Bariera językowa

Bariera językowa
fot. Krzysztof Gwizdała Przedstawienie różnych wpadek językowych w zabawnych historyjkach, które zdarzają się turystom w obcych krajach oraz podkreślenie potrzeby bycia zrozumianym i strachu przed językowymi barierami.
istotne.pl komunikacja, masowa, język, społeczeństwo

Na Forum często czytam rozkaz pełen złości: czytaj ze zrozumieniem! Strach przed brakiem zrozumienia, tak zwanego dogadania się, jest tak samo potężny, jak chęć bycia zrozumianym.

Wieża Babel i mówiące ludzkim głosem zwierzęta w wigilijną noc ciągle nam przypominają, że to pragnienie porozumienia bez barier istniało od zawsze. Najlepiej poradzili sobie z tym problemem Amerykanie w swej fantastycznej kinematografii. W filmach nawet Obcy mówią po angielsku.

Z okazji Wigilii, kiedy staramy się porozumieć z bliskimi i obcymi, przedstawię kilka historyjek o braku porozumienia.

W pięciogwiazdkowej zagranicznej hotelowej restauracji do stolika samotnej Polki podchodzi kelner. Widać, że nie ma czasu. Nieobecnym wzrokiem omiata turystkę i mechanicznie przygotowuje bloczek, na którym musi zapisać numer pokoju każdego klienta. Myślami jest już przy następnym stoliku, bo sala pełna i pracy w bród. Nie patrząc na kobietę mówi:

– Hallo!

– Hello! – odpowiada promiennie Polka.

– Your room? – zadaje pytanie kelner i już jest przyszykowany do zapisania na bloczku numeru pokoju, ale jego ręka pozostaje bezczynna, bo Polka milczy. Kelner uśmiecha się i spoglądając na nią, powtarza:

– Room.

– Nie, nie – kręci głową kobieta – ja nie piję.

Kelner oczywiście niczego nie rozumie, więc z wielką cierpliwością powtarza słowo pokój po angielsku. I na wszelki wypadek podaje też francuską nazwę. To jakby uwalnia pokład inwencji w turystce, bo kręcąc głową mówi z zapałem:

– „Noł rum”, „noł rum”, nie piję!

To krótkie zaprzeczenie wybija całkowicie pracownika restauracji z rutyny dnia. Staje bezradny wobec kobiety, bo jeśli ona nie ma pokoju w tym hotelu, bo tak rozumie jej reakcję, nie ma ona prawa też jeść w hotelowej restauracji. I w tym momencie na pomoc przybywa kawaleria w postaci pilotki-rezydentki. Po wyjaśnieniach kobieta chichocze nerwowo, a kelner wzdycha i uczy się słowa „pokój” w jakimś pięćdziesiątym dla niego nieznanym języku. Po polsku!

Bariery językowe to klasyka dowcipów. Kto nie zna kawału o Angliku i polskim recepcjoniście, który odpowiada tra ta ta tra ta ta na zamówienie po angielsku dwóch herbat do pokoju dwadzieścia dwa (w transkrypcji: tu ti tu rum tu tu)? Albo puentę kawału o spotkaniu turysty poligloty z tubylcem władającym tylko językiem ojczystym, którego poliglota nie zna? Puenta brzmi: On znał tyle języków i tak się nie dogadał. Tak nieodmiennie podsumowuje starania turysty krajanin.

Moja przyjaciółka pilotka po raz pierwszy pojechała z grupą na wycieczkę do rezerwatu przyrody. Tam prosiła o angielskojęzycznego przewodnika, bo takim językiem biegle włada. I takiego otrzymała. Pan mówił z marokańskim akcentem, ale nie było większych kłopotów, aż do momentu, gdy grupa podeszła do rzeczki za którą miały się znajdować: „Łajt pigs”.

– White pigs? – dopytała koleżanka.

– Tak, tak – potwierdził przewodnik mając na myśli „wilde pigs” (dzikie świnie).

– Proszę państwa – obwieściła koleżanka, która usłyszała „white”, a nie „wild” – za rzeką żyją białe świnie. Turyści nie zareagowali.

– A co jedzą te „łajt pigs”? – zapytała koleżanka przewodnika.

– They eat „majs” – dopowiedział.

– „Majs” to angielskie słówko? – zapytała przyjaciółka.

– Tak, tak – potwierdził przewodnik z wielkim przekonaniem.

– Czy chodzi o mouse? Miki Mouse? – dopytała.

– Tak, tak – potwierdził przewodnik, choć w rzeczywistości użył francuskiego słówka maïs (kukurydza) i nigdy nie oglądał filmów Disneya.

– Proszę państwa – powiedziała lekko niepewna koleżanka – za rzeką żyją białe świnie jedzące myszy.

Turyści z powagą spojrzeli na rozległe pole kukurydzy, gdzie nie pokazała się ani jedna biała świnia i pokiwali ze zrozumieniem głowami.

