Dramatyczny powrót Julii, zdobniczki bolesławieckiej ceramiki, spod Charkowa do Polski

Dramatyczny powrót Julii, zdobniczki bolesławieckiej ceramiki, spod Charkowa do Polski
fot. istotne.pl Julia Sidenko jest Ukrainką, która od kilku lat zdobi kamionkowe naczynia w Ceramice Millena pod Bolesławcem. Dzień przed agresją Rosji na Ukrainę Julia przyleciała do Charkowa. Wojna zastała ją w rodzinnym domu, w małej miejscowości. Powrót do Polski z mamą okazał się dramatycznym przeżyciem.
istotne.pl 86 ceramika, wojna, ukraina

Droga powrotna Julii Sidenko i jej mamy do bezpiecznej Polski trwał kilkanaście dni. Julia, jak co roku, odwiedzała rodzinę i bliskich. Przyleciała 23 lutego do Charkowa, wieczór spędziła w domu z rodziną, w miejscowości Вовчанськ (Wołczańsk) oddalonej od Charkowa o 70 kilometrów, a zaledwie kilkanaście kilometrów od granicy z Rosją.

O 5:00 rano 24 lutego obudziły ją wybuchy bomb. Myślała, jak wszyscy mieszkańcy, że to ćwiczenia. Widząc jednak wejście okupanta i zajęcie wsi oraz rakiety lecące na Charków, szybko zrozumiała, że to coś groźniejszego. W rodzinnym mieście Julli dostępne były dwa kanały telewizyjne: rosyjski, gdzie Putin mówił o specjalnej operacji, i ukraiński. W ukraińskiej telewizji prezydent Wołodymyr Zełenski obwieszczał wojnę.

Julia z mamą zdecydowały się wyjechać z okupowanych przez Rosjan terenów, zostawiając tatę. Pytanie było, którędy jechać, kiedy od Charkowa na zachód była linia frontu.

Wysłuchajcie opowieści Julii.


Zapis rozmowy

Julia Sidenko: – 23 lutego jak zwykle pojechałam do rodziców w odwiedziny na Ukrainę. Przyleciałam samolotem do Charkowa. Później pojechałam do miejscowości, gdzie mieszkam, nazywa się Wołczańsk. Pojechałam autobusem, przyjechałam wieczorem. Cieszyliśmy się z tego, że się zobaczyliśmy. Posiedzieliśmy, zjedliśmy kolację. Przyszedł wujek, posiedzieliśmy z rodzicami. Cieszyli się, że przyjechałam. Wołczańsk znajduje się 70 km od Charkowa i około 15 km od samej granicy z Rosją. Wszystko było dobrze, bo sobie posiedzieliśmy z rodzicami, poszliśmy spać. A rano o piątej 24 lutego obudziłam się od tego, że u taty zadzwonił telefon. Otwieram oczy i słyszę, on odbiera i mówi: „no tak, strzelają”. Moja mama poszła do pracy o 5:00. Tylko wyszła na ulicę i usłyszała te strzały i zadzwoniła do taty. Jeżeli o 6:00, o 5:00 wszyscy obudziliśmy się i do szóstej godziny zastanawialiśmy się, co się dzieje, to już o siódmej, o ósmej, na przykład, nad naszą miejscowością i nad domami niedaleko od nas widzieliśmy rakiety, jak leciały z rosyjskiej granicy. My widzimy, za taką górką znajduje się ich granica, i po prostu z tej strony przelatywały rakiety nad naszą wioską. Już o 8:00 godzinie to już było tak, że my po prostu wszyscy powychodziliśmy na ulicę. Sąsiedzi powychodzili. Słyszeliśmy jakiś taki szum z daleka. Myśleliśmy, że to może samoloty. Ale to był taki szum, on tak się zbliżał powoli.  No i później już zobaczyliśmy po prostu, jak z tej góry zjeżdżała ich technika. Zjeżdżały kolumny i później oni już wyjeżdżali na wiejską drogę. Przez nasze miasteczko na Charków szli. To wyglądało tak, że żadnego oporu nie było, bo naszych wojsk ukraińskich nie było w naszej miejscowości. Oni spokojnie sobie weszli. Jeden taki jest wypadek w tej naszej miejscowości: jechał jeden mężczyzna z kobietą do pracy. Samochód został rozstrzelony. Kobieta zginęła. Mężczyzna też na następny dzień zmarł w szpitalu.

Wiesława Seneszyn: – Martwiliśmy się bardzo o nią. Jedna z pracownic, która się z nią bardzo przyjaźni, bo mieszkają razem u nas, więc ona miała kontakt przez jakiś czas. Krótki ale miała, a później nie miała wcale. My mówimy: mamo, co się dzieje? Tydzień, nic nikt nie wie. Drugi tydzień, nikt nic nie wie. No i po trzech tygodniach odezwała się, że już jest z rodziną, że już przeciera szlaki do powrotu i całą historię już opowiedziała wam.

