Grażyna Hanaf: – Profilerka to kryminał o zabiciu całej rodziny. W pierwszych scenach pojawia się martwe dziecko. To bardzo odważne i niespotykane w filmach, by pokazywać zabite dziecko.
Monika Jordan-Młodzianowska: – Bywa, że kryminały sięgają po śmierć dzieci, ale nadal pokazywanie tego wprost jest tabuizowane. Moim założeniem było postawienie na wiarygodność tej historii. Bo może się zdarzyć, że nawet w cichej, spokojnej, turystycznej miejscowości ktoś morduje czteroosobową rodzinę. I może się zdarzyć, że ofiarą pada również dziecko. Dla mnie największym wyzwaniem było sięgnięcie po autentyczność tej historii i zorganizowanie przedstawionego świata tak, żeby widz się zaangażował i w niego uwierzył. Dlatego zdecydowaliśmy, że nie będziemy widza oszczędzać i pokażemy mu grozę tej opowieści. Damy mu dotknąć tej tragedii, ale też i od tej tragedii odetchnąć. Zdecydowałam się wybrać takiego chłopca, który jest bezbronny w swojej delikatności. Ten dzieciaczek świetnie zagrał, dzielnie wytrzymał to wszystko, co się tam działo i miał jakąś świadomość tego, że grał chłopca zamordowanego i był bardzo skupiony na swojej roli.
– Jaki świat stworzyłaś w tej historii? Jakie uniwersum tam jest? Bo przede wszystkim są piękne zdjęcia. Dlaczego ten region Polski został wybrany?
– Gdy przeczytałam w scenariuszu, że historia dzieje się blisko litewskiej granicy, na Suwalszczyźnie, to w pierwszej chwili utożsamiałam ją z Podlasiem, za co bardzo przepraszam, albo z Mazurami, za co również przepraszam. Cieszę się więc, że miałam możliwość przybliżenia widzom tych rejonów i pokazania subtelnych różnic. Jestem, jak wiesz, wielką fanką Dolnego Śląska, szczególnie naszych rejonów i osobiście uważam, że nie ma piękniejszego miejsca na ziemi niż Dolny Śląsk jesienią, ale przyznaję: Suwalszczyzna jest równie piękna. Jak ktoś ma ochotę porównać sobie oba regiony, to szczerze zachęcam.
– Moniko, jesteś z Bolesławca, od profesor Czarneckiej?
– Jestem. Powiem ci ciekawostkę. Jak spotykam się z ludźmi w różnych środowisk, miejsc, nawet w odległych krajach, zaczynam z kimś rozmawiać i łapię wspólne flow, to co się najczęściej okazuje? Że to jest ktoś z Bolesławca albo z okolic Bolesławca, najdalej z Dolnego Śląska. Wydaje mi się, że to wynika z tego, że jesteśmy podobnie ukształtowani przez ludzi, którzy tworzyli powojenną historię tego regionu. Nasi dziadkowie i rodzice przyjechali na te poniemieckie ziemie, często utraciwszy wszystko i zaczynając życie od początku. Ten tygiel ludzkich doświadczeń i łączących się z nim różnic, to nasz ogromny potencjał. Swobodna wymiana myśli, czy wrodzona skłonność do kontestacji rzeczywistości to intelektualny luksus, z którego na co dzień chyba nie do końca zdajemy sobie sprawę.
– A wracając do pani profesor Jolanty Ajlikow-Czarneckiej...
– Miałam wielkie szczęście, że trafiłam na niesamowitą osobowość, jaką właśnie była profesor Jolanta Czarnecka. Nie mogę przeboleć, kiedy mówię o niej w czasie przeszłym, bo dla mnie jest ciągle żywa, bliska i obecna. Odegrała niezwykle ważną rolę w moim życiu. Była pierwszą osobą, a do tego uznanym autorytetem, która w pełni rozumiała i akceptowała mój temperament. To było dla mnie doświadczenie graniczne, bo cechy, za które zwykle byłam krytykowana, ona uważała za coś cennego, a przynajmniej, że takimi mogą się stać, jeśli będę nad sobą odpowiednio pracować. Pani profesor, była moją prawdziwą profesor, była moją mistrzynią. Pamiętam, że miałyśmy taki rytuał "łazienne rozmowy". Polegało to na tym, że w przerwach między zajęciami, zamykałyśmy się w toalecie i w krótkich, dosadnych słowach starała mi się przekazać ważne, niekiedy trudne treści. Gdzieś podświadomie obie wiedziałyśmy, że nasz czas jest ograniczony i dziś powiedziałabym, że starała się zapełnić mój twardy dysk. Pamiętam też, że bałam się powiedzieć jej, że chcę robić filmy, a nie malować obrazy. Niepotrzebnie. Odpowiedziała – "fantastycznie!" Zawsze dawała mi przestrzeń, bym mogła istnieć ze swoim pomysłami na siebie.
– Czy to twoje umiejętności malarskie miały wpływ na zdjęcia w „Profilerce”? Są bardzo malarskie.
– Razem z operatorem Tomaszem Wójcikiem, zdecydowaliśmy się opowiadanie "mastershootami", czyli sekwencjami długich, nieprzerwanych ujęć. To narracja typowo filmowa, trudna realizacyjnie, bo wymaga profesjonalnych umiejętności od wszystkich pionów. Ale jeśli się powiedzie, daje spektakularne efekty.
– Również od zwierząt, bo wiem, że w serialu byli oni bohaterami spoza planu.
– Tak, na szczęście moi współpracownicy podzielają mój entuzjazm wobec zwierząt. Niedługo przed zdjęciami adoptowałam suczkę Manię, w ogólnym rozumieniu maltańczyka. Wiedziałam, że czekają mnie zdjęcia, ale nie było wyjścia. Powiedziałam: jakoś musimy dać radę. No i Mańka rzeczywiście dała radę, bo choć ogólnie była nieufna i po prostu kiepsko się adaptowała, to na planie momentalnie się odnalazła. Była trochę jak taki cygański pies przy ekipie. Oczywiście zawsze w szelkach, w których miała GPS, by ją w razie czego namierzyć. Ale poza tym miała dużą swobodę decyzji i okazało się, że zdecydowała się swobodnie za mną podążać, łatwo też zorganizowała się na kocyku pod monitorami.
– Mieliście też podrzucone kotki.
– Tak. Miejscowi ludzie zorientowali się, że filmowcy mają dużą słabość do zwierząt, no i podrzucono nam trzy kotki, które rzekomo zostawiła matka. Były w kiepskim stanie, więc ekipa składała się na ich ratowanie. I jak tylko te kotki stanęły na łapki, to podrzucono kolejne trzy. Jeszcze mniejsze prawie ślepe. I ledwo wyrwaliśmy je śmierci. Ale ostatecznie całą szóstkę udało się odchować i wszystkie poszły do adopcji.
– Dobro wraca?
– Chyba tak. Bardzo się cieszymy, że serial ma ponad milion oglądających, a nasza praca jest równie dobrze oceniana przez krytyków.
Profilerkę można oglądać za darmo w TVP1 oraz w serwisie VOD pod adresem: vod.tvp.pl/seriale,18/profilerka-odcinki,1542691