Z pamiętnika Stefanii Tajcher

Z pamiętnika Stefanii Tajcher
fot. Głos Bolesławca Wpis archiwalny – Głos Bolesławca.
istotne.pl bolesławiec

Pierwszą noc na wolności przenocowałam w stajni razem z końmi. Niemcy sudeccy mają zwyczaj, że na nocleg nigdy nie zabierają ludzi do mieszkania tylko zostawiają w stajni z bydłem. Cieszył się człowiek jednak z tego. Gospodyni ugotowała garnek ziemniaków, dała trochę soli i czarną, osłodzoną kawę. Na śniadanie znowu ziemniaki, chleb i czarna osłodzona kawa. Dziękowało się za to wszystko Panu Bogu. Gorzej było tym więźniom, którzy mieli tylko pasiaki, a żadnej więcej odzieży. Pospolite ruszenie dostało rozkaz, żeby wszystkich wracających w pasiakach rozstrzeliwać. Nie chcieli Niemcy żeby świat się dowiedział co oni robili. Nie miałam zupełnie nic cywilnego, suknię pasiastą rzuciłam po drodze. Ubrałam się w letnią, więzienną, niebieską sukienkę, sweter na lewą stronę, worek na plecy jako plecak, żeby zasłonić na plecach krzyż i napis "Haftling" (znaczy więzień), malowany olejną farbą, bo usunąć tego nie można było. Tak się szczęśliwie maszerowało na wschód i mimo wycieńczenia uszło się dziennie 12 – 15 km.
7 maja 1945 r. szczęśliwie przeszłam granicę do Protektoratu Czech. Przejście granicy kosztowało dużo nerwów, gdy wokół widziało się pełno wojska niemieckiego w pełnym uzbrojeniu. Byli to żołnierze, którzy nie chcieli już walczyć, a ukrywali się.
8 maja byłam już w Protektoracie Czech, i razem z Czechami przeżywałam Święto Wolności, zalewając się łzami i myśląc o swojej ziemi. Szłam już na wschód po ziemi czeskiej. Czesi bardzo dużo serdeczności okazywali powracającym z obozu koncentracyjnego węźniom, wspomagali nas czym tylko mogli.
Po kapitulacji Niemiec niebezpiecznie było maszerować gdyż SS-mani kryli się w lasach.
W Pilźnie czeskim zorganizowany był Komitet i obóz dla powracających z Niemiec. Udałam się więc do Pilzna, czekając na transport na wschód. Było to wojsko amerykańskie.
Na początku czerwca 1945 r. zorganizował się pierwszy transport i tym transportem wróciłam 16 czerwca. Wróciłam do czterech pustych ścian głodna, chłodna, bosa i naga. Zastałam najmłodszą siostrą żyjącą, średnia została zamordowana na Majdanku, przed wkroczeniem wojska polskiego i rosyjskiego, a o bracie z rodziną do dnia dzisiejszego nic nie wiemy. Zostałyśmy tylko dwie z całej rodziny.
Po krótkim odpoczynku udałam się na zachód do Ziemi Odzyskanych. W wrześniu 1945 r. przybyłam do Bolesławca. W miejscowości tej nie było ani władz szkolnych, ani szkół. Tymczasowo zaczęłam pracować w starostwie, myśląc jednak o zorganizowaniu szkoły. W tym celu udałam się do Inspektoratu Szkolnego w Legnicy celem zasięgnięcia informacji. Ob. Inspektor Szkolny w Legnicy polecił szkołę zorganizować. Pomocny w tej akcji był Ob. Starosta i Ob. Burmistrz. Dano ogłoszenie do publiczności, zapisy zostały przeprowadzone. Ogółem zgłosiło się 58 dzieci. Gmach szkoły zawodowej poniemieckiej przeznaczony był na szkołę. W dniu 1 października 1945 roku odbyło się uroczyste nabożeństwo i otwarcie pierwszej polskiej szkoły. Na otwarciu obecni byli: Zastępca Starosty Ob. Wiśniewski, Ob. Burmistrz, Ob. Inspektor Szkolny. I tak dzień 1 października 1945 roku będzie zapisany w Bolesławcu złotymi literami, gdyż więcej jak po 600 latach na Ziemiach Piastowskich powstała szkoła w polskim grodzie Bolesławcu. W pierwszych dniach uczyłam sama, po kilku dniach zgłosiła się druga nauczycielka Eugenia Trzaskowska.
Bolesławiec, 8 X 1945 r. Tajcherówna Stefania  (Od redakcji: zachowaliśmy oryginalną pisownię)