Z dziejów miasta. Zielone lata. c.d.

Z dziejów miasta. Zielone lata. c.d.
fot. Głos Bolesławca Wpis archiwalny – Głos Bolesławca.
istotne.pl bolesławiec

Swoistego kolorytu dodawali szkolnej szarzyźnie tzw. reemigranci, czyli dzieci polskie powracające dosłownie z całego świata do kraju swoich ojców. W mojej klasie byli więc "Francuzi", "Bośniacy", "Rus­cy", "Niemcy", a nawet dwa "Brazylijczycy" – Stefan Hałada i Bruno Parejko. Oni impono­wali mi swoją egzotyką i z wypiekami na twarzy wysłu­chiwałem opowieści o dalekich krajach, w których przebywali. Najbardziej elitarną grupą byli "Francuzi", bo było ich stosunkowo dużo i zamiesz­kiwali nawet osobną dzielnicę "francuską" w okolicy stadionu sportowego. Obiektem mojego pożądania były piękne rowery przywiezione z Francji, którymi jeździli prawie wszyscy chłopcy z tej dzielnicy.
Problem opóźnień eduka­cyjnych i różnic wiekowych dzieci, próbowały rozwiązywać władze oświatowe poprzez przyspieszony cykl nauczania i zdarzało się, że mój wyrośnięty kolega z V klasy przechodził po pół roku nauki do klasy VI, a ja dalej musiałem "męczyć się w klasie V".
W klasie VI i VII nawiązywały się też pierwsze romanse i pierwsze miłości, więc nie można ominąć tego roman­tycznego wątku szkolnego. Miałem i ja swoją sympatię – Zosię, do której podrzucałem miłosne liściki i dla której ryłem pracowicie serduszko ze strzałą w ławce szkolnej, albo – o zgrozo! – na drzewie par­kowym. Klasa wiedziała oczywiście o tym romansie i wiele razy musiałem zmazywać niewybredne napisy i rymowanki wypisywane na tablicy, zeszytach czy nawet murach szkolnych. Trzeba jednak przyznać, że klasa akceptowała naszą "miłość", wybierając nas oboje na gospodarzy klasy tzw. sta­rostów. Stwierdziłem z przy­krością, że nie jestem jedyny, który "kocha się" w Zosi, miałem rywala i to poważnego, bowiem mógł się pochwalić fortepianem, piękna sylwetką i wytwornym ubiorem. Wie­działem o tym, bo kilkakrotnie byłem u niego w domu i nawet "brzdąkałem" na instrumencie. Co mogłem przeciwstawić fortepianowi? Przecież nie bułki maślane!
Wybrałem rozwiązanie siłowe i w tym celu zmobilizowałem dwóch wyrośniętych kolegów, po czym wywabiliśmy "lalusia" pod jakimś pretekstem na pobliskie ogródki działkowe. Tam znienacka zarzuciłem rywalowi kurtkę na głowę i zbiliśmy go na "kwaśne jabłko", informując oczywiście o przyczynie jego egzekucji.
Zapłakany delikwent obiecał solennie, że "odczepi się od Zosi" raz na zawsze i dotrzymał słowa! Tylko Zosia – próżna kobietka – nieświadoma tego wydarzenia, była zawiedziona nagłym zanikiem uczuć Januszka.
Z tymi ogródkami po drugiej stronie ulicy Bielskiej związana była pewna przygoda, która skompromitowała mnie w oczach rodziny. Ale po kolei! Pewnego letniego dnia podczas długiej przerwy zrobiliśmy "wycieczkę" na czereśnie do tych właśnie ogródków i obcho­dząc je od tyłu przeskoczyliśmy przez płot. Po chwili siedziałem już na szczycie drzewka, ładując czereśnie za koszulę, gdy nagle usłyszałem piskliwy głos kobiety... złodzieje... opryszki...! Koleżkowie moi okupujący niższe gałęzie natychmiast zniknęli, a ja ku swojemu przerażeniu widząc biegnącą kobietę z grabiami nie miałem innego wyjścia, jak zejść na ziemię... i wtedy usłyszałem "Edziu, to ty?... jak mogłeś sprawić przykrość swojej ciotce...? trzeba było poprosić... a nie kraść..." Niestety, pomyliłem po prostu ogródki...
Długie przerwy (chyba 25-minutowe) były też okazją do zabaw w wojsko lub złodziei i policjantów, a idealnym miej­scem do tego był park (dzisiej­sza Komenda Policji). Tam obrzucaliśmy się wzajemnie kamieniami, często wracając na lekcje z siniakami, a nawet porwanymi ubraniami... a jeśli miała być lekcja historii – to przerwa była bardzo, bardzo długa, bo my "łobuziaki" nie baliśmy się poczciwego "Historyka", który był dla nasza dobry...