Andrzej Skowroński. Przygoda z ceramiką

Andrzej Skowroński. Przygoda z ceramiką
fot. Głos Bolesławca Wpis archiwalny – Głos Bolesławca.
istotne.pl bolesławiec

Dziś mieszka w Białymstoku, na drugim krańcu Polski. Ale przecież nie zapomniał "swojego" Bolesławca, z pasją mówi o ludziach, których spotkał, o zdarzeniach – symbolach. Z prawdziwym sentymentem – o ceramice, kruchej i kapryśnej "sztuce ognia", którą poznawał latami i której oddał serce, talent, wiedzę. Szuka śladów przeszłości i ma żal do pokolenia następców, że bezpowrotnie zniszczyli dorobek pionierskich lat. -To nieuczciwe – powtarza wielokrotnie w rozmowie. -To smutne i nieodwracalne, a szkoda. Oddajmy głos Andrzejowi Skowrońskiemu, który do grodu nad Bobrem przyjechał w lipcu 1952 roku i pozostał tu wiele dziesiątków lat. Nie komentujmy tej relacji, niech będzie autentyczna w każdym szczególe. – Ukończyłem Liceum Ceramiczne w Opocznie i z nakazu pracy trafiłem do Bolesławca. Prosto do fabryki Centrali Przemysłu Ludowego i Artystycznego "Cepelia", która była zakładem państwowym i dopiero później przekształciła się w Spółdzielnię "Ceramika Artystyczna". Już w r. 1953 zostałem tutaj kierownikiem technicznym i tak zostało przez 20 lat. Współpracowałem ze zdolnymi artystami Izabelą Zdrzałka i Amandą Różańską, tworzyły się tu prawdziwe dzieła sztuki ceramicznej, unikatowe, pięknie zdobione, podziwiane i rozchwytywane na rynku. Konflikt z prezesem Urbankiem kazał mi szukać pracy gdzie indziej, na fachowców zresztą czekano w tym czasie wszędzie. Trafiłem do kopalni glin Wrocławskiej Spółdzielni Materiałów Budowlanych w Nowogrodźcu, a był to rok 1956. Brakowało mi jednak kontaktu z kolorową "sztuką ognia", znów wracam więc do Bolesławca, gdzie uruchamia się właśnie wielki zakład wyrobów kamionkowych (późniejsze ZWK i S). Jadę do Ziębic szkolić palaczy, wracam jako mistrz działu pieców i kierownik piecowni. To mówi niewiele, a przecież to prawdziwe serce fabryki: od opanowania żywiołu ognia zależy wszystko, tu trzeba pracować z aptekarską dokładnością, potrzeba wiedzy i doświadczenia.
Prezes CPLiA Lucjan Opaczyński zatrudnia mnie u siebie dodatkowo na pół etatu (to już rok 1970). W r. 1975 zajmuję etat technologa, kierownikiem artystycznym jest wówczas art. plastyk Bronisław Wolanin. Początkowa dobra współpraca rwie się. Za zgodą prezesa szukałem u ludzi dawnych eksponatów rodem z Bolesławca, sporo się tego nazbierało, powstała bogata wzorcownia historyczno- handlowa. Uchodziłem za fachowca w zakresie komponowania szkliw ceramicznych, bez których nie ma barwy w ceramicznych wyrobach. Nie byłoby sukcesów na wystawach w Częstochowie czy Warszawie bez mego udziału. Nie byłoby wielkiego triumfu na ekspozycji w Łazienkach. Tyle, że sukcesy zawłaszczali inni, o mnie nie pamiętano. A przecież nawet największy geniusz w tej dziedzinie sztuki samotnie nie osiągnie pełnego sukcesu. Historia bolesławieckiej ceramiki nie zaczęła się w latach 70-tych, na nią składał się dorobek wielu artystów i twórców dziś już często anonimowych. Ze smutkiem i zdziwieniem patrzę na brak w fabrycznej współczesnej wzorcowni odniesienia do przeszłości, na brak sprawiedliwej oceny zasług i dorobku. Powstały "białe plamy", zniszczono wiele unikatowych egzemplarzy prac i dzieł ceramicznych. Mam o to swój prywatny wielki żal, chyba w pełni uzasadniony. Z tej psychicznej depresji wyleczył mnie dawny kolega z pracy, a dziś twórca i właściciel fantastycznej w rozmachu firmy "Dana"-Janusz Jakubowski. To dopiero jest rozmach, przyszłość, perspektywa, dynamika!
Sam karierę zawodową mam już za sobą, bezinteresownie przekazałem więc około 400 autorskich receptur szkliw ceramicznych wraz z obszerną dokumentacją i próbkami. Umiem robić prawie wszystko: szkliwa lśniące i półmaty, imitacje spękanych powierzchni, patyny, co na pniu chcą kupować zwłaszcza Niemcy. Byłem u swego przyjaciela na urlopie – plenerze, znów przeżyłem młodość i dawny zapał tworzenia. Jeszcze mogę coś z siebie dać, pozostawić trwały ślad, chociaż boli zagłada dorobku przeszłości. Przebolałem zagładę dorobku ceramików niemieckich, ale kładę to na karb wojny, głupoty, mściwości. Ale próżno szukam śladu po dziełach Wandy Matus. Kto jeszcze pamięta, że to ja odtwarzałem pierwsze stemple, wskrzeszając tę technikę zdobniczą po Niemcach? Pierwsze "stemple" po prostu wykrawałem z obcasów butów, a dziś to już codzienność... Ale prawdziwą artystką "od stempli" była później Anna Urbańska-Pasierbiewicz,, odciskała je po mistrzowsku, w sposób niepowtarzalny. Nie mogę zapomnieć subtelnego zdobnictwa fantazyjno – kwiatowego Wandy Matus, która wyczarowywała na powierzchni wazonów prawdziwe arcydzieła malarskie. Dziś nie mogę tego odszukać, a to było prawdziwe i wielkie piękno, choć tak bardzo kruche i ulotne... Wiem, że formy do kamionkowych cacek wytłukło wojsko, tylko dlaczego i na czyje polecenie? Komu to przeszkadzało, kto chciał pozbyć się "konkurencji"? Smutne to i bolesne szczególnie dla mnie, bo zawsze czułem się z pracą zawodową i procesem tworzenia ceramicznego piękna związany emocjonalnie. W berlińskim "Pergamonie" są pieczołowicie przechowywane m. in. ceramiczne wyroby sprzed paru tysięcy lat, w Bolesławcu trudno znaleźć ślady przeszłości nawet sprzed 30... Gdzie są ceramiczne cudeńka ludowego twórcy Romanowskiego, które -wypalone w "Cepelii" – zachwycały koneserów sztuki – także z zagranicy?
Przepraszam za te bardzo osobiste refleksje. Mnie już nie jest potrzebna sława i splendory. Miałem w życiu wystarczająco dużo satysfakcji. Ale przeraził mnie powrót do wspomnień, po których nie ma w mieście mojej młodości śladów materialnych. Ktoś je świadomie i z premedytacją zniszczył, zubożył historię bolesławieckiej ceramiki o wiele faktów, które dziś trudno odtworzyć. I o to mam żal. Jeśli każdy następca będzie z uporem likwidował ślady dorobku swoich poprzedników-pozostaniemy środowiskiem bez historii, narodem bez korzeni i tożsamości. A bez tego po prostu nie da się żyć i istnieć.