Z pamiętnika dziecka wojny(1). Tryptyk o niewoli i umieraniu

Z pamiętnika dziecka wojny(1). Tryptyk o niewoli i umieraniu
fot. Głos Bolesławca Wpis archiwalny – Głos Bolesławca.
istotne.pl bolesławiec

"Ludzie ludziom zgotowali ten los"
(Zofia Nałkowska)
To tylko oderwane strzępy wspomnień z dzieciństwa. Bez literackiej fikcji i upiększeń. Dokument czasu minionego. Czasu nienawiści i pogardy dla człowieka. Krzyk rozpaczy, ostrzeżenie i przestroga Ale nie rachunek krzywd do wyrównania: ich wynagrodzić się nie da.. Można tylko przebaczyć u schyłku dożywanych dni. Czy zapomnieć?
Urodziłem się w sercu dziewiczej kniei, w głębi Puszczy Białowieskiej. Dla mnie nie ma piękniejszego miejsca na ziemi: to moja mała i duża Ojczyzna, najwspanialsza w krasie lata porywająca kolorytem jesieni, cudowna w rozkwicie wiosny, kiedy urzeka kobiercami błękitnych przylaszczek w szarości opadłego z drzew igliwia, zeschłych liści i zieleni mchów, kusząca wonią wawrzynka – wilczego łyka, a potem wybuchająca prawdziwą orgią barw w dostojnym sąsiedztwie wiekowych dębów i omszałych sosen czy świerków. Tyle kipiącego i przelewającego się bujnymi falami życia próżno szukać gdzie indziej, może z nim rywalizować chyba jedynie hojna przyroda tropiku. Ten prawdziwy cud natury był moją własnością przez kilka pięknych lat dzieciństwa
Pamiętam, ojciec przynosił po pierwszych przymrozkach przemarznięte dzikie jabłka, żurawiny, orzechy laskowe. Znał i kochał ten stary, wiekowy bór, który nas karmił bez przerwy grzybami i jagodami. Wystarczyło zanurzyć się z naszym psem Dunajem w najbliższe zagajniki, by prawdziwki i kozaki zbierać i składać w wysokie sterty na podściółce, bo nie mieściły się w koszu. Potem przynosił je do domu niezawodny ojciec tropiący nasze leśne ślady. Drewniany barak zawsze pachniał borem, przed nim kwitły malwy i siadające na nich motyle, szumiały roje dzikich pszczół, a świergot ptaków nie ustawał nawet zimą. Śnieg zasypywał nierzadko dom aż po dach, trudno było otworzyć drzwi na zewnątrz, w miałkim puchu kopałem z bratem korytarze-tunele, a drzewa przypominały krainę z japońskich bajek.
Wojna wdarła się w nasz rodzinny życiorys bardzo brutalnie. Najpierw przeraziły nas nisko lecące nad paszczą samoloty, które widziałem po raz pierwszy. Ponury warkot silników był nieprawdopodobnym dysonansem w dziewiczej pieśni odwiecznego bom. Potem niespodziewanie wtargnęła na rozgrzaną słońcem polankę leśną grupka żołnierzy. Pili wodę ze studni. Jeden miał przestrzelone gardło i woda wraz z krwią ściekała na mundur. Straszliwy szok dla małego dziecka Więc to jest wojna? Rodzice chronili nas przed jej okrucieństwem jeszcze przez dwa lata Dłużej nie mogli.
Kryli gdzieś radio kryształkowe, będące jedynym łącznikiem ze światem. Potem zakopali je w lesie – tuż przed swoim aresztowaniem. Nigdy się nie odnalazło po wojnie, która zdziesiątkowała i zniszczyła rodzinę, była pasmem cierpienia głodu, bólu i upokorzenia Dlaczego, za co? Agonia na raty trwała latami, bo wyrok zapadł w obłędnych umysłach niemieckich ideologów nazizmu: zniszczyć biologicznie Polaków, poszerzyć przstrzeń życiową dla narodu wybranego i wyższej rasy germiańskiej. O tym jeszcze nie wiedzieliśmy. Życie zachowało pozory spokoju, echami eksterminacji i prześladowań rodzice nie dzielili się z nami. Łzy w oczach matki, smutek na twarzy ojca – to były fakty coraz częstsze i bardzo bolesne dla kilkuletnich dzieci. Dlaczego? Odpowiedź przyniosły następne tragiczne dni.
Nie wiem – czy to wyobraźnia czy też fakt realny, ale na pogodnym rozgwieżdżonym niebie pojawił się przy księżycu gorejący krzyż. Jechaliśmy wówczas w szpalerze puszczańskich drzew wąskotorową kolejką leśną, taką drewnianą platformą zamocowaną na osiach dwóch par parowozowych kół, popychaną na stojąco długimi kijami (rodzaj drezyny bez napędu mechanicznego). Zdumieni rodzice pokazywali palcami zaskakujące zjawisko, które wszystkich poraziło.
-To zwiastun nieszczęścia – szeptał ojciec, żegnając się zamaszyście, bo był człowiekiem głęboko wierzącym. Pobladła twarz matki, ale nie okazywała na zewnątrz strachu.
-Nie strasz dzieci – łagodziła wypowiedź. – Dziwne, ale mamy przecież czas wojny, może to jakieś reflektory przeciwlotnicze...
