Staszek dziękuje Bogu, że nie pada i nie musi szukać miejsca na śmietniku

Staszek dziękuje Bogu, że nie pada i nie musi szukać miejsca na śmietniku
fot. Czytelnik Krzysztof opisał swoje doświadczenie z bezdomnym mężczyzną, którego wsparł na święta. Spędził z mieszkającym w lesie mężczyzną trochę czasu, przyniósł mu ciepły posiłek i przy nim zapłakał.
istotne.pl bezdomny

Oto relacja Krzysztofa, którą opisał na swoim publicznym profilu Facebooka.

Święta z bezdomnym. W pierwszy dzień świąt trochę czasu spędziłem z kimś takim, kto święta miał pewnie nieco inne niż wy. Po dłuższej rozmowie z nim całkiem się załamałem. Kiedy dowiedziałem się z jakiego powodu jest na ulicy i śpi w lesie pod drzewem na mrozie. Człowiek, który ma wiedzę, potrafi wspaniale się wypowiedzieć. Człowiek, który płacze, kiedy opowiada o tym, co go spotkało. Nie poprosił mnie o nic, nawet o grosz. Kiedy jednak dałem mu pieniądze, sam obiecał, że kupi za to coś do jedzenia. A jak po chwili przyniosłem mu ciepły obiad, myślałem, że pęknie mi serducho, jak smacznie zajadał. Kiedy wysłuchałem jego historii, wiem, że nie mamy prawa patrzeć na nich wszystkich jednakowo i o wszystkich mówić: pijak, złodziej, lump.

Mam do was prośbę nie wyrzucajcie tego, co zostaje wam po świętach. Weźcie to w reklamówkę i dajcie bezdomnemu. Znajdziecie bezdomnych pod hipermarketami, na działkach w opuszczonych altanach, często przy koszach na śmieci. Błagam nie wyrzucajcie, tylko dajcie im. Tak apeluje nasz Czytelnik Krzysztof i opowiada nam całą historię Staszka.

Spotkanie Staszka

Przejeżdżałem ulicą Bolesławca i w pobliżu przychodni zdrowia przy ul. Staszica, zobaczyłem mężczyznę siedzącego na krawężniku. Miał wózek pełen zebranych, zniszczonych ubrań. Kiedy popatrzyłem się na jego twarz i co się na niej malowało, nie mogłem odjechać obojętnie.

Podszedłem do niego. Był zmarznięty, wycieńczony fizycznie i zagubiony. Zapytałem się, co się stało. Odpowiedział, że rozleciało mu się koło od wózka, że na siłę ciągnie wózek od centrum miasta i dalej nie ma siły. Nie chciał zostawić uzbieranych rzeczy, bo to wszystko, co posiadał. Telepał się z zimna i zmęczenia, ale nawet nie wspomniał, że potrzebuje pomocy.

Wyciągnąłem parę złotych z portfela i dałem mu ze słowami: Proszę, zjedz coś za to i nie przepij. On odpowiedział: Bóg patrzy z góry i wie, że wydam to na jedzenie, więc obiecuję. Odszedłem kilkanaście metrów od niego i zawróciłem.

Zapytałem, jak długo tu będzie, to zorganizuję mu coś ciepłego do jedzenia. Odpowiedział, że nie ruszy się stąd, nie ma siły, a wózka nie zostawi, bo inni bezdomni zabiorą mu to, co w nim ma.

Kupiłem mu ciepły obiad i herbatę. Wróciłem, poprosiłem, by zjadł, dopóki jest ciepłe. Popatrzył na mnie takim wzrokiem, który będę pamiętał jeszcze długo. Dało się też odczuć, że potrzebuje rozmowy, więc siadłem obok niego na tym krawężniku, który był przy głównej ulicy. Jadł, jakby nie miał takich posiłków w ustach od lat. A ja patrzyłem raz na niego, raz na ludzi, którzy co chwilę przechodzili koło nas całymi rodzinami w pięknych odświętnych ubraniach i nikt nie reagował w żaden sposób.

Staszek jedząc, zapytał mnie, czy może do mnie mówić na ty, choć ja wcześniej sam mówiłem mu bezosobowo na ty. Sądząc po wieku, mógłby spokojnie być moim ojcem. Przedstawiłem mu się, a zaczął mi opowiadać.

