Wieści Gminne

Wieści Gminne
fot. Głos Bolesławca Wpis archiwalny – Głos Bolesławca.
istotne.pl bolesławiec

"... miejcie bujne marzenia,
coś z tego zawsze się spełni."
(J. Korczak)
Elżbieta Plucińska w swoim artykule pt. "Marzę sobie..." ("Kurenda" nr 2/94) pisze m. in., że "Szkoła polska jest zła. (...) Dzieci szkoły nie lubią. (...) Rodzice w przeważającej większości mają do szkoły stosunek wrogi, czego niektórzy nawet nie ukrywają. Ponieważ marzenia rzadko się spełniają, prognozy dotyczące szkoły polskiej widzę ciemno."
Nic mam zamiaru zaprzeczać tym słowom, które pozwoliłam sobie zacytować. Niestety, taka opinia o szkole istnieje od dawna, a w ostatnich latach tak się zakorzeniła w umysłach dzieci i rodziców, że nawet przykłady pozytywnej działalności placówek oświatowych nic są w stanic zmienić zdania na ten temat. Polacy lubią narzekać. Lubią i chcą szukać przyczyny swych niepowodzeń u innych. Jeżeli coś jest złe, to łatwiej krytykować niż próbować zmienić istniejący stan rzeczy.
Takiej obiegowej opini chciałabym przeciwstawić działalność rodziców w Szkole Podstawowej nr 5 w Bolesławcu To właśnie Oni pierwsi wyciągnęli do nas rękę, otworzyli swoje serce i ostro zabrali się do pracy. Zupełnie przypadkowo byłam przez chwilę mimowolnym słuchaczem zebrania rodziców klasy IVb, której wychowawcą jest p. Jadwiga Rajfur. W pewnym momencie jeden z uczestników powiedział: "Chcemy założyć Klub Miłośników Szkoły nr 5 ", ktoś inny sceptcznic zapytał: "A czy tacy się znajdą?" Myślę, że w tym pytaniu wyrażone były raczej obawy o postawę wobec pomysłu innych rodziców i nauczycieli tej szkoły. Jeżeli chodzi o rodziców IVb, to sytuacja była jasna. Dali się poznać jako dobrzy organizatorzy już w latach poprzednich. Chcą i robią wiele dla swoich dziesięciolatków. Tym razem postanowili zrobić coś więcej.
Pomysł zorganizowania zabawy karnawałowej szybko przybrał realne kształty. Chęć działania udzieliła się większości rodziców z tej klasy. Sami wydrukowali zaproszenia dla nauczycieli i wszystkich rodziców. Wynajęli salę w pobliskim Kruszynie, zamówili Orkiestrę Wojskową Jednostki z Lubania. Za własne pieniądze zakupili produkty potrzebne do przyrządzenia potraw serwowanych w bufecie. Wymyślili i przeprowadzili rozmaite konkursy i zabawy z nagrodami. W tym dniu przeistoczyli się w kucharzy, kelnerów, szatniarzy i wodzirejów.
12 lutego 94 r. na parkiecie stanęło 70 par. Bawili się rodzice, nauczyciele i znajomi znajomych. Ten ostatni dzień karnawału obfitował w wiele atrakcji. Czego tam nic było: walc kotylionowy, walczyk czekoladowy, zabawy z niespodziankami. Uczestnik jednej z konkurencji, kupując pączka z 20 tys. zł, znalazł w nim złoty pierścionek. Najwięcej jednak emocji wzbudziła aukcja kotylionu, który sprzedano aż za 760 tys. zł.
Jaki był cel balu? Oczywiście dobra zabawa służąca zintegrowaniu środowiska nauczycieli i rodziców, ale przede wszystkim chodziło o zebranie pieniędzy. Rodzice mogą być dumni z siebie. Mimo wieiu trudności, jakie towarzyszyły zorganizowaniu imprezy, nie zrezygnowali, nie poddali się. Zebrali 9 mln zł, które przekazali dyrektorowi na cele szkoły. To za mało jeszcze, by kupić komputer, ale...
Podziwiam tych wspaniałych ludzi, ich inwencję, zaangażowanie, sprawność i szlachetność działania. Mogli przecież za te pieniądze zorganizować wspaniałą wycieczkę swoim czwartoklasistom lub przeznaczyć je na inny cel w ramach potrzeb klasowych. Ale nic. Stało się inaczej! Działała garstka, a skorzysta wiele.
Tegoroczny karnawał zakończyliśmy wspaniałą, obfitującą w niezapomniane wrażenia, zabawą; pełni podziwu dla organizatorów, którzy, zmęczeni fizycznie, już planowali koleją imprezę.
A okazał się nią niezwykle udany Festyn Rodzinny zorganizowany 30 kwietnia br. w Lące. Olbrzymi plakat widniejący na szkolnej tablicy ogłoszeniowej zapraszał na to rodzinne spotkanie wszystkich uczniów, pracowników szkoły wraz z rodzinami, znajomymi i przyjaciółmi.
