Spóźniona walentynka...

Spóźniona walentynka...
fot. Głos Bolesławca Wpis archiwalny – Głos Bolesławca.
istotne.pl bolesławiec

Kap... kap... kap... – krople deszczu miarowo uderzają w parapet. Kot mruczy beztrosko zwinięty na moich kolanach, pewnie śni o wielki jeziorze ciepłego mleczka. Wspominam po raz kolejny ten czas, który upłynął od mojej przeprowadzki na WASZE podwórko. Dużo tego i niedużo. Szesnaście miesiecy, a zarazem wieczność. Ja wtedy i ja dziś. Dwie obce sobie osoby...
Pamiętasz, byłam wtedy dziecinnie ufna i wrażliwa. Chciałam być jedną z Was. Potrzebna. Taka jak Ty. Moja wielka miłość. Kochałam Cię, wiesz? Za optymizm, za pogodę ducha, za mecze siatkówki, za długie spacery, za zachłanne pocałunki, za wszystko, co wnosiłeś w moje życie.
Nie przerażały mnie przestrogi Anki i całego świata. Śmiałam się trzymając dłoń w Twojej dłoni. Wszystko było piękne, a ludzie tacy wspaniali....
"Najbardziej złudne są najpiękniejsze motyle" – szepnęła mi kiedyś Ewka. Teraz już wiem, jak smakuje rozczarowanie.
Nie potrafiłeś uszanować mojej inności. Miłość do poezji, muzyki, sztuki i samotności. Chciałeś mnie zawsze dla siebie. Dusiłam się w Twoich ramionach, zamknięta jak w klatce, nie miałam czasu dla siebie, przyjaciół i rodziny... Zaczęły się kłótnie, rozstania i powroty,,, Wierzyłam Ci ślepo. Darzyłam ślepym zaufaniem.
Tamten dzień pamiętam dokładnie, jakby nie dzielił mnie od niego rok. Nazwałeś Ankę idiotką. Nie była moja przyjaciółką, ot koleżanka z podwórka, ale zabolały mnie Twoje słowa. Wyrosłam w wierze, że nie wolno ranić innych ludzi, a Tobie przychodziło to tak łatwo. Dałam Ci czas do przemyślenia swoich słów. Myślałam, że zrozumiesz. Następnego dnia byłeś z Sylwką. Odszedłeś, przekreślając nasze pół roku.
Nie pamiętasz moich łez? Masz rację, nie płakałam. Wróciłam do domu spokojna i opanowana. W głowie miałam pustkę tak wielką, że nie czułam już nic.
Nie poszłam prosić, byś wrócił. Byłam zbyt dumna. Nie wypadłam z życia. Chodziłałam na angielski, byłam aktywna w szkole. Wróciłam do żeglarstwa...
Wraz z Tobą odeszli oni. Byłam sama przeciwko Wam, Waszemu podwórku. Solidarnie dzień po dniu próbowaliście mnie zniszczyć, wykończyć psychicznie. Uciekałam przed Wami, przed śmiechem, obelgami... Nie dawaliście mi spokoju... Miłosne sceny pod moim oknem, zaczepki, rzucanie w okno...
Nie załamałam się ku Waszej wściekłości. Byli Oni – moja drużyna, moi przyjaciele... ludzie szczerzy i kochani. Otoczyli mnie ciepłem, grzali sercem i ciepłym słowem. Odnalazłam się wśród żagli, zwojów lin i tych najpiękniejszych szant. Miałam po co żyć... A gitara zamieszkała w moim sercu wraz z Górą. Żyłam wyjazdami, zbiórkami, musztrą i hangarem. Łagodnym głosem Darka i wiecznie podniesionym Tomaszka.
Kochałam cię z daleka, jak kocha się umarłych. Spokojnie i z rozmysłem... na zimno...
Pamiętam tamtą niedzielę. Wróciłam do domu po czterech dniach Zlotu Chorągwi. Niewyspana, brudna, rozczochrana i szczęśliwa. Siedziałeś na ławce przed domem. Uśmiechnąłeś się do mnie i powiedziałeś "Cześć!" Wiedziałam, że nie jesteś z Sylwią, trzymałam Cię na dystans. Wiedziałeś, jak mnie podejść. Wróciła cała fascynacja i miłość. Byłam głupia, że próbowałam oszukać czas, który upłynął bezpowrotnie. Próbowałam być z Tobą, a jednocześnie z drużyną. Podwórko znów było moje. Znów miałam tu przyjaciół. Przeliczyliście się jednak. Nie dałam się już urabiać jak wosk. Byłam uparta, konsekwentna i z zasadami. Któregoś dnia po chwilach wyznań, czułych pocałunakch, odszedłeś. Tym razem z Kizką. Dzień wcześniej zwierzyłam się jej ze wszystkiego.
Twierdziłeś, że nie możesz mnie kochać, dopóki ja kocham Drużynę. Musiałam wybierać. I nagle ta myśl, że już Cię nie kocham. Próbowałeś mnie okraść, Panie Egoisto z tego, co miałam najcenniejsze! Co za tupet! Nic z tego, gdyby nie Oni... ja...
Kochałam Cię. Piszę te słowa bez cienia żalu. Masz rację, jest już ktoś inny. On kocha żagle, wodę i wiatr, ja kocham Jego! Próbowałeś ukarać mnie, zabierając mi podwórko! Gwiżdżę na to!!! Wy to Wy! Wybrałam to, co podyktowało mi serce. Mogę Ci tylko życzyć powodzenia.