Skandal! Radni nie czytają tego, co podpisują

Skandal! Radni nie czytają tego, co podpisują
fot. ii Radni z klubów Platformy Samorządowej oraz Ziemi Bolesławieckiej i PiS skompromitowali się na ostatniej sesji. Kilku z nich podpisało się pod wnioskiem, którego treści nie znali.

Kiedy na sesji 20 maja przewodniczący Rady Miasta, Jarosław Kowalski zaczął czytać wniosek podpisany przez dwa kluby, ujęty w nim radny Stanisław Wiącek dowiedział się nie tylko, że koledzy przekręcili jego nazwisko, ale – co gorsza – wpisali je pod pismem, którego na oczy nie widział.

– Na sesji postanowiłem przeczytać złożony przez kluby wniosek – opowiada Jarosław Kowalski. – Kiedy wymieniłem podpisane pod nim osoby, przerwał mi pan Wiącek i powiedział, że takiego pisma nie podpisywał. W sumie te nazwiska pod pismem można traktować różnie. Albo jako podpisy, bo są napisane odręcznie, długopisem, albo jako listę, przy której radni mieli się podpisać. W każdym razie radny Wiącek w ogóle nie wiedział, że jego nazwisko występuje w tym piśmie. Zrobiło się zamieszanie. Ogłosiłem przerwę.

Pismo radnychPismo radnychfot. Krzysztof Gwizdała

Nie tylko radny Wiącek był zaskoczony pismem. Inni radni zdziwieni byli jego treścią. Okazało się, że nie przeczytali tekstu.

– Biję się w pierś, nie przeczytałem tego pisma i je podpisałem – mówi nam Zdzisław Abramowicz. – To moja wina, to kompromitacja. Mam tyle lat, powinienem wiedzieć, że nie podpisuje się niczego bez czytania. Idea napisania tego pisma była szczytna, chcieliśmy się dowiedzieć, jak wygląda sytuacja w BOK-MCC od strony Solidarności (osób zrzeszonych w związku), ale pismo było niechlujne, z błędami i formalnie niepoprawne. Na obradach komisji mówiliśmy o tym, by ktoś z Solidarności się wypowiedziała na sesji. Kolega miał napisać pismo, mieliśmy się pod nim podpisać. Jednak uważam, że Rada Miasta nie jest właściwym organem do rozstrzygania sporu między pracownikami a zarządzającym placówką – wyjaśnia Abramowicz.

Arkadiusz Krzemiński z Platformy Samorządowej też przeprasza. – Idea nasza była szczytna, ale wykonanie partackie. Nadal chcemy się dowiedzieć więcej na temat sytuacji w BOK-MCC i wysłuchać obu stron konfliktu. Wycofaliśmy nasz wniosek, bo był nieprzygotowany. Przeczytałem go pobieżnie, rzuciłem okiem… Tak, to moja wina, powinienem pismo przeczytać uważnie. Wiedziałem tylko, jaka jest idea, a nie dokładna treść pisma – przyznaje radny Arkadiusz Krzemiński.

Pomysłodawca wniosku, radny Łukasz Molak, uważa, że jego koledzy są dorośli i powinni czytać, co pospisują. – Uważam, że w każdym sporze należy wysłuchać obu stron i takie miałem założenie proponując radnym złożenie wniosku, by sprawę w BOK-MCC zaprezentował na sesji pan Bogusław Wojtas z Solidarności. Radni, którzy wniosek podpisywali, to są dorośli ludzie i powinni zapoznać się z pismem. Przykro mi, że moja idea upadła. We wniosku było kilka literówek. Nie wiem, dlaczego przewodniczący Jarosław Kowalski po zapoznaniu się z pismem nie wezwał nas do ich usunięcia – mówi Łukasz Molak.

Przewodniczący Rady Miasta wyjaśnia: – To na jednej z poprzednich sesji radny Łukasz Molak wystąpił z pytaniem, co dzieje się w BOK-MCC. Prezydent desygnował do tej odpowiedzi panią dyrektor Ewę Lijewską-Małachowską. Ale nie było to wystąpienie pani dyrektor jako strony przed Radą Miasta, a odpowiedź na pytanie radnego. Nie udostępniłem głosu Bogusławowi Wojtasowi, bo jest stroną konfliktu. Istnieje protokół rozbieżności, są w nim stanowiska obu stron i radni mogą się z nimi zapoznać. Sesja rady miasta nie jest do rozstrzygania takich rzeczy. To jest gorący okres. Sesja jest nośna. Nie chciałem, by wyszedł pan z Solidarności i nagle powiedział: „My z Dudą walczymy, żeby nasze związki były mocne”. Ale z którym Dudą? Tym, którego poparli do wyborów, czy z tym, który jest szefem Solidarności. Mogło coś takiego paść na sesji, a potem byłoby zamieszanie w Internecie. Nie chcę, by sesja Rady Miasta stała się targiem politycznym – dodaje przewodniczący.

Prezydent Piotr Roman jest oburzony całą sytuacją związaną z podpisaniem się radnych pod wnioskiem, którego nie przeczytali.

– Jak radny Wiącek powiedział, że on pisma nie podpisał i nawet go nie zna, to mnie zamurowało – mówi Piotr Roman. – Jestem w samorządzie 25 lat i jeszcze takiej sytuacji nie było. Dla mnie mniej było istotne, że coś podpisali i się wycofali, ale to, że nazwisko radnego jest na piśmie dwa razy, a radny nic o tym nie wie. Nikt się nie przyznał do autorstwa tego pisma. Jestem w lekkim szoku, nawet nie wiem, jak się do tego ustosunkować.

Co sądzisz o tej sytuacji? Wypowiedz się na forum.