Zielone lata czyli wspomnienia z podstawówki (1)

Zielone lata czyli wspomnienia z podstawówki (1)
fot. Głos Bolesławca Wpis archiwalny – Głos Bolesławca.
istotne.pl bolesławiec

Dziedzictwo kulturowe Dolnego Ślaska
Dolnośląskie Towarzystwo Społeczno-Kulturalne na swoim wyjazdowym posiedzeniu w dniu 15.12.1995 r. w Jeleniej Górze ogłosiło rok 1996 "Rokiem Dziedzictwa Kulturowego Dolnego Śląska".
Już szósty rok trwają uroczystości milenijne na Dolnym Śląsku zapoczątkowane w 1990 roku w 1OOO-lecie przyłączenia Śląska do Polski – trwać będą do roku 2000.
W przeciągu 5 lat najważniejsze akcenty z tych uroczystości byty w 1991 roku, kiedy obchodzono 750-lecie Bitwy pod Legnicą, a w latach 1993-1994 uroczystości związane z rocznicą śmierci Jadwigi Ślaskiej – Świętej Jadwigi, żony Henryka Brodatego, matki książąt śląskich, patronki Śląska.
Rok 1996 – ma być w założeniu rokiem, w którym należy akcentować dziedzictwo nie tylko z tej wcześniejszej historii z czasów piastowskiego Śląska, ale to, co w ostatnim 50-leciu na Śląsku dokonali ci, którzy się tutaj osiedlili i wnieśli znaczący wkład w rozwój tej Ziemi.
DTSK planuje liczne konferencje naukowe np. "Życie kulturalne Dolnego Śląska", "Książka regionalna na Śląsku", "Organizacja Letniej Szkoły Regionalistów", "40. lecie DTSK", "Zlot Regionalistów pod Ślężą" i wiele, wiele innych.
Rok 1996 winien zaowocować dalszymi wydawnictwami, następnymi monografiami miast śląskich, w tym monografii Bolesławca.
Pod koniec 1996 r. planuje się organizację Kongresu Regionalistów Dolnośląskich.
Towarzystwa Regionalne na Śląsku, a jest ich ponad 150, w tym Towarzystwo Miłośników Bolesławca, aktywnie włączają się w uroczystości 1996 roku.
Małe Ojczyzny na Śląsku i ich działania potwierdzają, że Dolny Śląsk już dla trzeciego pokolenia od powrotu na ziemie piastowskie ma swój ważny dorobek kulturowy liczący się również w skali europejskiej. Tędy jest najkrótsza droga do Europy.
ZB
15 listopada 1945 roku, po trzydobowej podróży pociągiem towarowym, dojechał do Bolesławca transport przesiedleńców z Kieleckiego. Padał śnieg, było zimno i cala moja rodzina wylądowała na kamiennej posadzce poczekalni dworco­wej z całym dobytkiem (łącznie z kozą-karmicielką). Miałem niecałe 8 lat życia za sobą, mgliste wspomnienie koszmaru okupacji i tej długiej jazdy na rozłożonej w wagonie pierzynie. Ale już noc spędziłem w obszernym, pustym domu przy ul. Karola Miarki, który to dom już wcześniej upatrzył sobie ojciec. Ta ulica nazywała się wtedy Friedrichstrasse, ale mnie to nie obchodziło, bo przeżywałem fascynację nowym otoczeniem. Niezliczo­ne razy pstrykałem kontaktem (wyłącz­nikiem) i za każdym razem byłem zdziwiony, że na moje życzenie światło gaśnie, albo się zapala i jest jaśniej niż przy lampie naftowej. Odkręcałem kran, a tu proszę... leci woda! Przekręcałem gałkę tajemniczej skrzynki z napisem "Telefunken" i słychać muzykę! To były dla ośmiolatka wstrząsające odkrycia bo przecież na ubogiej kieleckiej wsi nie miano nawet wyobrażenia o elektryczności, kanalizacji i tym podobnych cudach.
