Pomnik Johna Lennona w Bolesławcu

Pomnik Johna Lennona w Bolesławcu
fot. Grażyna Hanaf Gdyby się udało go postawić, byłby pierwszym na świecie. Sławek z kolegami zebrali 32 lata temu kilka tysięcy podpisów. Aby sekretarz partii wydał im zgodę, zrobili z Johna wybitnego komunistę.
istotne.pl pomnik, stan wojenny

Kilku nastolatków po zabójstwie Lennona chciało postawić w Bolesławcu pomnik swojemu idolowi. Upamiętnić artystę, którego muzyka pozwalała zmienić ich świat w wolną krainę, wystarczyło tylko zamknąć oczy i słuchać...

Słuchali Radia Luxembourg, kochali Beatlesów, rock’n’rolla i bluesa. Balowali w klubie Arietta i zabawiali się w „mordowni” – nomen omen Zacisze. Na początku lat 80. byli młodzi i bardzo niegrzeczni. Kiedy ktoś miał do kogoś jakąś pretensję, to wychodził z nim z knajpy na solówkę. Gołymi pięściami udowadniało się swoje racje. Potem wracało się razem napić piwa i tak zaczynała się przyjaźń.

Niebo z marmolady i cukrowe chmury

W pijalni piwa Zacisze rezydował Kazik Daremniak, wybrany przez młodzież miasta na „burmistrza” Bolesławca. Postać barwna, człowiek zagubiony i zniszczony przez alkohol. „Burmistrz” miał jedno szklane oko, jak chciał się napić piwa za darmo, robił numer nowym klientom pijalni. Wrzucał oko do piwa. Gość porzucał napitek, a Kazik wypijał go z lubością.

Czasami na Rynku w Bolesławcu chłopaki rozkładali ręce i tańczyli, czując, że unoszą się do marmoladowego nieba, gdzie jedli cukrowe chmury. Byli „buszującymi w zbożu”, chłopakami z Gdańskiej, z ulicy, która miała złą sławę i respekt u socjalistycznej władzy.

Podczas stanu wojennego Gdańską patrolował specjalny, wzmocniony oddział. W Wigilię 1981 roku do strażników wyszły kobiety, mamy i żony niegrzecznych chłopców. Zapraszały wojskowych na wigilię, bo szkoda im było ludzi, którzy w takim dniu muszą stać samotnie na ulicy. Żaden ze strażników nie miał odwagi wejść do mieszkania. A szkoda, opowiada Sławek, bo włos z głowy by im nie spadł, takie były zasady.

Nie ma dziś klubu muzycznego „Jazz i Rock” – „Arietta” (przy Bolesławieckim Ośrodku Kultury, dziś BOK-MCC) i pijalni piwa Zacisze, zwanej też Izbą Lordów (przy ul. 1 Maja). Nie ma też wielu z przyjaciół Sławka. Życie odebrali im, jak Johnowi, skrytobójcy, choć nie strzelali z pistoletu jak Chapman. To byli Kompot i Wóda. Hera była polska, ale wóda nie byle jaka. Na znanej im mecie babcia miała żytnią z Pewexu.

Po tych czasach rock’n’rolla, klubu Arietta i Bolesławca lat 80. mógł pozostać trwały pomnik. Postawiony Lennonowi na pamiątkę. Pomysł narodził się w grudniu 1980 roku. W dniu, w którym John zginał.

Dzień, w którym zginął John Lennon

John Lennon 8 grudnia wieczorem wchodził do swojego apartamentu w Nowym Yorku, kiedy jego fan-zabójca Mark Chapman śmiertelnie go postrzelił. O śmierci muzyka poinformowano nazajutrz w wieczornym Dzienniku Telewizyjnym – głównym programie informacyjnym telewizji polskiej za czasów PRL. Wiadomości ta była ewenementem w programie, w którym puszczano tylko propagandowe informacje dotyczące władz komunistycznych.

