Autobusy MZK niebezpieczne dla niepełnosprawnych? Prezes odpiera zarzuty

Autobusy MZK niebezpieczne dla niepełnosprawnych? Prezes odpiera zarzuty
fot. UM Bolesławiec O poruszenie sprawy poprosiła nas Czytelniczka.
istotne.pl mzk bolesławiec

Zadzwoniła do nas Czytelniczka, która poinformowała nas, że w poniedziałek 10 lutego miała wypadek w autobusie Miejskiego Zakładu Komunikacji i że chce złożyć skargę. Kobieta opowiedziała nam, że chodzi o kuli, bo ma mieć zabieg na jedno kolano. I gdy w poniedziałek jechała autobusem MZK, kierowca gwałtownie zahamował, a ona poleciała „z całym impetem na kolano”. Na szczęście jednak – nie na to chore. – Kula poleciała razem ze mną, o mało się na nią nie nadziałam – mówiła bolesławianka.

Potem z rozmowie z nami stwierdziła, że bolesławieckie autobusy nie są bezpieczne, zwłaszcza dla osób niepełnosprawnych. A kierowcy pojazdów MZK jeżdżą tak, jak gdyby wozili ziemniaki, a nie ludzi.

Andrzej Jagiera, prezes Miejskiego Zakładu Komunikacji w Bolesławcu, wyjaśnia:

Wszystkie autobusy MZK są w pełni przystosowane do przewozu osób niepełnosprawnych. Posiadają niską podłogę, tzw. przyklęk obniżający wejście do autobusu, rampę ułatwiającą wejście dla osób poruszających się na wózkach inwalidzkich oraz urządzenie głośno zapowiadające przystanki.

W autobusach komunikacji miejskiej nie montuje się pasów bezpieczeństwa dla pasażerów. Jedyne pasy są zamontowane w miejscu przeznaczonym dla osoby niepełnosprawnej poruszającej się na wózku inwalidzkim i służą one do jego zabezpieczenia.

Natomiast dla osób niepełnoprawnych, które nie poruszają na wózkach inwalidzkich, są w naszych autobusach wyznaczone specjalne miejsca siedzące. Są one oznaczone stosownymi piktogramami, mają wytłoczone znaki niepełnosprawności na tapicerce, jak również mają zamontowane poręcze zabezpieczające. Osoby niepełnosprawne powinny zajmować te miejsca.

Natomiast pasażerka, która upadła w naszym autobusie podczas hamowania, zajęła miejsce nieprzeznaczone dla osób niepełnosprawnych, pomimo iż wsiadała na pierwszym przystanku, gdy autobus podjechał pusty. Prawdopodobnie, gdyby ta pasażerka zajęła przeznaczone dla niej miejsce, nie doszłoby do upadku.

I podkreśla:

Odnosząc się do zarzutu tej pasażerki, że autobus gwałtownie zahamował, oświadczam, iż było to zwykłe hamowanie eksploatacyjne wymuszone zmianą świateł na al. Tysiąclecia. Nie widzę tu również żadnej winy naszego kierowcy i oświadczam, że każdy zatrudniony przez nas kierowca przechodzi stosowne, wymagane przepisami badania okresowe i psychotechniczne. Nasi kierowcy w pełni respektują obowiązujące przepisy ruchu drogowego i są przygotowani do bezpiecznego prowadzenia autobusów.

Oraz dodaje:

Prędkość naszego autobusu wynosiła ok. 30–40 km/h, zatrzymanie przy tej prędkości nie wymaga gwałtownego hamowania. A przy tym hamowaniu, jakie miało miejsce w opisanym zdarzeniu, nikt więcej nie upadł i nie ucierpiał.

Co Wy na to? Jak Wam się jeździ komunikacją miejską? Zapraszamy do dyskusji.