Wkrótce mama zaprowadziła mnie do szkoły, która mieściła się w okazałym gmachu przy ul. Stalina 7 i w ten sposób zostałem uczniem drugiej klasy szkoły powszechnej. W izbach szkolnych nie było nic i trzeba było ustawiać ławki, a na podłodze były – nie wiem dlaczego – kałuże wody. Pierwsza moja nauczycielka, p. Stefania Tajcher, rysowała na kartkach linijki do pisania i zaleciła rodzicom sporządzanie zeszytów. Chyba na początku 1946 roku ten właśnie okazały i najlepiej zachowany gmach przenaczono na siedzibę sądu grodzkiego, a szkoła została przeniesiona do budynku na rogu ulic Teatralnej i Fornalskiej (?). Nowa szkoła nosiła imię Bolesława Chrobrego, ale nie miała numeracji, bo była przecież jedyną szkołą w mieście...
Na świadectwie ukończenia II klasy z datą 28.06.1946 roku widnieje pie­czątka: Publiczna Szkoła Powszechna im. Bolesława Chrobrego w Bolesławcu, a na dole świadectwa podpisy: Kierownik Szkoły Tajcherówna Stefania, Opiekun Klasy Mazur Bronisław. Wypada też pochwalić się ocenami, jakie uzyskałem za ten rok szkolny: sprawowanie – bardzo dobry, religia – bardzo dobry, język polski – bardzo dobry, arytmetyka z geometrią -bardzo dobry, rysunki – dostateczny, zajęcia praktyczne – dobry, śpiew – dobry, ćwiczenia cielesne – bardzo dobry. Stopnie nie takie znów najgorsze, prawda?
Z pobytu w szkole utkwiły w mojej pamięci długie, ciemne korytarze i ostry zapach, chyba środków impregnujących drewniane podłogi. W narożniku dużego podwórka na baszcie był mały placyk, miejsce zabaw w czasie przerw lekcyj­nych. Rosło tam ogromne drzewo (klon), którego motylkowate owoce-noski służyły nam do sztubackich żartów.
Codziennie przed lekcjami cała szkoła zebrana na podwórku, a w razie złej pogody – na korytarzu szkolnym, śpiewała pod batutą p. Mazura pieśń "Kiedy ranne wstają zorze" i odmawiała modlitwę "Aniele Boży, stróżu mój". Te wspólne modlitwy skończyły się chyba w 1948 roku i pamiętam tylko, jak p. Mazur powiedział nam, że nie wolno już modlić się publicznie, ale "my będziemy modlić się po cichu w klasie". Wkrótce i te ciche modlitwy skończyły się, ale dzieci nie znały, oczywiście, tła wydarzeń, których ten zakaz był konsekwencją. Do szkoły nadchodziły paczki UNRRA i dzieci pomagały znosić je oraz sortować sterty odzieży, przyborów szkolnych i żywności oraz... tranu! Tran stał się naszą zmorą, bo był gorzki w smaku i tłusty, a nauczyciele byli bezlitośni i kazali nam wypijać tę miksturę. Dzisiaj przepraszam ich i wyrażam wdzięczność tym wspaniałym ludziom ratującym zdrowie niedożywio­nych dzieci.
W dolnych kondygnacjach budynku szkolnego znajdowała się kuchnia, gdzie każde dziecko musiało codziennie wypić kubek gorącego mleka. I znowu ci "okrutni" belfrowie pilnowali, aby dzieci wypijały ten kubek mleka, a przecież nie każdy dzieciak kocha mleko, prawda? Ale wówczas – dzisiaj mówię – na szczęście -nie było "karty praw dziecka" i nie było do kogo się odwołać...