Kiedy Sławek dowiedział się o śmierci Johna, przyszedł do klubu Arietta, tam spotkał się z pogrążonymi w żałobie przyjaciółmi, każdy miał w klapie zdjęcie Johna z namalowanym na nim czarnym paskiem. Kolega Janek przyszedł do Arietty z pomalowanymi na czarno uszami na znak żałoby. Na pomysł pomnika wpadł Sławek, zapytał swojego kupla „Żabę”, co on na to. Najpierw był entuzjazm, potem zaczęli się zastanawiać, jak zdobyć pozwolenia i kto musi się na to zgodzić. Wszystkie drogi prowadziły do sekretarza partii.

Johnny – chłopak z ludu

Sławek nie pamięta, kto nim był w tamtych czasach, nazwisko wyleciało mu z głowy. Pamięta tylko, że zaprezentował przed nim Lennona jako dziecko proletariatu, który śpiewał o wolności i równości wszystkich obywateli świata i walczył z uciskiem i biciem Murzynów przez złych kapitalistów w imperialistycznych Stanach.

Nie na darmo Sławek prowadził w klubie Pegaz audycję, w której połączył teksty Lennona z cytatami z dzieł Włodzimierza Lenina. Był to żart, który potem okazał się bardzo przydatny w rozmowie z sekretarzem. Sławek puszczał „Imagine”, a potem cytował Lenina, który pisał o zniesieniu granic i własności na świecie.

Sekretarz wysłuchał historii o proletariuszu Lennonie, przyznał, że lubi Beatlesów, ale entuzjazmu wielkiego nie wykazywał. Sławek miał zdobyć podpisy, a potem miało się zobaczyć. Sekretarz obiecał jakieś drugie spotkanie, zasugerował, że lepiej rozpatruje się prośby młodzieży zaangażowanej w budowanie socjalistycznej Polski niż tej niezrzeszonej w żadnej poprawnej partyjnie organizacji.

Z kumplami chodzili do bolesławieckich knajp i restauracji, zdobyli trzy i pół tysiąca podpisów. Byli gotowi zapisać się do Związku Młodzieży Wiejskiej lub Polskiej, Sławek już dziś nie pamięta, do jakiej partyjnej organizacji zdeklarował się wstąpić dla Lennona. Zbieranie podpisów było łatwe, bo w tamtych czasach Sławek szedł przez miasto i znał wszystkich. To dziś mija nieznanych sobie ludzi.

Złe czasy dla pomników marzycieli

Mieli gotowy projekt pomnika. Na obelisku z piaskowca miały leżeć okulary (lenonki) wykonane również z piaskowca. Jedno szkło miało być pęknięte, a na oprawkach miał być napis „Give Peace a Chance” (daj pokojowi szansę). Aktualny do dziś tekst wielkiego przeboju Lennona i Paula McCartneya. Pomnik miał stanąć na skwerku przy klubie Arietta (w miejscu, gdzie dziś jest parking przy BOK-MCC od ulicy Bankowej/Kościelnej).

Pomnik nigdy nie powstał. Władza powiedziała nie, bo nie. Nie były to przychylne czasy dla muzyków i ich fanów. Był rok 1981 i nadchodziła zima.

Na Gdańskiej stanęło wojsko, kolega Sławka, zaczepiony przez patrol milicji, nie pokazał dokumentów, a milicjantów znaleziono nieprzytomnych z kałasznikowami, położonymi obok rozbrojonych funkcjonariuszy. Pół roku później tego samego chłopaka znaleziono pod mostem. Milicja za oficjalną przyczynę śmierci podała samobójstwo przez powieszenie.

Sławek wstąpił do Solidarności. Nie wrócił więcej do pomysłu zbudowania pomnika Johnowi Lennonowi – wielkiemu marzycielowi o świecie bez granic, bez polityki, bez religii, o świecie, gdzie wszyscy ludzie żyją w pokoju, bo nie istnieje w nim nic, co mogłoby ich poróżnić.

Autorka dziękuje serdecznie Sławkowi Szczerbie za piękną opowieść o historii Bolesławca.

Grażyna Hanaf