Pamiętacie pana Mariana wybudzonego po półrocznej śpiączce? Potrzebuje pomocy!

Pamiętacie pana Mariana wybudzonego po półrocznej śpiączce? Potrzebuje pomocy!
fot. Stefańczyk Studio O nagłośnienie sprawy poprosiła nasza Czytelniczka.
istotne.pl koronawirus

Jak czytamy na portalu siepomaga.pl:

Walka i dramat, który rozgrywał się przez prawie pół roku zakończył się tylko połowicznie. Wujek Marian walczy o swoje zdrowie! Rehabilitacja jest w tym momencie kluczowa, by wróciły stracone w chorobie siły. Do tej pory udaje mu się samodzielnie przejść kilka kroczków z chodzikiem, co i tak jest ogromnym wysiłkiem. Wujek mieszka na czwartym piętrze, bez windy. Nie może nawet wyjść na zewnątrz i odetchnąć świeżym powietrzem. Jego izolacja wciąż trwa, dopóki, dopóty nie będzie mógł wyjechać na rehabilitację.

Aby to się udało, potrzebne są pieniądze. Szacunkowo rehabilitacja może kosztować nawet 90 tysięcy złotych! Są to ogromne kwoty, których samodzielne zdobycie graniczy z niemożliwym.

Dlatego w imieniu cioci i wujka zwracam się do wszystkich ludzi dobrej woli o wsparcie. Cud, o którym huczały media, to nie tylko wybudzenie się po kilkumiesięcznej śpiączce. To była ogromna wola walki wujka, mądrość i praca medyków oraz modlitwy przyjaciół i bliskich. Wierzę, że z pomocą przywrócimy wujkowi Marianowi zdrowie i siły! Bardzo proszę o wsparcie!

Jak można pomóc panu Marianowi?

Szczegóły na siepomaga.pl.

Przypomnijmy. Cała historia zaczęła się jesienią ubiegłego roku. Pan Marian, 62-letni mieszkaniec Bolesławca, doznał zapalenia płuc. Jego stan pogarszał się. Żona wezwała karetkę i 62-latek trafił do naszego ZOZ-u. Jak się okazało, był zakażony wirusem SARS-CoV-2. Jego płuca były zajęte w 95 proc.

Stan bolesławianina był coraz gorszy. Mężczyzna trafił na intensywną terapię. Płuca były już zajęte w 100 proc. – Praktycznie nie było zdrowej tkanki płucnej – mówił wiosną br. Wojciech Hap, kierownik oddziału chirurgii ogólnej w szpitalu powiatowym w Bolesławcu. Pacjenta podłączono pod respirator, utrzymywany był w śpiączce farmakologicznej.

Pojawiły się powikłania, odma opłucnowa. Kilkakrotnie wykonano drenaż. Ale problem powracał. Pod koniec grudnia stan bolesławianina był krytyczny; w styczniu pana Mariana przewieziono do specjalistycznego szpitala we Wrocławiu.

Potem, już w Bolesławcu, wykonano torakostomię. Dopiero wtedy stan 62-latka zaczął się poprawiać.

Wybudzono go przed Świętami Wielkanocnymi. Powoli dochodzi do siebie, już na oddziale chirurgii ogólnej. Wkrótce trafi na oddział rehabilitacji. – Przeszedł przez piekło – stwierdził W. Hap.

Co pan Marian zrobił po tak długiej przerwie w życiorysie? Zadzwonił do żony i zaprosił ją do szpitala. – Nie widzieli się przez prawie pół roku – mówił szef chirurgii. – To była niesamowita chwila dla nas wszystkich.

To ogromny sukces bolesławieckiego ZOZ-u. Bo wszystko wskazuje na to, że po półrocznej katordze leczenie w końcu zmierza w dobrym kierunku, a co za tym idzie – pan Marian nie będzie osobą przykutą do łóżka, będzie w stanie samodzielnie funkcjonować. Nie wymaga już bowiem tlenoterapii. Oczywiście, teraz przed nim długa rehabilitacja.

– To coś potwornego, nikomu nie życzę – mówiła pani Maria, żona bolesławianina, która przez ten cały czas żyła ze świadomością, że mąż w każdej chwili może odejść. – Zastanawiałam się: jak ja to przeżyłam, jak ja to przetrzymałam?

I dodała:

Chciałabym bardzo podziękować całemu zespołowi szpitala. Mąż mówi, że zespół medyczny w szpitalu w Bolesławcu jest cudowny.

Gdy pana Mariana wybudzono ze śpiączki i powiedziano, że zbliżają się święta, pomyślał, że chodzi o… 11 listopada. Nic nie pamiętał, nie wiedział, co się z nim działo, nie wiedział, gdzie jest. Spędził na intensywnej terapii 144 dni. Był ogromnie wdzięczny personelowi szpitala, który walczył o jego życie z taką determinacją. I zaznaczył:

Jestem z tego pokolenia, które się nie poddaje. Trzeba walczyć do końca.