Z dziejów miasta. Bolesławiecka bitwa o handel (1)

Z dziejów miasta. Bolesławiecka bitwa o handel (1)
fot. Głos Bolesławca Wpis archiwalny – Głos Bolesławca.
istotne.pl bolesławiec

Sklepy dla każdego miasta to kura znosząca złote jaja. Dzierżawione na ten cel lokale komunalne stanowią ważną pozycje w dochodach, a więc budżecie. Czy można sprzedać sklepy ich najemcom, którzy mają coraz więcej zarobionych na klientach pieniędzy? Można: wpłyną do budżetu spore środki finansowe, wystarczy tego na "dostatnie życie" grodu nad Bobrem na rok czy dwa lata. Co dalej? Ano – jakoś to będzie, jak mawiała szlachta w mickiewiczowskim "Panu Tadeuszu".
Radni są odpowiedzialni za los miasta, ale nie tylko zbijanie kabzy przez tzw. klasę średnią (czytaj: kupców, pośredników w handlu, kombinatorów różnej maści). Nic więc dziwnego, że głosami klubów SLD, podzielonej w tej sprawie Unii Wolności, podzielonych radnych niezależnych i Wspólnoty Rodzin Katolickich, odrzucili wniosek o totalna prywatyzację sklepów firmowanych przez... Unię Wolności. Zwyciężyła więc opcja zdrowego rozsądku, a nie koleżeński partykularyzm. Ale też stało się to zarzewiem swoistej lokalnej "wojny domowej". Pod różnymi zresztą sztandarami. Pierwszą jej ofiarą stał się Przewodniczący Rady Miejskiej p. Władysław Landberg, człowiek "consensusu", który potrafił przez ponad dwa lata harmonijnie i bezkonfliktowo kierować zespołem 32 rajców i losami miasta. Radni głosujący przeciw utopijnej koncepcji zostali nazwani po imieniu i napiętnowani w tygodniku roszczącym pretensje do "rządu dusz", którego nazwy nie wymieniam, bo i po co mu kryptoreklama?
Jestem przeciwny totalnej prywatyzacji sklepów, w czym utwierdzał mnie zresztą jako członka Zarządu Miasta Prezydent Józef Król. Żeby jednak nie być posądzony o subiektywizm ocen, posłużę się – in extenso – argumentacją niezależnego w poglądach dziennikarza "Gazety Jeleniogórskiej" (dawna "Gazeta Robotnicza") red. Józefa Wiklika (artykuł z 25.06.1996 r.):
"Na zdjęciu bolesławiecki rynek. To o sklepy na parterach tych kamieniczek toczy się bój najbardziej zażarty. I trudno się dziwić, bo to jest ogromny majątek, który można inaczej liczyć z pozycji handlowca, inaczej zaś z pozycji przeciętnego mieszkańca. Jestem za prywatyzacją w możliwie najszerszym zakresie, przede wszystkim – handlu. Jestem też za stabilnymi dochodami budżetu miasta. I dlatego, podobnie jak Zarząd Bolesławca, sądzę, że nie powinniśmy właśnie teraz sprzedawać lokali użytkowych, bo nie jest to najlepsze rozwiązanie – powiedział nam prezydent Bolesławca Józef Król.
Rada miejska, która zbiera się dziś na swojej kolejnej sesji, będzie musiała tę sprawę rozstrzygnąć, bowiem 5 radnych Unii wolności wniosło projekt uchwały dotyczący sprzedaży komunalnych lokali użytkowych.
Sprawa sprzedaży sklepów w budynkach komunalnych (bo o nie głównie chodzi) była lub jest osią kontrowersji w różnych miastach i każdy samorząd usiłował rozwiązywać je odmiennie. Najdalej chyba poszedł w tym Zgorzelec, które wszystkie znaczące sklepy sprzedał ich najemcom według wycen biegłych, co spowoduje w najbliższym czasie kolejne problemy lokalnego budżetu. Wyceny biegłych są z reguły niższe niż ceny z przetargów, w dodatku niewielu kupców decyduje się na jednorazową wpłatę należności (co przynajmniej stanowiłoby zdecydowany zastrzyk gotówki), tylko rozkłada płatność na wiele rat. Na skutek tego natychmiast zmniejszają się dochody z czynszów, nie przybywa wielkich pieniędzy na inwestycje. Kupcy, którzy w każdym mieście budują silne lobby interesów, są z tego modelu zadowoleni, bo rozwiązuje ich zawodowe problemy, a co mówią inni? – Przeciętni ludzie, tzw. milcząca większość, nie mają swojej reprezentacji w samorządzie, więc nic nie mówią, bo i gdzie? powiedziano nam w Bolesławcu.
Nic chcę hamować prywatyzacji – przekonuje prezydent Józef Król. Uważam jednak, że można jednak ją dynamizować, nawet w lokalach pozostających tymczasem własnością komunalną. Komunalna własność lokali nie wadzi prywatnej inicjatywie. To nieprawda, że kupcy wstrzymują się z modernizacją i remontami, bo "nie czują się na swoim". W umowach mają pełne gwarancje użytkowania sklepów. Mało tego – jest tam także zapis, że mogą do umów wpisać pełnoletnie dzieci. Oznacza to, że są prawne podstawy do tworzenia stabilnych, wielopokoleniowych interesów rodzinnych już obecnie. Nagła, powszechna sprzedaż może naruszyć natomiast bieżący i perspektywiczny interes miasta. Pieniądze z czynszów za lokale użytkowe to około 18 miliardów zł (starych) w budżecie rocznym. U nas stawki z przetargów są dwu- a nawet 5-krotnie wyższe, niż wyceny biegłych, a wedle takich wycen mielibyśmy sprzedawać sklepy. I to jest pierwsza, dostrzegalna miara strat. Druga – to problem utrzymania budynku, w którym mieszczą się placówki handlowe. Gdyby wszystkie lokale mieszkalne nad sklepem były już sprzedane ich lokatorom, wówczas sprzedaż także sklepu ma głęboki sens, bo tworzy się wspólnota gospodarzy, która rozwiązuje sama sprawy utrzymania, remontów itp. Ale w Bolesławcu takich sytuacji nie ma i może się – na przykład – zdarzyć konieczność wymiany stropu nad prywatnym sklepem czy podłogi w mieszkaniu pozostającym własnością komunalną. Kto wtedy poniesie finansowe konsekwencje wynikłe z wyłączenia sklepu z eksploatacji? Budżet miasta. Jak wielkie one będą – trudno dziś szacować. A takich sytuacji może być wiele.
(...) Nikt nie przeczy, że prywatna forma własności okazuje się tymczasem sprawniejsza, nikt jednak nie ma też recepty na systematyczne napełnianie gminnej kasy dochodami własnymi inaczej, niż czynszów. Każdy ma też własne doświadczenie. Ze swojej strony podpowiadamy możliwość skutków zgorzeleckiej decyzji o sprzedaży, bowiem są one symptomatyczne, sklepy sprzedano, pieniędzy na remont obiektów komunalnych nie ma, więc zdecydowano się... wymienić dyrektora MZGM, bo przecież ktoś winny musiał się znaleźć. A prawda jest taka, że pieniądze ze sprzedaży lokali, nawet jeśli po trosze wpływały do budżetu, to były wykorzystywane na inne cele niż remonty mieszkań. Wpływów przecież nie przejmował MZGM, tylko samorząd, który ma własną hierarchię spraw. (...)
Bolesławieccy radni wybrali rozwiązanie zdroworozsądkowe. To jednak nie koniec problemu.