Często wpadki językowe lub strach przed nimi związuje nam język. Ja sama pewnego ranka w hotelu w Nicei o mały włos nie zamówiłam całej grupie na śniadanie po kilka piw na głowę. Problem tkwił w dwóch podobnie brzmiących po francusku słówkach: piwo (w transkrypcji „biehr”) i masło („behr”). Zaspana, reagując na uwagę turysty, który upomniał się o masło, podeszłam do obsługującego salę kelnera i zażądałam:

– Proszę rozłożyć na stoliki piwa.

– Piwa? – zapytał zaskoczony kelner.

– Tak, piwa – powtórzyłam zdecydowanie.

– Ile? – uległ, choć jestem pewna, że ich nie miał.

A że w hotelach masło podaje się w małych pięciogramowych kostkach, odparłam:

– Po trzy, cztery.

Nie wiem, co ten kelner wiedział o zwyczajach Polaków, ale rezolutnie zadał mi pytanie:

– Alkohol z rana?

I to mnie obudziło!

Ale istnieją przecież tacy, którzy uważają, że gdy będą dostatecznie wolno i wyraźnie mówili w swym ojczystym języku – patrz mi na usta, jak mówię – dogadają się wszędzie.

Kiedyś zastałam moją turystkę w recepcji francuskiego hotelu, jak hipnotyzowała recepcjonistkę wymawianym wolno i wyraźnie słowem: ZNA-CZEK, ZNA-CZEK. A kiedy ją zapytałam, czego potrzebuje, okazało się, że chce zapytać, czy w recepcji można kupić znaczek na kartkę do Polski. Turystka była przekonana, że recepcjonistka już zrozumiała część zdania: „Czy można kupić na recepcji…”, potrzebowała tylko wyjaśnienia, co jest tym artykułem.

– Poradzę sobie sama, pani Grażynko – powiedziała do mnie z miłym uśmiechem, gdy zaoferowałam jej pomoc. Biedna recepcjonistka.

Arabski filozof napisał, że bliżsi są nam odlegli cudzoziemcy, którzy podzielają nasze myśli, niż najbliżsi bliscy, którzy nas nie rozumieją.

Ojciec mojej przyjaciółki, Polak mówiący tylko po polsku, wybrał się na grzybobranie ze szwagrem, Francuzem mówiącym tylko po francusku. Po powrocie z lasu zaczął opowiadać żonie jakie to zupy i potrawy lubi Jean-Paule, jakie ma hobby i inne szczegóły z życia intymnego Francuza.

– Skąd ty to wszystko wiesz? – wykrzyknęła zaskoczona małżonka – Przecież ty nie mówisz po francusku, a on po polsku!

– A tak jakoś w tym lesie doskonale go rozumiałem – wyjaśnił, sam zaskoczony, mężczyzna.

Ja go rozumiem, bo tak samo jak on rozmawiam z Kaltum, siostrą mojego męża, która mówi tylko po arabsku, z którego to języka ja znam kilka słówek. Kiedy mąż wraca do domu i opowiada mi o czymś, co zdarzyło się w najbliższej rodzinie, ja zawsze odpowiadam, że wiem, bo mi już Kaltum wszystko opowiedziała. Zawsze to męża dziwi. Kiedyś postanowił uczestniczyć w tej naszej rozmowie i zobaczył prawdziwą scenę teatralną. „Rozmawiałyśmy” ze sobą używając rekwizytów, robiąc miny, pomagając sobie rękami lub odgrywałyśmy małe scenki z niewielką ilością dialogów. Małżonek mało nie umarł ze śmiechu, ale przysięgam wam, często dogaduje się z jego siostrą lepiej niż z nim, rozmawiając w języku, który oboje znamy.

Szkoły językowe mówią, że nie ważne, jak mówisz w obcym języku, najważniejsze byś się porozumiał.

Moja koleżanka nauczyła swoich turystów jednej sztuczki, by ci nie przeszkadzali jej za każdym razem, gdy będą potrzebować pilota do telewizora, nawet wtedy, gdy wszystkie kanały są po arabsku. Zrobiła im mały kurs. Kazała im zacisnąć lekko dłoń w pięść i kciukiem naciskać na zwinięty palec wskazujący w geście zmieniania programów pilotem telewizyjnym.

Kiedy weszłam na recepcję i zobaczyłam mężczyznę około czterdziestki z uśmiechem w stylu „dlaczego robię z siebie idiotę?”, który wykonywał opisany wyżej gest, byłam zaskoczona. Przystanęłam wraz z innym turystą, by obejrzeć rezultat. Mężczyzna wyciągnął zaciśniętą w pieść dłoń uciskając ją swoim kciukiem, na co uśmiechnięty recepcjonista podał mu pilota. Radość turysty była ogromna, a zamieniła się w poczucie wyższości, kiedy drugi mężczyzna zwrócił się do niego z prośbą:

– Pan pokaże i dla mnie.

Takiego porozumienia ponad granicami, kulturami, płciami, światopoglądami, nawykami i stereotypami życzę Państwu w święta.

Koniec, Fin, The End, Fine, das Ende, конец…

Grażyna Hanaf