Złota kaczka i Bolesławowy sen

Złota kaczka i Bolesławowy sen
fot. Głos Bolesławca Wpis archiwalny – Głos Bolesławca.
istotne.pl bolesławiec

Przez nadborzańskie mokradła wiosną nie było przejścia: bagna stawały się ostoją dzikiego zwierza, dorodny starodrzew porastał mchem i dopiero majowe słońce suszyło oczerety, a jelenie i sarny w mig wydeptywały ścieżki do wodopoju. Przemykały nimi wilki, watahy dzików buszowały na wzgórzach porosłych starymi dębami, pod którymi w czerwcowe krótkie noce młódź szukała kwiatu paproci. W górze rzeki zalegały gęsto żeremia bobrowe, a łowy na te płochliwe zwierzęta stawały się rycerskim obyczajem dla doskonałego sadła, co to leczyło nawet zastarzałe rany. W gęstych borach coś zawsze kotłowało się, skrzeczało, szumiało, wyło, niewielu śmiałków samotrzeć zapuszczało się w ich głębie.
Sarnimi ścieżkami skradali się często zza rzeki rycerze zakuci w żelazo, z żelaznymi hełmami zdobionymi dużymi rogami na głowach. Wtedy szły z dymem nadrzeczne osady, ogień zakradał się w głąb puszczy, pło szył zwierzynę i w oka mgnieniu wy palał wielkie polany.
"Niemce, psie krwie, znów Niemce..." pomstowali drużynnicy książęcy, którzy szli tu z rozkazu pana na rekonesans. Próżno szukali śladów życia: strach pędził w głąb borów nielicznych kmieci, którzy ocaleli z pożogi, zaszywali się w bezpiecznej toni drzew i zieleni z lichym dobytkiem: workiem jagieł, kilkoma owcami, czasami z żylastą krową, co to bardziej przypominała leśnego zwierza sprytem i zwinnością. Po latach znów dym wąską smugą unosił się z biednych chat ludzi lasu, którzy byli rolnikami, pasterzami i myśliwymi zarazem. Kogo przy garnęła puszcza, ten z głodu nie umarł: nawet pod śniegiem czerwieniały żurawiny, laskowe orzechy czasem trzymały się gałęzi jeszcze w lutym, a kiedy puszcza stroiła się w czas wiosennych godów - jadła było do syta. Królestwo zwierzyny stawało się żywą spiżarnią, a i ryb, miodu, grzybów nigdy nie brakło...
Tym razem księcia Bolesława przywiodła nad Bóbr nie wyprawa wojenna, a zwykła ciekawość: jak daleko sięgają bory w lechickiej krainie i gdzie kończy się lud mówiący swojską mową i uznający zwierzchnictwo nad sobą jego, dziedzica Mieszkowego, władcy plemion, które nawet trudno zliczyć nad rzekami i rozległych borach. Drużyna szła przodem, z tyłu dawała baczenie zaufana straż, ale książę parł ciągle do przodu, spinał rumaka, przedzierał się przez największy gąszcz pierwszy. Junacka zapalczywość towarzyszyła młodości, ale i wek dojrzały nie hamował odwagi. A zawsze mógł ktoś zaskoczyć z zasadzki: a to zwykły człowiek z łukiem czy kuszą, a to nawet rozjuszony niedźwiedź, który czuł się jedynym panem puszczy od wieków.
Pod wieczór stanęli w rozległym zakolu rzeki, rozsiedli gromadą między dębami, rozpalili ogniska. Książę Bolesław legł na niedźwiedzich skórach wyszarpniętych z wielkiego tobołu. Wojsław, wierny druh wę-drówek, dorzucił suchego drzewa do ognia. Złocistość lała się z promieniami słońca, z żółciejącymi liśćmi, z refleksami na wodzie Bobru. Trzeba było mrużyć oczy od blasku.
"Czary jakieś, czy co..." mruczał Bolesław, pilnie wpatrując się w rzekę.