Zielone lata. Czyli wspomnienia z podstawówki (2)

Zielone lata. Czyli wspomnienia z podstawówki (2)
fot. Głos Bolesławca Wpis archiwalny – Głos Bolesławca.
istotne.pl bolesławiec

Pan Profesor Mazur miał też zwyczaj przekazywania roli nauczyciela któremuś z lepszych uczni, przekazując mu upoważnienie do prowadzenia lekcji, przepytywania i stawiania ocen w dzienniku. Wychodził wtedy z klasy na spacer, a po powrocie nigdy nie kwestionował kompetencji swoich zastępców.
Dlatego, gdy czasami i mnie spotykał ten zaszczyt prowadzenia lekcji, nigdy nie nadużyłem Jego zaufania, stawiając sprawiedliwe stopnie w dzienniku... Ten czy inny kolega molestował mnie, aby skorzystać z okazji i poprawić mu bilans ocen z "matmy". Lekcje w takim wyda­niu to były dobre lekcje" poczucia odpowaiedzialności młodego człowieka.
W VII klasie opiekunem naszym był p. A. Keller starający się poprawić zdyscyplinowanie rozbrykanych sztu­baków, a jedną z metod zmierzających do poprawy stanu dyscypliny była "koza", czyli kara zostawiania uczniów po lekcjach. Była to dolegliwa kara, bo zwykle niespodziewana, a więc wszystkie zaplanowane na popołudnie mecze i zabawy "brały w łeb" nie mówiąc już o braku jedzenia. Od czego jednak fantazja i zmysł organizacyjny chłopaków? Organizowano wtedy turnieje "cymbergaja", walki bokserskie, a ja pełniłem rolę zaopatrzeniowca. Mój Tata – piekarz -produkował pyszne bulki maślane o wymyślnych kształtach, które często rozprowadzałem w klasie i dzięki temu zyskałem przezwisko "bułka maślana". No więc, gdy zdarzyła się taka "koza" delegowano mnie po bułki do domu, a ponieważ klasa była zamknięta -pozostawała jedyna droga – wyjście przez okno i zsunięcie się po rynnie z pierwszego piętra! Po 15. minutach wracałem tą samą drogą z torbą pełną pyszności i głód był zaspokojony. Gdy kiedyś po latach przyglądałem sic tej rynnie to byłem sam zdumiony, że się wtedy nie bałem. Późniejsze lata 1949-51 to okres dojrzewania, okres kiedy ważne było pochodzenie społeczne, a ja z tym miałem ogromne kłopoty. Najlepsze było wtedy pochodzenie robotniczo-chłopskie, a ja się nie kwalifikowałem. Ojciec mój prowadził w kieleckim drobny sklepik, a tu w Bolesławcu piekarnię, więc zaliczał się do "wyzyskiwaczy" i co ja miałem zrobić? Po naradzie z Matką usłyszałem decyzję "napisz, że masz pochodzenie chłopskie i nie myśl o tym więcej!". Jakże czułem się szczęśliwy, że nikt z rodziny nie przebywał za granicą, co dyskwalifikowałoby mnie jako obywatela PRL. Pamiętam, że byli tacy "winowajcy" w klasie i głęboko im współczułem. Swoje kompleksy pochodzeniowe rekompensowałem sobie torbami pełnymi bułek maślanych, którymi obdzielałem kolegów, wymieniałem na ołowiane żołnierzyki, albo kupowałem sobie przychylność klasowych prominentów.
Aby bardziej wyraziście zilustrować klimat tamtej epoki, to wspomnę w tym miejscu anegdotyczną sytuację z lekcji biologii, kiedy nauczyciel omawiał temat pochodzenia człowieka. Na wstępie poinformował klasę, że jest wierzącym katolikiem i ma swój pogląd w tej materii, ale nas musi nauczać, że człowiek pochodzi od małpy (takie zlecenie władz). Ogólną wesołość wzbudził jeden ze starszych kolegów, który po tej lekcji oznajmił – "może i człowiek pochodzi od małpy, ale ja na pewno nie!"
Dzisiejszą młodzież może dziwić wzmianka o starszym koledze w klasie, ale trzeba pamiętać, że były to czasy powojenne i w tamtych latach wiele młodszych ludzi uzupełniało wykształcenia nie zważając na wiek kolegów w klasie.
W wyniku tego różne było doświadczenie życiowe młodych ludzi, różny poziom intelektualny, różna dojrzałość fizyczna i psychiczna. I tak np. w klasie obok 12.latka mógł znaleźć się 16 – a nawet 17.latek. To właśnie była "Elita klasowa", właśnie oni narzucali styl bycia i dyktowali prawa klasowe. Taki Raul G. i Edek T. to były "Asy", jeśli zadecydowali, że w drużynie piłkarskiej (sportowej) będzie występował ten, a nic inny kolega – nie było odwołania, pozostali mogli tylko kibicować. Innym autorytetem był dla mnie Tadek R, który uprawiał boks i odnosił sukcesy jako junior. Kiedyś przyniósł mi gazetę "Słowo Polskie", gdzie w rubryce sportowej pisało, że "Młody bokser Teodor R. znowu odniósł sukces i zapowiada się na dobrego zawodnika"! Och, jak mu zazdrościłem tej sławy! Zapaliłem się do boksu, a kolega przynosił mi rękawice bokserskie do domu lub do szkoły, gdzie z entuzjazmem staczaliśmy mordercze walki, dopiero interwencja Mamy przerwała moją "karierę bokserska".
c.d.n.