Historia Staszka: zmiażdżone ciało po wypadku w pracy

Jako młody chłopak ciężko pracowałem w Raciborowicach w cementowni przy wagonach. Ożeniłem się. Po jakimś czasie dostałem pracę w ceramice w Bolesławcu. Przeprowadziliśmy się z żoną, załatwiliśmy sobie mieszkanie w mieście. Niestety po 30 miałem poważny wypadek w pracy. Miałem częściowo zmiażdżoną głowę z lewej strony, przez co między innymi straciłem wzrok w lewym oku. Miałem miażdżone kolano i rozszarpaną rękę. Dostałem też padaczki pourazowej. Od tego momentu zaczęły się moje problemy.

Rentę dostawałem na trzy lata i musiałem się ponownie stawiać na komisję. Nie dawaliśmy rady utrzymać mieszkania z pieniędzy, które miałem z renty i wypłaty żony, więc zamieniliśmy mieszkanie na mniejsze. Okazało się, że było jeszcze trudniej, gdyż w tym drugim mieszkaniu wszystko, łącznie z ogrzewaniem, było na prąd.

Na dodatek dokładnie w 25 rocznicę naszego ślubu, znajoma przyłapała moją żonę ze swoim mężem i o wszystkim się dowiedziałem. Nie wytrzymałem tego psychicznie, powiedziałem żonie, że nie mam pieniędzy na rozwód, ale nie chcę z nią dalej żyć, bo mnie zawiodła i upokorzyła. Powiedziałem jej, że będziemy żyć w separacji. Żona popadła w alkoholizm. Piła przez dwa lata, a pod koniec już nie mając na wino, piła denaturat z innymi pałętającymi się po mieście pijakami. Po dwóch latach naszej separacji odwieźli ją spod Kauflandu w worku na Śluzową. Czasy się zmieniły, coraz trudniej było przedłużyć rentę i dostawali ją głównie ci, którzy dawali w łapę. Ja nie miałem. Nie miałem na utrzymanie siebie ani mieszkania i wylądowałem na ulicy.

Po policzkach dorosłego faceta płynęły łzy upokorzenia.

Historia o wypadku i losach Staszka nie była przez nas weryfikowana i może nie być w całości prawdziwa. 

Co ze Staszkiem?

Wyciągnąłem jeszcze trochę pieniędzy i dałem mu, by miał na kolejny posiłek. Zapytałem, czy coś mu potrzeba? Popatrzył na mnie i nieśmiało powiedział: Przydałaby się jakaś kurtka, bo ta jest już bardzo brudna. Zapytałem, gdzie żyje? Jak funkcjonuje? Jak mam go szukać, to przywiozę mu kurtkę? On wskazał mi lasek za budynkami i powiedział: Śpię w tym lesie. Po chwili dodał: Krzysztof i tak mam piękne święta, zobacz, jaka jest pogoda. Nie ma mrozu i dziękuje Bogu, że nie pada deszcz i nie muszę szukać miejsca w śmietniku.

Nie wiem, ile z nim przesiedziałem, ale zmarzłem okropnie i ledwo podniosłem się z tego zimnego, betonowego krawężnika. On siedział tam znacznie dłużej. Człowiek w starych brudnych łachmanach, z siwą brodą i zniszczoną od mrozu skórą na twarzy, rozmawiał ze mną na bardzo wysokim poziomie. Miał wiedzę, dobrą pamięć do dat i nazwisk. Pomyślałem sobie wtedy: ile osób na co dzień przechodzi koło takiego Staszka i patrzy na niego z pogardą, widząc w mężczyźnie tylko pijaka?

Po trzech godzinach Staszek nadal siedział w tym samym miejscu. Temperatura w tym czasie spadła już do minus 2 stopni. Chciałem szybko zostawić gdzieś siedzenia od auta, by pomóc mu przetransportować jego rzeczy, ale kiedy wróciłem trzeci raz, Staszka już nie było. Zrobiło się ciemno i nie miałem szans, by znaleźć go w tym lesie. Podejrzewam, że posilił się, odpoczął, nabrał sił i dalej ciągnąc wózek, zataszczył wszystko do lasu.