniądze dla nauczycieli i 200 tysięcy na sprzęt dla szkół.

Współpraca, współdziałanie i dodawanie (czyli synergia). Czy to się spodoba wyborcom?

Efektem współpracy może być też coś, co jest wspaniałe, co błyszczy. Razem można po prostu więcej. Nie wiem, czy to będzie ostatecznie motto mojej kampanii. Twierdzę, że powinniśmy jak najwięcej dawać ludziom i wykorzystywać ich potencjał. To jest to współdziałanie. Jeśli profesjonalizm urzędnika połączyć z pasją twórcy, to coś się z tego urodzi. Ja muszę wiedzieć, jaki paragraf pozwoli mi zdobyć pieniądze na Gliniadę czy „Dźwięki miasta” [imprezę muzyczną dla młodzieży], ale nie zrobię festiwalu. Ja dam pieniądze. Artysta, pasjonat zrealizuje dzięki temu swoją wizję dla podniesienia atrakcyjności Bolesławca.

Jeżeli już zaczepiliśmy Gliniadę. Rozstaliście się z radnym Bogdanem Nowakiem. A co z Gliniadą i wspieraniem wydarzenia przez Starostwo?

Rozstaliśmy się z jedną osobą, która Gliniadę wymyśliła, ale jej jednoosobowo nie zrobiła. Rozstaliśmy się politycznie, natomiast jeśli ktoś ma talent, nie jest ważne, czy on ze mną siedzi w jednej partii czy nie. Nie przestałem cenić Nowaka za to, co potrafi zrobić dla promocji Bolesławca poprzez Gliniadę. Ale nie będzie nam po drodze partyjnej. To są dwa inne żywioły, ja twierdzę, że można je rozdzielić.

Oficjalna kampania rozpocznie się za chwilę, jak pan się do niej szykuje?

Tak naprawdę kampania trwa cały czas. Jako jedyny kandydat, do tej pory, jestem aktywny w Internecie. Poświęcam internautom bardzo dużo czasu. Założyłem blog. Tam jest dużo informacji. Odpisuję, zawsze pod imieniem i nazwiskiem, nawet tym najbardziej nieprzyjemnym adwersarzom. Jestem twardy i daję sobie radę. Jak zacznie się oficjalna kampania, wyjdę do miasta, na ulicę, do ludzi. Chcę wygrać z Romanem, rozmawiając z ludźmi. Chcę do nich dotrzeć. Jestem przekonany, że mi się uda.