Julia Sidenko: – Wiadomo, ja już pomyślałam, że powinnam wracać do domu, do Polski, bo ja tutaj już mieszkam. Mam tutaj robotę. Jakoś trzeba wracać. Myślałam, czy przez Charków? Ale przez Ukrainę w ogóle nie było żadnej możliwości. Powysadzano mosty na Charków, zniszczyli wszystko, wiadomo. Tam poszło wojsko, tam jest linia frontu. Nie ma możliwości tam pojechać i dostać się. Nawet jeżeli była, to w Charkowie ludzie, żeby wejść do pociągu, stoją na przykład po dwie doby, żeby po prostu wejść do pociągu. Później jeszcze nie wiadomo, jak oni jadą i zmieniają trasy. To jest bardzo niebezpiecznie. Zdecydowałam się, że trzeba jechać przez Rosję. Mama też ze mną zdecydowała się jechać. Razem wyjechałyśmy. Bardzo bałyśmy się. Bardzo dużo zbieraliśmy informacji. Prosiłam znajomych i rodzinę w Rosji, żeby oni dowiedzieli się, jako w ogóle wygląda przekroczenie ich granicy. Czy ich straż graniczna puści nas ogóle? Kiedy zdecydowaliśmy się na taką podróż przez Rosję, ja wymyśliłam taką trasę, że ja przekroczę rosyjską granicę, tam wsiadam na pociąg i jadę na Mińsk na Białoruś. Żeby z Mińska już do Polski przyjechać. Wymyśliłam sobie tę trasę. Razem z mamą przekroczyłyśmy granicę. Tak wygląda przekroczenie teraz rosyjskiej granicy, że oni mają na granicy takie swoje służby. Dopytują ludzi bardzo, jakby wszystko dokładnie: gdzie ty jedziesz? Skąd ty jedziesz? Dlaczego ty jedziesz? Od razu zdecydowałam się, że będę mówić, nawet pytać, czy mnie puszczą czy wypuszczą, że ja jadę do Polski, że ja tranzytem chcę przejechać. I właśnie wszystko niby zgodnie z planem naszym szło. Jechaliśmy pociągiem na Białoruś i już dojeżdżając do granicy z Białorusią, tam była następna straż graniczna. Tam nas wysadzili z pociągu. Znowu zabrali nas na posterunek, zawieźli, znowu dopytywali. Nie puścili nas przez ten punkt, bo powiedzieli, że pociąg jedzie przez taki punkt, że to nie jest międzynarodowy punkt przejścia. Trzymali nas cały dzień, dopytywali się. Jak już nas wypuściła rosyjska straż graniczna, to białoruska straż graniczna powiedziała, że oni nie mogą nas wpuścić, bo do Białorusi my możemy wejść tylko jako uchodźcy. A wtedy nie mamy możliwości rok z stamtąd  wyjechać. Cała nasza wycieczka z mamą wyglądała w taki sposób od samego wyjścia z domu. My tylko modliliśmy się, żeby w Rosji trafić tylko na dobrych ludzi. Żeby nas puścili, żeby nas wypuścili. No i właśnie Straż Graniczna dobrze była nastawiona, oni nam doradzili od razu, jeszcze na pierwszym punkcie. Oni powiedzieli: wiecie co, jedźcie do Łotwy i tam was wpuszczą, wypuszczą, nasza straż nie ma prawo was nie puszczać. Łotwa was wiadomo że przyjmie. Jedźcie tam. Już na granicy białoruskiej, jak mówiłam, nas nazbierała się cała grupka: ja, moja mama i jeszcze dwie dziewczyny. Wynajęłyśmy sobie taką taksówkę między miastami. Pojechaliśmy tą taksówką na granicę z Łotwą. Dotarliśmy gdzieś, nie wiem, o 1:00 w nocy, chociaż wyjechaliśmy jeszcze z rana. Już w nocy, nad ranem przekroczyliśmy już granicę z Łotwą. Tam naprawdę nie było już żadnych problemów, Rosjanie nas swobodnie wypuścili. Łotwa nas swobodnie wpuściła. I już byliśmy w Unii Europejskiej.

Wiesława Seneszyn: – Wróciła do swojego mieszkanka, pokoiku, który daliśmy do mieszkania dla niej. Wróciła do pracy i czuła taką potrzebę przekazu wszystkim, którzy to jakoś czują, każdy po swojemu to czuje. To nie można tak powiedzieć, że wszyscy przeżywamy jednakowo, bo to tak nie jest. Ale ona poczuła, że chce przekazać swoje podziękowanie w formie artystycznej. Podziękowanie Stwórcy, jak zwał, tak zwał, za opiekę, którą dostała przez ten miesiąc, jak była tam na tej wojnie. Namalowała piękny wazon z cudownym gołębiem pokoju. I to jest takie przesłanie. Dzisiaj nawet nazwaliśmy tę dekorację: Sława Ukrainie, Sława bohaterom!

Julia Sidenko: – Stworzyłam dekorację w takich kolorach ukraińskiej flagi, w żółto-niebieskich kolorach.  Wszystkie symbole, które symbolizują płodność ukraińskiej ziemi, czarnoziemów ukraińskich. Są to słoneczniki, kłosy pszenicy. I gołąb. Wszyscy Ukraińcy naprawdę mają taką nadzieję, że Ukraina będzie wolna i naprawdę będzie kwitnąca i odbudowana.