Przeżyłem wiele stresów na miarę mojego wieku. Takim stresem był m.in. tornister. Nie było wtedy sklepów z wyposażeniem szkolnym, toteż rodzice różnie radzili sobie z tym problemem. Mój ojciec wykonał własnoręcznie tornister z drewna, a dokładniej – z drewnianej sklejki. Do obudowy tej "skrzynki" przymocował żołnierskie pasy na ramiona i dumny ze swojego patentu nakazał mi nosić w tym książki. Nie koiły mojego upokorzenia żadne argumenty rodziców, ale kolejny stres usunął w cień sprawę tornistra. Oto mama zafundowała mi na zimę czapkę-uszankę. Ogromna wojskowa czapa radziecka, zawiązywana pod szyję troczkami – była dla mnie szczytem nieszczęścia... Nic to, że większość uczniów chodziła w takich samych uszankach, nic to, że była bardzo ciepła i wygodna.
Gdy nie pomagały protesty – wycho­dziłem grzecznie z domu ubrany jak należy, a na ulicy ściągałem szybko czapę i maszerowałem z goła głową.
Od 1948 roku szkoła im. B. Chrobrego nosi juz numer 1, a wychowawczynią mojej kasy została p. Zamorska, która sprawiła, że pokochałem historię. Z przejęciem słuchałem opowieści o dzielnym królu Batorym, o kresowych polach i bardzo, bardzo chciałem żyć w tamtych czasach, a zamiłowanie do historii tkwi we mnie do dzisiaj.
Pani Zamorska miała synka w wieku przedszkolnym, niesamowitego urwisa. Chyba nie miała go gdzie zostawiać, bo często Boguś przebywał w klasie na lekcjach swojej mamy i strasznie rozrabiał. Skakał po ławkach, wydając jakieś indiańskie okrzyki, albo uciekał z klasy. Mama przerywała lekcje, aby gonić synka, a my mieliśmy "ubaw po pachy".
Nowy rok szkolny 1948 rozpocząłem już w następnej szkole – Ogólnokształcącej Stopnia Podstawowego i Licealnego, czyli popularnym "Ogólniaku" przy ul. Leningradzkiej, gdzie już wszystko było podobne do normalnej szkoły. Pierwszym moim wychowawcą był p. Sławomir Zygmunt – polonista, który miał ambicje poszerzania rozwoju kulturalnego uczniów poza ramowy program kształcenia. Organizował kółka samokształ­ceniowe, był inicjatorem różnych uroczystości szkolnych, na których śpiewali oraz deklamowali wiersze jego uczniowie. Kiedyś wytypował mnie do wygłoszenia słynnego wiersza "Reduta Ordona" na akademii "ku czci". Zaczęły się długie godziny żmudnego "wkuwania" wiersza, później szlifowanie formy, intonacji i wszelkich innych wartości artystycznych wiersza. Poświęcił mi p. Zygmunt (to nazwisko!) wiele godzin pozalekcyjnych, a nawet przychodziłem do jego mieszkania, gdzie odbywaliśmy próby generalne.
Ale w następnym roku ten polonista odszedł ze szkoły, a moim wychowawcą został ponownie wspaniały, kochany p. Mazur, człowiek-legenda. Był pedago­giem z prawdziwego zdarzenia, niesłycha­nej dobroci serca i kochający młodzież, chociaż silił się czasami na szorstkość. Niczym prawdziwy ojciec karcił niesfor­nych uczniaków, prowadząc ich za uszy do kąta lub wymierzając linijką razy po otwartych dłoniach. Dlatego może nie jestem przeciwnikiem fizycznego karania dzieci, bo ciągle mam w pamięci te prawdziwie ojcowskie uderzenia linijką Pana Profesora. Stosował oryginalne typy nauczania, które zapewne pamiętają wszyscy uczniowie. Np. tabliczka mno­żenia – rysował kredą na tablicy okrąg z cyfr od 0 do 9, a w środku przykładowo cyfrę 5. Pan Profesor milcząco wskazywał linijką cyfrę 9, a uczeń musiał błyskawi­cznie powiedzieć – 45! Potrafił w ten sposób przez całą godzinę ćwiczyć nasz refleks, ale za to mieliśmy obkutą tabliczkę mnożenia "na blaszkę".
(c.d.n.)