Zielone lata c.d.

Zielone lata c.d.
fot. Głos Bolesławca Wpis archiwalny – Głos Bolesławca.
istotne.pl bolesławiec

Koło Ministrantów - członkiem Koła Ministrantów zostałem chyba w roku 1947, gdy jego przewodniczącym był Bronek Z., który kierował młodszymi kolegami, jak zapamiętałem, umiejętnie i zdecydowanie. W Kole obowiązywała pewna hierarchia starszeństwa ustalająca zasady służby ministranckiej i pozycję każdego chłopca w grupie. Do grupy starszej należeli chłopcy pełniący bezpośrednio funkcje posługowe podczas liturgii, znający łaciński tekst ministrantury. Drugą grupę o wiele liczniejszą stanowili najmłodsi chłopcy czyli tzw. asysta, do której należałem i ja w pierwszym okresie.W tamtym czasie Koło Ministrantów posiadało swój statut, zarząd, mogło organizować zebrania, wycieczki itp. Przewodniczący prowadził rejestr członków Koła, sporządzał grafiki służby ministranckiej na cały tydzień i był pośrednikiem przekazującym życzenia i zalecenia proboszcza parafii. Grafik służb był bardzo ważny, ponieważ każdy chłopiec wiedział, kiedy, w jakim charakterze, a nawet w jakiej porze będzie usługiwał do Mszy Św. Wierni w kościele obserwujący wyjście kapłana z zakrystii widzą najpierw dwuszereg ministrantów, w którym pierwsza parę stanowią najmłodsi chłopcy, a ostatnią ci najważniejsi, najstarsi stażem i ci właśnie służą kapłanowi. Zdarzało się, że w nabożeństwie uczestniczyło kilkunastu ministrantów i każdy z nich miał ambicje znaleźć się w parze usługującej księdzu, co niejednokrotnie powodowało zatargi. Niewątpliwie ozdobą "służbowego stroju" ministranta była długa sutanna w kolorze zielonym, czerwonym lub fioletowym, pelerynka w tym samym kolorze i wzorzysta biała komża. W miarę upływu stażu awansowałem stopniowo od pierwszej pary coraz wyżej, aż nadszedł dzień, w którym dostąpiłem zaszczytu bezpośredniej posługi kapłanowi i operowania dzwonkami. Odchodzili starsi koledzy, odszedł Bronek i po nim ja odziedziczyłem funkcję przewodniczącego, i to ja zostałem tym najstarszym, który animował działania koła. Niestety, akurat wtedy władze zlikwidowały autonomię kół ministrantów i rozwiązały wszelkie struktury organizacyjne przy kościele. Pełniłem więc stanowisko przewodniczącego nieoficjalnie i przybyło mi trochę obowiązków z tym związanych. Te nowe obowiązki sprawiały mi dużo satysfakcji, i co tu ukrywać, schlebiały mojej chłopięcej próżności, bo oto mogłem "rządzić" młodszymi kolegami, sporządzać grafiki służb, czy choćby wysyłać malców do uruchamiania wielkiego dzwonu wzywającego wiernych na nabożeństwo. Z tym dzwonieniem nie miałem akurat żadnych problemów, ponieważ czynność ta była, okazją do zabawy. Rozbujanie kilkutonowego dzwonu wymagało trochę siły i sprytu, zanim dźwięk jego osiągnął wymaganą rytmikę. Długa lina służąca do rozbujania, śmigała raźno w górę i dół w rytm odchylania dzwonu, a wraz z nią zawieszeni na końcu malcy. Czasem trzeba było wyciszać rozbawionych chłopców, skaczących ze śmiechem na wysokość ponad jednego metra. Nie miałem problemów z dzwonienie, ale miałem ze sporządzaniem grafików służb, ponieważ prawie żaden z ministrantów nie chciał iść w pierwszej parze do Mszy. Trwała rywalizacja o bardziej zaszczytne miejsce i czasem dochodziło do przepychanki, albo nawet pojedynku bokserskiego jak się zdarzyło. Chłopcy w zakrystii zrobili krąg, zaczęła się walka, w której zmusiłem przeciwnika do ucieczki, uważałem, że w ten sposób przekonałem go o mojej racji, ale myliłem się... Gdy o zmierzchu wychodziłem z kościoła, czekała na mnie grupa chłopców na rogu ulicy (obecnie sklep "Veritasu"), pokonany przeciwnik – Bolek M. zastąpił mi drogę w towarzystwie kilku dryblasów.c.d. nastąpi