Ten epizod wkrótce zapomnieliśmy. Był już rok 1942, kiedy niespodziewanie z Hajnówki leśną kolejką przyjechało gestapo i żandarmi. Obca mowa krzyki, rewizja, popychanie struchlałych rodziców i ich aresztowanie. Wcześniej siłą wyrwano nas z ich ramion, brutalnie rozdzielono, nie szczędząc uderzeń. Niemcy bili nas po głowie i plecach, bez pardonu, bez litości i współczucia dla dwójki małych zapłakanych chłopców (brat był młodszy ode mnie o jeden rok). Krzyczeliśmy, łkaliśmy spazmatycznie, czepiali ramion i ubrań, nie do końca uświadamiając tragizm sytuacji. Odczuwaliśmy jedynie fakt wyrządzanej nam krzywdy i brutalną przemoc. Nie broniliśmy kochanych i zawsze opiekuńczych najbliższych nam osób, bo i jak może przeciwstawić się dziecko okrucieństwu i sile?
Zostaliśmy na noc sami w zimnym, zamarłym i pustym domu. Zamiast codziennego ładu i porządku – okrutny bałagan: poniszczone meble, szczątki naczyń, żałośnie rozbita etażerka z okrągłych, białych pni brzozy, którą własnoręcznie wykonał tatuś na książki, taki oryginalny leśny regał, który przypominali ze wzruszeniem do dziś... Wdeptany w ziemię dorobek niebogatej przecież rodziny: walające się po podłodze ubrania fartuchy many, koce poduszki z wysypującym się pierzem... Krzycząca bezradność i niesprawiedliwość, gwałt popełniany na bezbronnych, niknący odruch buntu – więc to jest syndrom wojny, który noszę w sobie do dziś?
Straszliwie długa i pusta noc, którą spędziliśmy wtuleni ciasno w siebie, szlochający rozpaczliwie aż do chwili nadejścia litościwego snu. Budzimy się zziębnięci i przerażeni jeszcze bardziej, nie odczuwając głodu, chociaż mama witała nas zawsze uśmiechem i talerzem dymiącej, pachnącej ziołami i kwiatami zupy. To taki niezapomniany ciepły zapach dzieciństwa którego już nie było. Sami w głębi kniei, zupełnie nieprzystosowani do biegu wojennych wydarzeń i okrucieństwa losu. W płóciennych workach wisiały chlebowe suchary, przygotowane przez matkę przezornie "na czarną godzinę". Jedliśmy więc suchary popijane wodą ze studni. Jeden, drugi dzień. Najbardziej przerażała samotność, nocą straszyły sowy i wrzaski dzikiego ptactwa bo puszcza żyje także po zmroku. Po tygodniu odnalazł nas wujek. To było ocalenie, bo rodzice wciąż tkwili w kazamatach gestapo w Białowieży, gdzie ich "przesłuchiwano": bicie, głodówka, prowokacje, pytanie o adresy puszczańskich partyzantów i nazwiska przywódców konspiracji.
Maltretowani fizycznie i psychicznie (oszczędzę szczegółów, na ten temat powstały setki opasłych książek i wspomnień) nie załamali się, solidarnie wytrwali w milczeniu. Po latach padnie tylko jedno nazwisko: Wireniuk i oszczędna informacja matki o pomocy na rzecz partyzantów, punkcie informacyjnym i kontaktowym, nocnych wizytach "wujków", broni chowanej na mokradłach i w bagnach. Nic więcej – prócz ostrzeżenia: – Pamiętaj, żeby z tego nie osiągać profitów. Nie byliśmy z tatą bohaterami, byliśmy po prostu Polakami. Nam honory nie są potrzebne, a śmierci bliskich nikt i niczym nie wynagrodzi. Bóg ofiarował nam taki los, jego wolę przyjąć trzeba z pokorą...
Młodość skłaniała mnie do buntu przeciwko takiej filozofii. Dziś uznaję racje i mądrość mojej matki, która piękniej i pełniej rozumiała patriotyzm i narodową służbę, polskość i ojczyznę, ludzką solidarność i sens pracy organicznej. Nie otrzymała żadnych splendorów, wyróżnień, medali, żyła cicho i godnie, oddając serce dzieciom, zdruzgotane bezpowrotnie marzenia zamieniając na szary codzienny mozół mrówczego wysiłku za urzędniczym biurkiem na kolei. Piękna kobieta o silnej osobowości – pozostała samotna i wierna wyznawanym zasadom etycznym. Nie doczekała się powrotu męża z wojennego frontu pod Berlinem, nie zapomniała i nie przebolała nigdy śmierci młodszego syna, którego własnoręcznie pogrzebała w zmarzniętej ziemi na Pomorzu tuż przed wyzwoleniem, bez trumny i księdza, tylko w obecności współwięźniów idących szlakiem w nieznane. Te akordy nieludzkiej odysei jak kamienie milowe losu zapadły w świadomość i legły ciężarem na resztę dni życia To prawdziwe okrucieństwo wojny, bez upiększeń, brutalne, tragiczne, bardzo osobiste.
Gestapo nie wypuszczało ze swoich rąk ofiar w sposób bezkarny. Zapada wyrok: roboty przymusowe w Prusach Wschodnich, rodzinna zsyłka oznaczająca przedłużoną agonię na raty w pracy na rzecz DI Rzeszy. Był rok 1942. Powstawał kolejny smutny rozdział wojennej tułaczki, drogi w nieznane, powolnego umierania wśród obcych. Życiorys dzieci wojny wzbogacał się o nowe treści jakby żywcem zapożyczone z koszmarnego snu. Kaci nie mieli litości dla podbitych Polaków...