English version

Julia Sidenko: – On February 23, as usual, I went to visit my parents in Ukraine. I came by plane to Kharkov. Later I went to the town where I live, it is called Volchansk. I went by bus. I arrived in the evening. We were happy to see each other. We were sitting, we had dinner. My uncle came, we were sitting with my parents. They were happy that I came. Volchansk is located 70 km from Kharkov and about 15 km from the Russian border itself. Everything was fine as we sat with my parents and went to bed. And in the morning, at five o'clock on February 24, I woke up because my dad's phone rang. I opened my eyes and heard, he answered and said: 'well, they're shooting'. My mom went to work, she left at 5:00. She was just out on the street and she heard these gunshots and she called my dad.  At 5:00 we all woke up and until 6 o'clock we wondered what was going on,  then already at 7, at 8 o'clock, for example, we saw rockets as they flew from the Russian border over our village and over the houses not far from us,  well, because we see behind such a hill there is their border and just from that side rockets flew over our village. It was already at 8:00 a.m. that we just all came out into the street.  The neighbours came out. We heard some kind of noise from far away.  We thought maybe it was airplanes. But it was such a noise, it was slowly approaching. And later we just saw their equipment coming down from that mountain.  Columns were coming down and later they were moving out onto the country road. They were heading towards Kharkiv through our town. It looked like there was no resistance because our Ukrainian troops were not in our village. They entered peacefully. There was one such accident in our town.  One man was driving with a woman to work. The car was shot.  The woman died. The man also died the next day in the hospital.

Wiesława Seneszyn: – We worried about her.  One of the employees, who was a friend of hers because they lived together at our place, so they were in touch for some time. Short but still, and then she didn’t have. We asked, ‘mum, what’s going on?’  A week, nobody knew anything. Another week, nobody knew anything.  Well, after three weeks she said that she was with her family and she was already paving her way back and that she had already told you the whole story.

Julia Sidenko: – Obviously, I already thought that I should return home to Poland because I live here.  I have a job here. I had to come back somehow. I thought if I could do it through Kharkiv.  But there was no option to go through Ukraine. Bridges over Kharkiv were demolished, and everything was destroyed, you know. The army went there, there’s the front line. It wasn’t possible to go and get there. Even if it was, people in Kharkiv, for example, stayed for two days to just get on the train. Later, it was unknown how they went and changed routes. It was very dangerous.   I decided that we had to go through Russia. My mother also decided to go with me.  We left together. We were so scared. We collected a lot of information. I asked my friends and family in Russia to find out what it was like to cross their border. Would the border guards let us go?  When we decided to travel through Russia, I made up such a route that I would cross the Russian border, get the train there and go to Minsk, Belarus. To come to Poland from Minsk.   I made up this route. I crossed the border with my mother.  This is what the crossing of the Russian border looked like – they had their services on the border.  They asked people as if everything exactly, ‘where are you going? Where are you coming from? Why are you going?’ I immediately decided that I would talk, even ask if they would let me in or let me out, that I was going to Poland, that I wanted to transit through. And everything seemed to be going according to our plan. We travelled by train to Belarus and already reached the border with Belarus, there was another border guard there.  There they let us off the train. They took us to the police station again, drove us, and asked us again. They didn't let us through that point because they said the train was going through such a point that it's not an international crossing point.  They kept us all day, they kept asking. When the Russian border guards let us out, the Belarusian border guards said that they could not let us in because we could only enter Belarus as refugees.  And then we would not be able to leave for a year. Our entire trip looked like that from the very moment we left our house.  We only prayed that in Russia we would find good people. To let us in, and let us out.  Well, the Border Guard was well-disposed, they advised us right away, on the first point. They said, ‘you know what, go to Latvia and they will let you in, let you out there, our guard has no right not to let you go.  Latvia will accept you. Go there.’   Already at the Belarusian border, as I said, a whole group of us gathered – me, my mother and two more girls.  We hired a taxi between the cities. We took this taxi to the border with Latvia.  We got about, I don't know, at 1:00 am, although we left in the morning.  Already at night, in the early morning, we crossed the border with Latvia.  There really weren't any problems there, the Russians let us out freely.  Latvia let us in freely. And we were already in the European Union.

Wiesława Seneszyn: – She returned to her apartment, the room we had given her to live in.  She returned to work and felt the need to convey it to all who feel it somehow, everyone feels it in their own way.   It cannot be said that we all experience the same thing because it is not so.  But she felt she wanted to express her thanks in an artistic form.  Thanking the Creator, as she called, for the care she received during this month, as she was at war.  She painted a beautiful vase with a wonderful dove of peace. And that's the message. Today we even named this decoration – Glory to Ukraine, Glory to heroes!

Julia Sidenko: – I created decorations in the colours of the Ukrainian flag, in yellow and blue colours.  All symbols represent the fertility of the Ukrainian land, the Ukrainian black earth. These are sunflowers, and ears of wheat. And the dove.  All Ukrainians really hope that Ukraine will be free and will truly flourish and be rebuilt.