Miłość jak Królestwo Niebieskie

Miłość jak Królestwo Niebieskie
fot. Krzysztof Gwizdała Walentynkowy tekst o potędze pierwszej miłości
istotne.pl walentynki, miłość

Marzenie zbudowania Królestwa Niebieskiego na ziemi jest utopią. Pragnienie, by wszyscy ludzie żyli w zgodzie, miłości oraz według słów Nowego Testamentu, ale tych najtrudniejszych do zrealizowania, gdzie mówi się o miłości do bliźniego, jest mrzonką.

Podobno istniał taki moment w historii wypraw krzyżowych, kiedy Baldwin IV Trędowaty, panujący w Jerozolimie w XII wieku, pragnął zamienić miasto Chrześcijan, Żydów i Muzułmanów w Królestwo Niebieskie. Takie przypuszczenie zawarł w swoim filmie Ridley Scott. W wyreżyserowanym przez niego „Królestwie Niebieskim” władca Jerozolimy, niszczony przez trąd od 9 roku życia, marzy o utopijnej oazie miłości na ziemiach bezwzględnych walk, nienawiści w imię Boga, pazerności oraz brudnej polityki możnych rodów.

W filmie jest jedna scena, w której Baldwin wyjaśnia, dlaczego dąży do tak nieosiągalnego ideału, wiedząc, że Królestwo Niebieskie nie ma szans na długie istnienie w Jerozolimie. Według jego słów, to nie ma najmniejszego znaczenia, jak długo takie Królestwo przetrwa, ważne jest, że zaistnieje. Wtedy już na zawsze trwać będzie w ludzkiej świadomości, jako wzór, idea, symbol, jak nadzieja. Nie będzie można już mu zaprzeczyć, ani temu, że potrafimy je stworzyć.

Oglądając pary w dniu Walentynek, świętujące dzień zakochanych, wiem, że i one stworzyły kiedyś swoje Królestwo Niebieskie. W momencie, w którym spojrzeli na siebie po raz pierwszy, wyznali swoje uczucie. W chwili oszołomienia bliskością osoby, która jeszcze przed chwilą była obca i obojętna. W przebłysku zrozumienia, że nadchodzi coś niezwykłego. Kiedy narodziło się uczucie wiążące ich na całe życie. Czas w którym wszystko istniało w niezwykłej harmonii, kiedy nie wierzy się w kłótnie, złe dni, spięcia, samotność w związku, ani kłopoty i odmienne zdanie na temat wspólnej przyszłości.

Królestwo Niebieskie to stan, w którym wszystkie złe moce zawieszają swą broń i nie mają do zakochanych dostępu. Wrogie armie codziennego, prozaicznego życia odstępują od ich twierdzy. Nic i nikt nie jest w stanie zniszczyć wiary w miłość i pewności, że mimo chorób i niepowodzeń będą ze sobą, aż śmierć ich nie rozłączy.

Znam miłosne początki prawie każdego w mojej rodzinie. Babć, cioć, rodziców. Związki, które przetrwały sześćdziesiąt, czterdzieści, dwadzieścia lat. Kiedy proszę, by opowiedzieli mi, jak się poznali, ich oczy rozjaśniają się. Twarze łagodnieją, szukają się wzrokiem, by świadczyć wspólnie o tych dniach. Słuchają się nawzajem. I jej i jego wersja jest tak samo ważna. Przekomarzają się, gdy chodzi o jakieś szczegóły lub uzgodnienie, kto pierwszy zrobił krok, uśmiechnął się, zwrócił uwagę. Śmieją się ze swych obaw, że zostaną odrzuceni, ze swoich miłosnych gaf. Mój dziadek ze strony ojca zawsze najadał się przed wizytą u rodziców babci, by wyjść na osobę skromną, której obce jest łakomstwo, a został odebrany jako chorowity chłopiec, nigdy nie mający apetytu.

Pary wracają do wspomnień o swej miłości, która w nieskalanej formie zaistniała w ich życiu, czerpiąc z tego doświadczenia siłę do bycia razem. Opowiadają swe historie innym, by dodać im otuchy, by świadczyć, że miłość w związku istnieje, jest ciągle obecna. Mimo walk, złych układów i codziennych niepowodzeń.

Każdej osobie w dniu zakochanych życzę własnego Królestwa Niebieskiego, a tym, którzy już je posiedli, mówię: głoście dobrą nowinę i pamiętajcie.

Grażyna Hanaf