10-miesięczna dziewczynka zmarła w przychodni. Trwa prokuratorskie śledztwo

10-miesięczna dziewczynka zmarła w przychodni. Trwa prokuratorskie śledztwo
fot. freeimages.com (babykrul) Śledczy sprawdzają, czy osoby, które miały obowiązek opieki, w tym medycznej, nad niemowlęciem, naraziły je na niebezpieczeństwo.
istotne.pl prokuratura, śmierć

Do tragedii doszło 6 marca w jednej z legnickich przychodni. Tamtejsza prokuratura została powiadomiona o zgonie dziecka; na miejsce niezwłocznie udał się prokurator.

Jak wstępnie ustalili śledczy, tego dnia do punktu pobrań krwi przyjechała mama z 10-miesięczną dziewczynką. – Z relacji matki wynika, że gdy wchodziła do przychodni, dziecko zaczęło ciężko oddychać – mówi prokurator Lidia Tkaczyszyn, rzeczniczka prasowa Prokuratury Okręgowej w Legnicy.

Kobieta udała się z niemowlęciem do punktu zabiegowego, w którym dyżur miała ratowniczka medyczna. Ta niezwłocznie podjęła resuscytację krążeniowo-oddechową. Na miejsce wezwano też lekarza pediatrę i karetkę.

Niestety, maleństwa nie udało się uratować.

Dziewczynka miała wadę genetyczną, była leczona w różnych placówkach medycznych na terenie całego kraju. – Zwłoki dziecka zostały zabezpieczone do sekcji, która pozwoli na jednoznaczne ustalenie, jaka była przyczyna zgonu – podkreśla L. Tkaczyszyn.

Matka tragicznie zmarłej dziewczynki nie zgłosiła żadnych zastrzeżeń co do działań personelu przychodni. Niemniej trwa prokuratorskie śledztwo w tej sprawie. Śledczy sprawdzają, czy osoby, które miały obowiązek opieki, w tym medycznej, nad niemowlęciem, naraziły je na niebezpieczeństwo, a tym samym nieumyślnie spowodowały zgon dziewczynki.

Wersja wydarzeń, która pojawiła się na Facebooku (pisownia oryginalna):

Ku przestrodze i dla wylania żalu… Byłam z dzieckiem w laboratorium na Okrzei, żeby pobrać córce krew. Po mnie weszła Pani z niemowlęciem. W trakcie wyciągania dzidzi z fotelika mama (jak i wszyscy w poczekalni), zauważyła że dziecko się dusi. W panice prosiliśmy personel o pomoc – wezwanie pogotowia, udzielenie pierwszej pomocy, wezwanie lekarza. Jako, że okazało się, że nie ma tam lekarzy, a działania Pań pielęgniarek nie pomagały, mężczyzna z poczekalni z matką i pielęgniarką zabrali dziecko obok do przychodni MCZ, gdzie są lekarze, a pogotowie miało przyjechać już tam. I tu dzieje się coś, czego do dziś nie ogarniam w żaden możliwy sposób… Mężczyzna trzymający to niemowlę po wbiegnięciu do przychodni i krzykach „LEKARZA !!!”, „DZIECKO SIĘ DUSI!!” zostanie nakierowany na drzwi lekarskie. Wpada tam, kładzie dziecko na kozetce i prosi „lekarza” (celowo w cudzysłowie) o pomoc, a elegancka Pani (z dyplomem lekarskim jak mniemam) mówi do niego „proszę wziąć dziecko i iść do zabiegowego”. Na co on krzyczy „DZIECKO SIĘ DUSI!!”, a ona ponownie informuje go – „proszę iść do zabiegowego”. Ten jej na to „NIE WIEM GDZIE JEST ZABIEGOWY”, a uprzejma „Pani” (lekarz nie pasuje, zastanawiam się czy człowiek jest odpowiednim określeniem) postanawia go zaprowadzić” … Po czym wychodzi z gabinetu, zamyka gabinet i nieśpiesznym krokiem prowadzi mężczyznę z DUSZĄCYM SIĘ NIEMOWLĘCIEM, Z KTÓREGO UCHODZI ŻYCIE, KTÓRE WALCZY O ZŁAPANIE ODDECHU, SINIEJE … do gabinetu zabiegowego. Dotarli do zabiegowego, mężczyzna położył dziecko na kozetce i się odsunął z nadzieją, że ktoś wreszcie udzieli pomocy. Niestety położył nie na tej… Poproszono go by rozebrał dziecko (ciul, że nie jego, ale co tam) i przełożył na drugą kozetkę. Stał w szoku, a „Pani z dyplomem” oznajmiła „miał Pan rozebrać dziecko!”, po czym po rozebraniu przez pielęgniarkę „Pani” podotykała niemowlę od niechcenia po klatce piersiowej i oznajmiła „ale ona nie ma tętna, nie ma tętna, nie ma tętna”. Nie reanimowała do przyjazdu karetki. Nie udzieliła żadnej pomocy (no chyba, że zaprowadzenie do zabiegowego traktujemy jako pierwszą pomoc)… DZIECKO – 10-cio miesięczna Juleczka NIE ŻYJE [...] Jakby tego było mało matce w szoku, spanikowanej, zrozpaczonej mówi „ale przecież dziecko chorowało, więc wiedziała Pani, że umrze” (dziecko miało chorobę genetyczną)… […].

Co Wy na to?