I tym razem rodzice spisali się na piątkę. Łaskawa aura sprzyjała organizatorom i uczestnikom zabawy. Majowe słońce świeciło tym razem cały dzień i pozwoliło na miłe spędzenie czasu na łonie natury. Mecz piłki nożnej między nauczycielami i uczniami, a rodzicami budził dużo emocji i cieszył się wielkim zainteresowaniem widzów. Na rozłożonych wokół boiska kocach panic ze swoimi pociechami nagradzały brawami wyczyny swoich mężów na boisku, a trzymane w zaciśniętych dłoniach chusteczki mokre były od potu wycieranego z czół walecznych panów. Pod okiem nauczycieli dzieci popisywały się zdolnościami interpretacyjnymi znanych utworów muzycznych na Mini Liście Przebojów. Uczestniczyły również w zawodach sportowych, a ufundowane przez rodziców nagrody sprawiły milusińskim wiele radości. Przy ognisku pieczono kiełbaski. Każdy mógł ugasić pragnienie w dobrze zaopatrzonym w napoje i lody bufecie. Wokół słychać było radosny gwar, śmiechy, czasami płacz dobywający się z dziecinnego wózka. W tym dniu bowiem spotkały się całe pokolenia. Niektórzy po raz pierwszy wyszli z domu całymi rodzinami: rodzice z dziećmi, dziadkowie z wnukami. Jeszcze późnym wieczorem przy cieple żarzącego się ogniska słychać było przytłumione rozmowy i śpiew przy akompaniamencie gitary i akordeonu.
W każdej klasie na początku roku szkolnego powołuje się Radę Klasową Rodziców. Jest nawet miejsce w dzienniku lekcyjnym na wpisanie nazwisk. Niestety, bardzo często działalność jej ogranicza się li tylko do tego pierwszego spotkania i wyznaczenia "chętnych". Są też i takie Rady, które prężnie działają, organizując szereg imprez dla swych dzieci. Najczęściej jest to zabawa choinkowa, Dzień Dziecka, wycieczki turystyczno-krajoznawcze.
Większość jednak rodziców broni się przed zaklasyfikowaniem ich do tego sformalizowanego tworu. Wiąże się to przecież z wygospodarowaniem wolnego czasu na dodatkowe spotkania, z odpowiedzialnością za zorganizowanie i przebieg różnych imprez. Ale są i tacy, którzy chętnie działają, pomagają. Przeważnie są to nie znani powszechnie pasjonaci. Tak ich trzeba nazwać. To właśnie rodzice pokazali, że jeżeli się chce, to można zrobić coś więcej nic tylko dla swoich dzieci i ich wychowawcy, że można kojarzyć szkolę nie tylko z określonymi zebraniami rodziców i nauczycieli. Postanowili więc powołać do życia Klub Miłośników Szkoły Podstawowej nr 5 w Bolesławcu.
Oficjalnie powołanie Klubu nastąpiło 25 kwietnia br. Wpisało się do niego ponad 60 osób – nauczycieli i rodziców z różnych klas. Myślę, że miłośnikami "5" nic stali się właśnie w tym dniu. Z objawami przyjaznych uczuć dla szkoły spotkaliśmy się już wcześniej. Teraz znalazł się ktoś, kto rzucił hasło, a chętni odpowiedzieli na nic tak, jak tego oczekiwali założyciele. Każdy z wychowawców naszej szkoły może wymienić nazwiska rodziców, z pomocą których przeprowadzili szereg imprez, zabaw; ludzi, którzy bezinteresownie angażowali się w pozalekcyjne życie szkoły. Najlepszym na to przykładem jest zakupiona za dobrowolne składki rodziców kserokopiarka, czy fakt, że w ciągu ostatnich dwu lat przy pomocy właśnie rodziców pomalowano prawie wszystkie klasy i pracownie w szkole.
Pierwsze spotkanie miłośników nic przypominało w niczym tych zebrań, do których przyzwyczaiła się większość rodziców i nauczycieli. Przy jednym stole zgromadzili się rodzice, dyrektorzy i nauczyciele. Nic dzieliła ich katedra. Swobodnie rozmawiano o dotychczasowych dokonaniach i o planach na przyszłość. Dyr. Halina Modzelewska wspominała czasy, gdy na początku swej pracy pedagogicznej właśnie rodzice byli inicjatorami wieiu prac na rzecz szkoły. Dusza Klubu – p. Urszula Róg, która chyba nic potrafi być obojętna wobec problemów szkoły, głośno marzyła o tym, co wspólnymi siłami można zrobić. Oczami wyobraźni widziała już swoje wnuki, które będzie przyprowadzała do zmienionej szkoły: ładniejszej, czystszej, tonącej w zieleni. Oczywiście, mówiono też o bolączkach, nieobcych i innym szkołom.
Postanowiono wziąć sprawę w swoje ręce. To rodzice wystąpili z inicjatywą popartą chęcią działania i konkretnymi propozycjami, które, wierzą, że uda się zrealizować. Możemy zrobić wiele, by było choć trochę lepiej, by zmienić obraz szkoły.
Zamierzenia miłośników wydają się być może nierealne. Oby starczyło im sił, nie zabrakło chęci do pracy, a przeciwności losu omijały z daleka i nie zniechęcały. Tego z całego serca im życzymy.
Cytowana już przeze mnie p. Plucińska kończy swój artykuł chińskim przysłowiem, że "jeżeli ktoś myśli o przyszłości pokolenia , bujduje dom, myśląc o przyszłości kilku pokoleń – sadzi las." Trawestując to przysłowie, myślę, a nawet jestem pewna, że rodzice naszych uczniów zasadzili las (to tylko abstrakcja).
Nic jest on jeszcze duży i gęsty, ale mamy nadzieję, że młode sadzonki rozwiną się w dorodne zdrowe drzewa.
Małgorzata Rudyk
Szkoła Podstawowa nr 5
w Bolesławcu