Wspomnienie o druhnie Zofii Kłosowskiej w rocznicę śmierci

Wspomnienie o druhnie Zofii Kłosowskiej w rocznicę śmierci
fot. Głos Bolesławca Wpis archiwalny – Głos Bolesławca.
istotne.pl bolesławiec

"Śpieszmy się kochać ludzi -
tak szybko odchodzą..."
Ks. Jan Twardowski
Patrzę na grupkę dziewcząt w szarych mundurkach z chustami w grochy, uśmiechających się do mnie ze starej fotografii. To moja drużyna harcerska z dawnej bolesławieckiej "jedenastolatki".
Jeżeli jest we mnie coś dobrego, zawdzięczam to właśnie harcerstwu, z który związałam się pod koniec trudnych lat pięćdziesiątych. Nauczyłam się empatii, pracy w zespole, zaradności, wówczas nawet nie zdając sobie sprawy, że się czegokolwiek uczę. Biegłam na zbiórki, jak na skrzydłach, szalenie dumna ze swego szarego mundurka. W szkole, w harcówce, na poddaszu czekała na nas wspaniała kobieta, druhna Zosia Kłosowska. Ciepły, dobry, życzliwy i kochający nas człowiek. Dziś wiem, ile Jej zawdzięczam. Trudno mi o tym pisać, bo nie umiem znaleźć słów, które w pełni oddawałyby atmosferę tamtych szczęśliwych dni. Druhna Zosia przyszła, założyła drużynę i po prostu z nami była. A to znaczyło bardzo wiele dla nas, młodziutkich dziewczynek. Wtedy nie wiedziałyśmy, że w żołnierskim mundurze druhna była pod Studziankami. Ona nie potrzebowała powoływać się na bohaterską przeszłość, by zyskać nasze serca. Uczyła nas prawa harcerskiego, tradycji, a nade wszystko tego, w co sama hojnie była wyposażona: uśmiechu, życzliwości i kultury osobistej. Dom był dla nas zawsze otwarty. Jakże chętnie u Niej bywałyśmy i chłonęły cudowną, ciepłą atmosferę rodzinną.
Były z nami Jej dwie córki: Bożena i Aśka. Potem, jako niemowlę dołączyła trzecia, Dorota, której narodziny przeżywałyśmy bardzo. Czasem przychodził do ogrodu (takiego "cudownego – naszego ogrodu") Jej mąż, doktor Józef Kłosowski – ówczesny dyrektor szpitala -również niezwykłej dobroci człowiek.
Potem była matura, studia, rozstanie się z drużyną, ale nie z druhną Zosią. Była naszą "skrzynką kontaktową" – to u niej nadal, ilekroć się wracało do Bolesławca – można się było spotkać i dowiedzieć "co u reszty". Cieszyły ją nasze sukcesy, interesowały koleje losu; zawsze gotowa do pomocy, nigdy żadnych wymówek, -bo to my, zajęte układaniem dorosłego życia latami nie dawałyśmy znać o sobie, a potem przychodziłyśmy, jakby czas nie płynął i zastawałyśmy ten sam dom, tę samą serdeczność, życzliwość i pełne troski pytanie: "Co u ciebie? Chyba dobrze, bo przyszłaś. Tak się cieszę...".
Druhna Zosia miała także wpływ i na moje sprawy zawodowe, jak zawsze dyskretny i pełen taktu. Pamiętam, kiedy poprosiła mnie, młodą wówczas nauczycielkę języka polskiego (początek lat siedemdziesiątych) o "podrzucenie" jakiegoś pomysłu na szkolne spotkanie przed Bożym Narodzeniem. "To druhna robi w szkole apele świąteczne?" – zapytałam. "A dlaczego nie? Przecież to nie jest zabronione" – usłyszałam odpowiedź. "Rzeczywiście" – pomyślałam sobie i ku zaskoczeniu niektórych kolegów, zaczęłam robić to samo. Dlatego nie miałam "moralnego kaca", kiedy zwyczaj wigilijnych apeli rozpowszechnił się pod koniec lat osiemdziesiątych, bo już "było wolno", a nawet należało manifestować uczucia religijne.
Ostatni raz byłam u druhny Zosi (tak ciągle nazywałam Ją – ja, matka dwóch dorosłych synów) – w marcu 1993 roku. Gdyby nie to, że wiedziałam, iż jest śmiertelnie chora, nigdy bym nie pomyślała, że ta elegancka, jak zawsze zadbana i uśmiechnięta kobieta, dożywa kresu swoich dni.
Wspominałyśmy obozy, zbiórki, ogniska; pokazywałyśmy zdjęcia, Ona – wnucząt, ja -swoich synów; planowałyśmy zbiórkę "dinozaurów" na Jej imieniny w maju, rozmawiałyśmy o literaturze (właśnie czytała "Z domu niewoli" Beaty Obertyńskiej. Ja byłam tą książką wstrząśnięta, Ona znała wydarzenia tam opisane z autopsji, więc były dla niej, jak zły sen, powtórka z koszmarnej przeszłości). Nigdy więcej nie widziałyśmy się już. Pociechą dla mnie jest fakt, że zdążyłam Jej powiedzieć, jak wielki wpływ miała na moje życie, jak cudowne i szczęśliwe chwile przeżyłyśmy my, wszystkie harcerki z pierwszej drużyny ZHP w Bolesławcu – dzięki Niej, Druhnie Harcmistrz Zofii Kłosowskiej, która 10 lipca 1993 roku odeszła na wieczną wartę. Czuwaj!