Ludzkie losy. Stepowa odyseja (1)

Ludzkie losy. Stepowa odyseja (1)
fot. Głos Bolesławca Wpis archiwalny – Głos Bolesławca.
istotne.pl bolesławiec

- Sybir, Syberia – to chyba najbardziej znienawidzone i straszne wyrazy w polskiej mowie – stwierdza mieszkaniec Bolesławca, EUGENIUSZ STACHOWSKI. – Jak całe prawie moje pokolenie z Kresów Wschodnich – przeżyłem boleśnie czas wojny. Jeśli dziś wracam do wspomnień – czynię to z myślą o dokumentowaniu ojczystej historii, którą nierzadko traktuje się wybiórczo i koniunkturalnie.
Wojna zastała go w JANÓWCE, 5 km od Tarnopola. Ojciec był tu komendantem posterunku szkoleniowego policji. Urodził się w historycznym Zbarażu, uczęszczał do męskiej szkoły powszechnej w Tarnopolu (nosiła imię Lelewela, mieściła się przy ul. Kazimierza). Tuż przed wkroczeniem Rosjan harcerze przygotowywali się do obrony uzbrojeni w "finki", ale ojciec wywiózł go do dziadka w Zarudziu. Gospodarzył on w sporym majątku ziemskim. Wrześniowej niedzieli 1939 r. ogromny rosyjski samolot rozrzucał po polskiej stronie granicy ulotki podpisane przez Timoszenkę. Z jedną z nich pojechał konno na posterunek policji. Teraz wydarzenia toczyły się gwałtownie: na niebie starły się polskie i rosyjskie maszyny, rozjazgotały karabiny maszynowe, a polami już szarżowały wrogie czołgi. W sadzie rozbrajano naszych żołnierzy, którzy próbowali się bronić, z uczniowskich czapek sołdaci zrywali orzełki z napisem: SP(szkoła powszechna). Ojca aresztowano, ale wkrótce uciekł z niewoli, by zająć się handlem.
Zaczyna się czas niewoli, prześladowań i kolaboracji. Sołtysem ("hołowa") zostaje fornal Dudak. W wigilię przyjeżdża niespodziewanie przedstawiciel NKWD i zabiera ojca do więzienia w Zbarażu. Wyrok: 15 lat ciężkich robót, bo był policjantem. Znalazł się w Azji. Parę miesięcy spokoju i pamiętna data: 13 kwietnia 1940 r. Na dworze leżał jeszcze śnieg. Nocą saniami przyjechało wojsko i NKWD. Łomot do drzwi, krótki rozkaz: "Zabierać się!" Miał 12 lat. Trwały już zsyłki na Sybir. Matka zdążyła uciec przez okno i skryć się w piwnicy. Po chwili wróciła, nie mogła przecież zostawić syna, dziadka i babkę.
Krótkie, dosadne polecenia: "Wszyscy ubierają się!" Nakładają trzęsącymi rękami ciepłą odzież, grube buty, ciepłe okrycia. Wiadomo – droga prowadzi na Sybir! Ponaglanie: szybciej, szybciej! Świta, kiedy są pakowani do sań. Dojeżdżają do stacji kolejowej Podwołoczyska. Stoją tu dziesiątki kolejowych wagonów. Sprawdzanie obecnych -na listach zabrakło szczęśliwie dziadków. W wagonach prowizoryczne prycze, okna zabite deskami. Transport rusza wieczorem. Stłoczeni wewnątrz starcy, młodzież, dzieci. Strach przed nieznanym. Głód, płacz najmłodszych, woń niemytych ciał. Obce stacje – Tomsk, Omsk. Trzy tygodnie nocnej podróży, w dzień pociągi stały, czasem w szczerym polu lub w lesie. Rzadko był dostęp do gorącej wody ("kipietok"), jechał też ruchomy sklep ("wagon-ławka").
Wreszcie stacja docelowa – Pietuchowa, północny Kazachstan. Ciężarowymi samochodami rozwożono rodziny po odległych kołchozach i sowchozach. Im przypadła ferma mięsno-mleczna nr 4 w Agażanie. Ziemiankę – czyli wykopaną w ziemi jamę z zadaszeniem – zajęli z drugą kobietą, żoną polskiego oficera, która zupełnie nic była przystosowana do surowych warunków życia w stepie. Matka doiła bydło na otwartej przestrzeni, w chłód, spiekotę i deszcz. Dzienna norma – to 14-16 krów do wydojenia. Latem syn pracował "na grabce" czyli na grabieniu trawy, potem awansował na "utiotczyka" czyli rachmistrza, jesienią trzeba było orać step 12-skibowym pługiem. Wymagało to żelaznej kondycji, tymczasem zdrowie niszczyła dezynteria i inne choroby. Trafił do piątej klasy rosyjskiej szkoły. W czasie żniw ukrywał pszenicę w małych woreczkach w stepie, potem wyszukiwał je nocą i przynosił do ziemianki. Przydział 40 deka chleba dziennie nie wystarczał. To była uprawa dziewiczego stepu, nic budowano magazynów, a zboże sypało się w pryzmy na ziemi i okrywało słomą, kopiąc wokół płytki rowek. 2 lata tragicznych doświadczeń i głodu. Łapali w sidła susły. Lato tu krótkie, zima ostra – do 40 stopni mrozu, częste zamiecie-buriany. Kiedyś zamarzło w stepie 6 Polaków w saniach: nic dotarli do obozu, kiedy rozszalał się lodowaty wiatr, a na 2-3 m nic nie można było widzieć. Dopiero wiosną znaleziono pod śniegiem czarne, napęczniałe zwłoki.