Casablanka – miasto, które prawie wszystkim kojarzy się z filmem Michaela Curtiza z Humphrey’em Bogartem i Ingrid Bergman, mimo że ani słynny melodramat, ani nawet pomysł sztuki nie powstały w Maroku. Główni bohaterowie filmu Rick i Ilsa, tak jak Romeo i Julia, nie istnieli w rzeczywistości. Jednak w masowej wyobraźni żyją życiem wiecznym. Pielgrzymujemy do Werony, by stanąć pod balkonem kochanków, a w Casablance pytamy o Amerykański Bar Rickiego.

Białe Miasto nie potrzebuje fabuł z Hollywood, ma swoją prawdziwą miłosną historię, równie pełną pasji, co miłość Rickiego do Ilsy, czy Juli do Romea. Casablanka miała w swej historii dwóch potężnych kochanków, którzy – dzięki swej namiętności – dali jej potęgę i zapewnili rozwój. Jeden był giaurem zakochanym w tej wschodniej piękności, a drugi potężnym i mściwym sułtanem.

Jeden myślał, że jego uczcie jest odwzajemniane, drugi był przekonany, że ukorzył ją i zmusił do posłuszeństwa. Obaj byli w błędzie. Zostali oszukani i zdradzeni.

Zakochany giaur i biała nadmorska dziewczyna

Człowiek-paradoks. Hubert Lyautey (1854-1934). Pierwszy Rezydent Maroka pod protektoratem Francji. Katolik, monarchista i wybitny kolonista przybył pełnić swą funkcję w kwietniu 1912 roku. Rojalista w służbie Republiki, arystokrata z kraju, gdzie gilotyna równała społecznie szlachtę z plebsem, obcinając tym pierwszym głowy. Katolik broniący islamu. Do dziś w Maroku chodzą nieprawdziwe pogłoski, że zmienił swą wiarę i został muzułmaninem.

Za jego czasów Casablanca budziła się po trzystuletnim śnie. Porzucona przez Portugalczyków w XV wieku z powodu ciągłych pirackich ataków, zaczynała wolno nabierać znaczenia jako port na szlaku handlowym z Marsylii, prosperujący doskonale dzięki nowym, bardzo szybkim statkom parowym.

Piękna i niewinna dziewczyna w bieli z portowego miasta. Kto by jej wierzył? Czy zaśpiewała mu „Usiądź przy mym stoliku Milordzie”, gdy spotkał ją po raz pierwszy? Czy ten doświadczony żołnierz i wybitny taktyk niczego nie podejrzewał? A może tak właśnie jest za każdym razem, gdy mężczyzna pokocha kobietę? Wierzy w biel niewinnej sukienki, w łagodny uśmiech, w szept słodki jak szum fal, a portowa knajpka, gdzie ją odnajduje, to tylko romantyczny, nic nie znaczący sztafaż.

Lyautey postanowił zrobić z Białego Miasta królową oceanu i podarować jej bogaty dar: nowoczesny port. Nawet morze było przeciwko niemu. Pływy i silne wietrzne prądy niszczyły wielokrotnie z trudem stawiane konstrukcje. Doradcy i budowniczowie mówili, że projekt jest nie do zrealizowania. A Casablanca czekała na swój prezent cierpliwie.

Otrzymała go. W latach 30. XX wieku, wydolność portu wzrosła do 3 milionów ton transportowanych towarów. Dzięki niemu prowincjonalna panienka niewiadomej konduity stała się metropolią i królową finansów.

Dziś z 4 milionami mieszkańców jest jednym z największych miast portowych na świecie, czwartym co do wielkości miastem w Afryce i największym miastem w Maghrebie. Mieszka tu 10% ludności Maroka, znajdują się tu wszystkie główne siedziby banków, wielkie międzynarodowe przedsiębiorstwa mają swoje biura i przedstawicielstwa. Przemysł tekstylny, spożywczy i metalurgiczny to 60% wszystkich fabryk w kraju.

Reklama McDonald's w centrum CasablankiReklama McDonald's w centrum Casablanki • fot. Alina Martyniak

Hubert Lyautey miał jedną pasję i jeden cel. Republika Francuska go rozczarowała, czuł się w niej niepotrzebny ze swoimi poglądami. Laicyzacja i równość społeczna w dostępie do władzy –to wszystko oceniał źle. Jak sam pisał, miał we krwi wierność arystokracji i monarchii. Chciał ochronić Maroko przed pomyłkami Europy. Z całą mocą wspierał więc ustrój, który na kontynencie powoli obumierał. Casablanca, królowa oceanu, miała dać bogactwo stworzonemu przez niego nowemu Maroku. Popełnił błąd, tak jak jego następca. Żaden z nich nie spytał jej o zdanie.

Mściwy sułtan

Sułtan Maroka Hassan II (1929-1999), władca nie znoszący sprzeciwu, postanowił dziewczynę utemperować, naznaczając swą władzę nad nią.

