Pracownicy BOK-MCC mówią prawdę o sytuacji w ośrodku

Pracownicy BOK-MCC mówią prawdę o sytuacji w ośrodku
fot. Krzysztof Gwizdała „Nikt z Solidarności nie konsultował z nami ani 500 zł podwyżki, ani opublikowania tego żądania w mediach” – mówi część pracowników i ma żal do związkowców.
istotne.pl bok mcc, nszz solidarność

Podobno wystarczy siąść na korytarzu BOK-MCC, by szybko określić, kto jest w NSZZ Solidarność, a kto nie. Podział jest widoczny gołym okiem. Wcześniej koledzy, a nawet przyjaciele, dziś patrzą na siebie podejrzliwie, krzywym okiem. Bywa, że się nie pozdrawiają. Już się nie lubią. Każda z frakcji ma inną ocenę sytuacji. Trudno się w tym rozeznać. Faktem jest istnienie w BOK-MCC dwóch obozów: krytykującego dyrektorkę i nie krytykującego. Faktem jest też topnienie członków pierwszego obozu. Wcześniej mówiono, że do związku zapisała się prawie cała załoga, ok. 40 osób. Teraz, jak twierdzi część pracowników, 27 osób podpisało się pod pismem, w którym nie zgadzają się z żądaniami związku.

Ludzie potwierdzają, że zapisali się do Solidarności, bo chcieli, by powstała organizacja dbająca o podwyżki i sprawiedliwe przyznawanie premii. Ostatniego postulatu 500 zł podwyżki nikt jednak z nimi nie konsultował.

W mediach pojawiła się informacja, że pracownicy są w sporze z dyrektorką, ale nie napisano, że nie wszyscy chcą się spierać. – Ja chcę tylko spokojnie pracować i nie godzę się na szarganie dobrego imienia mojej firmy – mówi pierwszy pracownik, który z nami porozmawiał. Druga osoba prosi, by napisać, że podwyżki są co roku, były w zeszłym i w tym, więc postulat został spełniony. – Z internetowych portali dowiedzieliśmy się, że żądamy kolejnej, wysokiej podwyżki – dodała ta osoba.

Kiedy pracownicy zaczęli negować decyzje związku i z niego odchodzić, okazało się, że ustna deklaracja nie wystarczy i ciągle mówi się w ich imieniu. Trzeba było poszukać w internecie, jak formalnie wypisać się ze związku. Wciąż wiele osób może nie wiedzieć, że rezygnację trzeba na piśmie przedłożyć przewodniczącej do podpisu. Takie wypisanie się, to stanięcie oko w oko z przewodniczącą, która ma dbać o pracowników, ale reaguje w swój sposób na mających inne plany i inne zdanie.

– Bywa, że kierowniczka wydaje sprzeczne polecenia – mówi nasz trzeci rozmówca. – Dyrektorka na spotkaniu z pracownikami poleca wykonać jedno, kierowniczka po spotkaniu decyduje o czymś przeciwnym. Nie wiadomo, kogo się słuchać. Przykrą sytuacją jest też to, że kierowniczka jakby przeszkadzała w zwykłej koleżeńskiej współpracy, chyba, że źle to rozumiem. Koleżanka prosi o pomoc przy zorganizowaniu przedstawienia, a nie jest zwolenniczką Solidarności, a kierowniczka i przewodnicząca związków zabrania udzielenia pomocy bez formalnego maila. Niby nic, trzymanie się procedur, ale zastanawiam się, czy naprawdę chodzi jej o dobro pracowników? – pyta retorycznie nasz rozmówca.

Dużo osób ubolewa nad powstałym podziałem, fatalną atmosferą w pracy i nad tym, że relacje są typowo służbowe, a bywa, że wrogie. Jeden drugiego oskarża o to, że sympatyzuje z jedną lub drugą stroną. Pracownicy martwią się też tym, że komisja zakładowa puszcza informacje do mediów bez konsultacji i uważają, że to nieuczciwe.

– To źle wpływa na nasz wizerunek, rodzice przychodzą i pytają, czy zajęcia będą dalej się odbywać, czego my chcemy, czy nadal będziemy funkcjonować, bo naczytali się w mediach różnych rzeczy. Nikt nie dba, aby nas dobrze opisać, dobrze zaprezentować, zapytać, co o publikowaniu tych żądań myślimy, nie mówiąc już, czy się na to zgadzamy – mówi czwarty pracownik.

Pracownicy pogubili się i nie wiedzą sensu konfliktu. Uważają, że ktoś z Solidarności zabrnął w kozi róg. – Podwyżki, jakich żądają, są nierealne, nie wiem już, o co oni walczą? A udzielają się najwięcej ci, co najmniej robią i najmniej znają realia rynku w Polsce. Nie wiedzą, jacy bywają szefowie. Dyrektor nie jest od tego, by ciągle chwalić, doceniać i klepać nas z zachwytem po pupci – dodaje kolejny pracownik BOK-MCC.

Pracownicy w części potwierdzają to, co mówi przewodnicząca związku. Na początku faktycznie szło o podwyżki, premie, po prostu o pieniądze. Po wyborach, w okolicy Gwiazdki Życzliwości, sytuacja się zaogniła i wymknęła spod kontroli. Pracownicy, nie zwiazani z Solidarnoscią, sugerują atak osobisty na dyrektorkę, zastąpienie ją kimś innym, lepszym dla związku. Wszyscy mówią, że chcą spokoju, wszyscy sytuacją są zmęczeni, a nawet zdruzgotani. Ale przestali ze sobą rozmawiać. Związek reprezentuje osoba z zewnątrz, pracownicy niezgadzający się ze związkowcami chcą pozostać anonimowi. Wszyscy mówią o porozumieniu, ale na razie nikt do niego nie dąży, tylko szuka winnego. Każda ze stron szybko wskazuje innego odpowiedzialnego za zaistniałą sytuację, ale w sobie nie widzi wad.

W bardzo porządnej, sprawnie działającej i niezmiernie ważnej dla miasta i całego powiatu instytucji jest niezmiernie trudny konflikt. Trzymajmy kciuki, by ludzie ze sobą się dogadali. Sami, bez pomocy mediów i Solidarności.