Horror kucyków: sprawa (nie)rozwiązana

Horror kucyków: sprawa (nie)rozwiązana
fot. Monika Pluszczewicz Zostałam słownie zaatakowana przez tego samego pracownika, który wygrażał mi wcześniej, natomiast właścicielki zlekceważyły mnie zupełnie i nadal prowadzały zwierzęta z dziećmi – pisze Monika Pluszczewicz.
istotne.pl zwierzęta, dni ceramiki, kuc

W poprzednim tekście informowałam, w jak nieludzki i pozbawiony jakiejkolwiek empatii sposób traktowano kucyki podczas tegorocznej edycji Bolesławieckiego Święta Ceramiki. Zwierzęta stały całą sobotę na jezdni na skrzyżowaniu ulic przy Asnyka i tuż przy wielkiej karuzeli, pod słupem ogłoszeniowym. Cały dzień na tzw. patelni, w ponad 30-stopniowym upale.

Jak się później dowiedziałam, kucyki zostały zbadane przez weterynarza, który stwierdził, że wszystko jest w porządku; czyżby zapomniano o Ustawie o ochronie zwierząt, wskazującej wyraźnie, że zwierzęciu należy zapewnić pomieszczenie chroniące przed zimnem i upałem, ze stałym dostępem do wody?...

Niestety, przez dwa dni na właścicielce czworonogów nie robiły wrażenia uwagi bolesławian, którzy regularnie sugerowali, że kucom należałoby jednak zapewnić cień.

W niedzielę historia się powtórzyła i zwierzęta zaprowadzono dokładnie w te same miejsca, które zajmowały dzień wcześniej. Około godz. 12.00 podeszłam z siostrą do ich „opiekunów”, a wtedy jeden z pracowników zaczął zachowywać się wobec nas agresywnie i wulgarnie. Robił nam zdjęcia, twierdząc, że nękamy jego kolegów i właścicielki, wymachiwał rękami. Szedł za nami około 100 metrów i wykrzykiwał, że mamy przestać robić zdjęcia i „spier***”, że „nikt się nie czepia, tylko my jakiś problem mamy”.

Na szczęście kilkanaście minut później sprawą zainteresowała się również pani Anna Ryżewska, niegdyś prezes i sekretarz Stowarzyszenia Pomocy Zwierzętom, nadal aktywnie biorąca udział w życiu organizacji. Zauważyła, że kuce nie mają wody. Wezwała na miejsce policję, bardzo rzeczowo przedstawiła całą sytuację.

Po burzliwej dyskusji z właścicielką czworonogów i funkcjonariuszami zwierzęta miały zostać przeniesione na zacieniony teren wokół miejskiego stawu. Właścicielka zapewniała, że wie, gdzie to jest, po czym po naszym odejściu pracownicy zabrali je na plac przed restauracją Jazzva.

Kiedy wracając do domu, zauważyłam, że konie nadal nie mają cienia, zwróciłam uwagę „opiekunom”, że wskazane miejsce znajduje się kawałek dalej i że tam kucom będzie naprawdę lepiej. Zostałam jednak słownie zaatakowana przez tego samego pracownika, który wygrażał mi wcześniej, natomiast właścicielki zlekceważyły mnie zupełnie i nadal prowadzały zwierzęta z dziećmi.

Po niedługim czasie sprawa znów została zgłoszona na policję, tym razem przez wrażliwą na krzywdę zwierząt koleżankę pani Ani. Tym razem interwencja była już na tyle skuteczna, że konie zostały zabrane i wywiezione z terenu miasta.

Cała sprawa została – poniekąd – rozwiązana, jednak pani Ania zwróciła uwagę na inną ważną kwestię. Właścicielki tych kucyków twierdziły, że prowadzą stajnię. Oczywiście, nie chciały powiedzieć gdzie, ale znając rejestracje aut, nietrudno się tego dowiedzieć.

Niestety, nawet nie chcę myśleć, jak radzą sobie w niej pozostałe zwierzęta…


Co Wy na to?