Nigdy nie spotkał się z Lyautey’em, który zmarł w 1934 roku we Francji. Nigdy nie darzył wielkim uczuciem miasta. Był chory na astmę, nadmorski klimat mu nie sprzyjał. Jednak, jak wszystko w Maroku, i Casablanca należała do niego. Biała dziewczyna była jego własnością i postanowił ją wyegzekwować. W sercu najbardziej zeuropeizowanego miasta wybudował największy meczet na świecie, zaraz po Mekce i Medynie.

Hassan II również nie przepadał za systemem panującym w Europie. W archiwum cytatów słynnych ludzi gazety „Le Figaro” do dziś jest przechowywana opinia, jaką wypowiedział w jednym z wywiadów: „Europa Zachodnia nie interesuje się niczym innym, jak tylko wielkim żarciem. Jest pod jarzmem kurczaka, wina i abstrakcji”.

Wyczuł zdradę miasta, jego pęd ku wielkiemu żarciu. Casablanca wkładała czador.

Na platformie wspartej na dnie oceanicznym powstawało dzieło wybitne, które miało w sobie pomieścić wszystko, co najpiękniejsze i najważniejsze w kulturze i sztuce muzułmańskiego Maroka. Siedem dni w tygodniu, dwadzieścia cztery godziny na dobę trwały prace. Hassan II był już stary i schorowany, obawiał się, że nie dożyje ukończenia dzieła. Meczet, na którego budowę złożył się każdy poddany, bo ściągano w tym celu obowiązkowe podatki, został ukończony w 1993 roku, sześć lat przed śmiercią króla i po ponad 13 latach prac. Źródła oficjalne podają, że jego budowa kosztowała ok. 400 milionów euro.

Teraz meczet jest wizytówką miasta, wyróżnia je i przyciąga ciekawych dzieła turystów. Najpierw jest meczet, potem miasto. Hassan II nazwał go swoim imieniem. Lyautey ma tylko maleńki pomnik konny, skryty w ogrodzie konsulatu Francji przy placu Mohameda V. Meczet mieści w swej przestrzeni ponad 100 tysięcy wiernych, port w Casablance zajmuje nadal jedną z pierwszych pozycji na świecie z ok 20 milionami ton przeładowywanych towarów.

Na pierwszym planie meczet HassanaII, w oddali port Marszałka LyauteyaNa pierwszym planie meczet HassanaII, w oddali port Marszałka Lyauteya • fot. Alina Martyniak

Obaj chronili system oparty na tradycji i wierze. Żaden nie powstrzymał zmian. Gdy wierni przytulają twarze do ziemi kłaniając się Bogu, biała dziewczyna przechodzi obok niezauważona.

Dziś nazywa się Wielka Casa. Jej królestwo to nocne kluby i bary, gdzie bawią się dzieciaki najbogatszych Marokańczyków. „Bobaski bogaczy” to tytuł artykułu w marokańskim tygodniku. Na pierwszym zdjęciu cztery dziewczyny w skąpych strojach tańczą na barze w nocnym klubie. Młodzi, bogaci i beztroscy. Dzieciaki elity finansowej i politycznej. Kluby i dyskoteki Casablanki, Maroka, Europy są dla nich drugim domem. Kupują sobie samochody sportowe, jak inni skarpetki. Wydają dziennie po 8 tysięcy euro i bawią się, nie myśląc o pracy, czy przyszłości, którą zawsze zapewni bogaty tatuś.

Dwie współczesne Marokanki w CasablanceDwie współczesne Marokanki w Casablance • fot. Alina Martyniak
Marokanka w tradycyjnym stroju na jednej z ulic starej CasablankiMarokanka w tradycyjnym stroju na jednej z ulic starej Casablanki • fot. Alina Martyniak

Wielka Casa to świat niewyobrażalnego luksusu dla zwykłego Marokańczyka. Wielka Casa ma taką finansową moc, że potrafiła zaskoczyć samego władcę Mohameda VI, który jest kolekcjonerem najnowszych i unikatowych modeli samochodów. Pewnego razu, gdy już miał podpisywać zamówienie z firmą Mercedes na dostarczenie świeżutko wyprodukowanego modelu, doniesiono mu, że prototyp ten był już zamawiany. I to gdzie? W jego rodzinnym kraju, przez bogatego trzydziestolatka z Casablanki. Mohamed VI anulował swe zamówienie i obył się smakiem, nie był pierwszy.

Biała dziewczyna Huberta Lyautey’a nosi dziś mini spódniczkę i wysokie obcasy na smukłych nogach. Idzie swobodnie nadmorską promenadą, a pod lekką bluzką łagodnie falują jej nagie piersi. Tańczy na barze w nocnych klubach, lata za pieniądze bogatego tatusia do Madrytu na shopping, Nie dba o swoje dziewictwo, kocha się gdy ma ochotę i uprawia seks, gdy się zakocha. Jest dziewczyną z portu. Wie czego chce, potrafi o siebie zadbać.

Grażyna Hanaf